ks. Piotr Śliżewski Boskie poczucie humoru

Głos Ojca Pio

fBJeśli chcesz rozbawić Pana Boga, powiedz Mu o swoich planach. Denerwujące słowa. Może i brzmią one pobożnie, ale nieźle zbijają z tropu. Czy mamy nie myśleć o przyszłości? Nigdy w życiu! Dobrze jest mieć jakąś taktykę „na później”. Gorzej, gdy za bardzo się do niej przywiązujemy i nie dopuszczamy możliwości, by było inaczej. Wtedy zawsze się zdziwimy. W końcu nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, co nastąpi. Tak prowadzi Pan Bóg
Wydaje mi się, że można słowa z wprowadzenia rozbudować o kolejny wątek: „Chcesz mieć dobry kabaret? W takim razie zobacz, jak prowadzi cię Pan Bóg”. Nie oznacza to oczywiście, że Bóg robi sobie z człowieka żarty. W tej myśli chodzi raczej o wyjątkową umiejętność Wszechmogącego do „pisania prosto po krzywych liniach naszego życia”. Boskie poczucie humoru nie polega na opowiadaniu kawałów, które rozbawiają cały świat. Bóg nie jest radosny dlatego, że w Piśmie Świętym zapisano humorystyczne sytuacje, które mimowolnie wyginają kąciki naszych ust i malują na twarzy uśmiech. Bóg jest żartobliwy i wesoły dlatego, że ma dystans do życia i potrafi spojrzeć na napotykane trudności z przymrużeniem oka. Ta umiejętność wynika z faktu, że jest Bogiem, czyli zna wszystko od podszewki. Nic Go nie zaskoczy, więc nie przejmuje Go zanadto, gdy sprawy toczą się nie zawsze tak, jak należy. Wie, że do celu dochodzi się przeważnie o wiele dłuższą i niestandardową drogą, niż ta, którą planowało się na początku. Gdy przejrzymy Pismo Święte, znajdziemy wiele fragmentów, które potwierdzają, że Bóg posługuje się niekonwencjonalnymi metodami. Rekrutacja „wybranych”, proroków czy apostołów, była przezabawna. Nikt inny nie wybrałby takiego zestawu pomocników, tylko Ten, który wie, że jest w stanie nawet w najtrudniejszych sytuacjach „spaść na cztery łapy”. Bóg jest radosnym ryzykantem. Trafnie ubrał to w słowa św. Paweł: „Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9). Czy ten cytat nie stanowi najlepszego dowodu na uśmiech Boga nawet w obliczu trudności? Rozważmy kilka biblijnych historii, które szczegółowo pokażą charakter boskiego humoru. Twarz nowego przymierza

Pierwszą osobą, z którą Bóg zawarł przymierze, był Noe. Jak by nie patrzeć, było to wielkie wyróżnienie. Nikt do tamtej pory nie miał możliwości podjęcia tak bliskiej współpracy z Bogiem. Do takiej misji musiał być wybrany człowiek wyjątkowy. W Księdze Rodzaju czytamy, że kiedy Bóg zaobserwował wielką niegodziwość ludzi na ziemi i pożałował decyzji o ich stworzeniu, a tylko o Noem miał dobre zdanie. Autor natchniony zapisuje: „[Tylko] Noego Pan darzył życzliwością” (Rdz 6,8), bo był to „człowiek prawy, wyróżniał się nieskazitelnością wśród współczesnych sobie ludzi; w przyjaźni z Bogiem żył Noe” ( Rdz 6,9). Opis ten brzmi sielankowo, jednak nie w pełni charakteryzuje Noego. Nie był on idealnym człowiekiem. Skoro miał się stać „twarzą” nowego przymierza, oczekiwało się od niego pełnej odpowiedzialności, by móc na nim polegać. Niby wszystko na to wskazywało, ale… Noe lubił zaglądać do kieliszka (tradycja biblijna (Rdz 9,20) przypisuje Mu założenie pierwszej winnicy: „był rolnikiem i […] pierwszy zasadził winnicę”). Autor biblijny relacjonuje przypadek, kiedy Noe tak dużo wypił, że nagi leżał w namiocie i nie przykrył swojej nagości nawet wtedy, gdy do namiotu wszedł jego syn, Cham. Później nie pamiętał także tego, co działo się w namiocie. Nie podziękował Semowi i Jafetowi za to, że uratowali jego godność poprzez nałożenie płaszcza. A takie podziękowania by się przydały, ponieważ interwencja synów została przeprowadzona z niezwykłym szacunkiem: by nie widzieć nagości Noego, weszli oni do namiotu tyłem. Ta sytuacja pokazuje, że Bóg ma naprawdę ciekawe poczucie humoru. Osobę, która nie stroni od alkoholu, wybrał do tego, by wprowadziła nowe zasady moralne. Czy było to sensowne? Czy sam Noe mógł mieć wystarczający autorytet, bojąc się, że gdy będzie zbyt wiele wymagał, to ludzie zaczną go wyzywać od starego alkoholika? Menadżer Narodu Wybranego

Kolejną ciekawą postacią Starego Testamentu był Abraham. Zdecydowanie nie pasował na „menadżera tworzącego się Narodu Wybranego”. Po pierwsze, był bardzo starym człowiekiem. Patrząc na jego kandydaturę, trzeba by uczciwie powiedzieć: „starych drzew się nie przesadza”. Bóg zdecydował inaczej. Zamiast wybrać gibkiego młodzieniaszka, który zaskakiwałby wszystkich charyzmą, zadecydował, że siedemdziesięciopięcioletni Abraham będzie ojcem wielkiego narodu. To jeszcze nie koniec nadzwyczajności tej historii. Gdy Abraham miał 99 lat, Bóg obiecał mu bardzo liczne potomstwo. Problem tkwił jednak w tym, że Abraham ze swoją żoną Sarą nie mieli jeszcze ani jednego potomka. Taka obietnica wobec bezpłodnych ludzi mogła jedynie śmieszyć. No i śmieszyła. Autor Księgi Rodzaju pisze o Sarze: „Uśmiechnęła się więc do siebie i pomyślała: «Teraz, gdy przekwitłam, mam doznawać rozkoszy, i mój mąż starzec?»” (Rdz 18,12). Jednak śmiech Sary nie był w tej historii ostatnim uśmiechem. Bóg pozwolił urodzić się Izaakowi dokładnie w zapowiedzianym czasie. Aż by się chciało powiedzieć: „Bóg się śmieje ostatni”. Z tych pozornie „zabawnych Bożych obietnic” wynika jeden bardzo ważny wniosek: Wszechmogący ma cudowne poczucie humoru. Dosłownie i w przenośni… Lider Narodu Wybranego
Nieprzeciętnym człowiekiem Starego Przymierza był Mojżesz. To on został wybrany przez Wszechmogącego na lidera, który miał wyprowadzić Naród Wybrany z Egiptu. Bóg objawił mu się w płonącym krzewie. W trakcie tej nadzwyczajnej, prywatnej audiencji, Mojżesz dowiedział się, jak nazywa się Bóg. „Jestem, który Jestem” – usłyszał. Nikt wcześniej nie rozmawiał tak z Bogiem. Został więc wyróżniony. Czym sobie na to zasłużył? Czy był szczególnie ułożonym człowiekiem? Zdecydowanie nie. W Księdze Wyjścia przeczytamy opis wydarzenia, który mówi o porywczym charakterze Mojżesza. Gdy zobaczył Egipcjanina bijącego Hebrajczyka, rozejrzał się na wszystkie strony i widząc, że pozostanie bezkarny, dokonał samosądu. Na dodatek, by ukryć zbrodnię, zakopał ciało w piasku. Słowem, nie było to działanie w afekcie, tylko zaplanowane wcześniej morderstwo. Co więcej, Mojżesz odmówił, gdy Bóg potrzebował jego pomocy. A przecież wystarczyłoby, żeby zaprezentował wolę Boga Izraelitom i faraonowi. Jak jeszcze zgodził się powiedzieć o niej pobratymcom, tak wymawiał się, by nie pójść z trudną wieścią do faraona. Co miał na swoje usprawiedliwienie? Własne ograniczenie: Mojżesz się jąkał. Sprzeczając się z Bogiem, powiedział: „Jeśli Izraelici nie chcą mię słuchać, jakże faraon będzie słuchał mnie, któremu mówienie sprawia trudność?” (Wj 6,12). We współpracy Mojżesza z Bogiem znowu widać boski uśmiech. Do niezwykle ważnego zadania nie został powołany superbohater. Zamiast dobrze wyszkolonego „kierownika spraw Bożych” na czele pozbawionego nadziei tłumu Izraelitów stanął „porywczy jąkała”. Czy nie lepiej byłoby pozbyć się wielu problemów poprzez profesjonalnego przewodnika? Nie. Bóg wie lepiej. On nie chce, by było gładko. Dla Boga prościej wcale nie znaczy lepiej. Ekipa ewangelizacyjna

W Nowym Testamencie również mamy do czynienia z wieloma „zabawnymi” wyborami Zbawiciela. Gdybyśmy mieli oceniać sprawę „po ludzku”, trzeba by ze smutkiem powiedzieć, że Jezus nie przygotował dobrej ekipy do ewangelizacji. Prawie żaden z apostołów nie nadawał się do pełnienia roli krzewiciela wiary. Większość z nich należała do grupy niewykształconych rybaków, który to zawód nie cieszył się w społeczeństwie dobrą opinią. Nie wypadało, by tacy ludzie zajmowali się rzeczą najważniejszą, czyli kwestią głoszenia Ewangelii. Jezus powinien bardziej się postarać. W przypadku Mateusza Chrystus już całkowicie przeszedł samego siebie. O ile na rybaków możemy przymknąć oko, tak decyzja, by z celnika zrobić apostoła i ewangelistę, przeszła najśmielsze oczekiwania. Mateusz był urzędnikiem państwowym, który współpracował z okupantem. Nie lubiano go, ponieważ przez Żydów był odbierany jako wróg ojczyzny. Poza tym z racji wykonywanego zawodu miał okazję do tego, by sobie dorobić na czyjejś biedzie. To całkowicie psuło jego reputację. Do tego powszechnie pogardzanego człowieka Jezus powiedział: „Pójdź za Mną!”. A przecież wiedział, kim jest Mateusz, ponieważ powołał go w chwili, gdy ten znajdował się w komorze celnej. Zapewne zwerbowani dotąd apostołowie mówili, że tak nie wypada. Oczami wyobraźni widzę ironiczny uśmieszek jednego ze słuchaczy Jezusowych nauk, który wymamrotał: Działając w ten sposób, nie będziecie głosić ewangelii, tylko ją ograniczać. Z takimi ludźmi się nie współpracuje… Jezus tymczasem nie bał się tego typu oskarżeń. Wiedział, że opinia to kwestia względna. Potęga ewangelii leży w łamaniu barier, nie zaś w szufladkowaniu ludzi, by przypadkiem nie narazić się na obraźliwe komentarze. Zresztą Bóg nie tylko zapraszał specyficznych ludzi do tworzenia historii zbawienia, ale wybierał także miejsca niepasujące do koncepcji wszechmocy i cudowności. Czy jakikolwiek Bóg zgodziłby się na to, by Jego syn urodził się w stajni między zwierzętami? Czy chciałby, by jako dziecko uciekał przed krwiożerczym władcą do Egiptu? Czy Bóg-Człowiek według idealnej koncepcji powinien wychowywać się na peryferiach Cesarstwa Rzymskiego zamiast w centrum Imperium Rzymskiego, na dworze cezara? Moglibyśmy zadać setki takich pytań. W nich wszystkich widać uśmiechniętą twarz Boga, który mówi, że jest potężny, czyli taki, który nie angażuje się w tendencyjne rozwiązania. ks. Piotr ŚliżewskiGłos Ojca Pio [112/4/2018] 


Barbara Cabała.

W winie dzikość, w winie prawda, ale w wodzie zdrowie.

Napoje zawierające alkohol towarzyszą nam niemal od zarania istnienia ludzkości. W najstarszych zapisanych dokumentach można znaleźć informacje o uprawie winnej latorośli od przeszło 4 tysięcy lat p.n.e. w Azji Mniejszej, później w Egipcie, południowej Europie i Chinach oraz o warzeniu i piciu piwa w Mezopotamii. Eposy Homera dowodzą uprawy winorośli i rozpowszechnienia wina w krajach wschodniej części basenu Morza Śródziemnego. Piwo było codziennym napojem, cenionym przez Gotów, Germanów i Słowian znad Warty i Odry. Warzono go początkowo głównie w domach i klasztorach, później w browarach. W XV w. w kilkutysięcznym Krakowie piwo produkowało aż 25 browarów, a szynki z charakterystyczną wiechą nad wejściem były niemal na każdej uliczce. Ale już wcześniej – jak świadczą dokumenty z XII w. – uprawiano na ziemiach polskich przyklasztorne winnice i zapewne owoce tej uprawy wykorzystywane były nie tylko do wyrobu win mszalnych. Zwyczaj picia wina zaczął się upowszechniać wśród szlachty dopiero pod koniec XVI w., wypierając miody pitne i przeznaczone dla gminu piwo. Były to oczywiście wina importowane: francuskie, włoskie, hiszpańskie, reńskie, a od XVII w. najwyżej ceniono wina węgierskie, wlewające się do Polski wraz z węgierskimi żakami. Zaczęto też zapominać o słynnych miodach staropolskich – kapucyńskim i dębniaku, syconych w miodosytniach według specjalnych receptur, aby były dobrze uwarzone, wystałe i klarowne oraz w miarę przyprawione korzeniami. Acz to właśnie w tym czasie książę biskup warmiński Ignacy Krasicki w Monachomachii napisał: Miód dobrym myślom żywości udziela Wino strapione serce rozwesela. Znana też była już od XIII w. w Europie okowita – mocna wódka pędzona początkowo z wina i uważana za lek; później nazywano ją gorzałką (gorzałe wino), wreszcie wódką. Paradoksem wydaje się jej nazwa: pochodzi ona z łacińskiego aqua vitae, czyli woda życia. Późniejsze wieki pokazały, jak zgubna dla człowieka może być ta woda życia. Jak więc widać, ludzkość od zarania swych dziejów piła, aczkolwiek nikt wtedy nie mówił o alkoholizmie ani o chorobie. Alkohol pojawiał się już przy narodzinach nowego członka społeczności, którego przyjście na świat należało przecież uczcić radośnie. A potem ileż było sytuacji, w których kufle piwa, lampki wina, garnce miodu pitnego i kieliszki wódki wywoływały w uczestnikach biesiady wzruszenia, uczucia rozweselenia i lekkości, rozluźnienia i ekscytacji, ale też irytacji, gniewu, agresji, rozpaczy, lęku… Początkowo szukano w niewielkich ilościach alkoholu uśmierzenia bólu, niepokoju, trosk. Alkohol pozwalał zapomnieć o kłopotach, przenosił w lepszy świat własnych wyobrażeń o sobie, nakłaniał do zabawy. Ale też rozpalał głowy, prowadząc do bijatyk i burd. Nie na darmo przecież stara rabinacka przypowieść głosi, iż Szatan zakopał pod korzeniami pierwszej winorośli, zasadzonej przez Noego po potopie na górze Ararat, lwa, owcę i wieprza; dlatego człowiek czerpie z wina dzikość pierwszego, łagodność drugiego i skłonność do tarzania się w błocie tego trzeciego zwierzęcia. Obserwacja zachowań coraz częściej sięgających po mocną okowitę i upijających się na umór szlachciców i chłopów była zapewne powodem słów renesansowego poety Sebastiana Klonowica: Nie wiem, zaiste, kto w pierwszej osnowie Ognisty napój wymyślił w gorzelnie? Kto jest ów zbrodniarz? I jako się zowie? By go przekleństwu oddać nieśmiertelnie… Ktoś nieprzyjazny – Szatan mu na imię. W kilka wieków później wtórował mu Władysław Anczyc: Już to w tej gorzałce moc szatańska taka, Z porządnego człeka zrobi wnet pijaka; Przestajmyż pić wódkę, Polacy, włościanie, A naszym zamysłom pobłogosław, Panie! I było nad czym biadać. Wspaniałe czasy renesansu, w których upijanie się na umór nie należało do dobrego tonu, a miłośników okowity społeczeństwo odrzucało jako pokaranych przez Boga grzeszników, już dawno minęły. Wódka służąca początkowo jako lek ziołowy, od XVII w. zawładnęła ludźmi jak prawdziwy narkotyk, wydobywając z nich brutalność i rozwiązłość, odkrywając drapieżność natury ludzkiej, nakłaniając do porywania się na rzeczy wielkie, ale i okrutne. Za czasów saskich patologiczne upijanie się było już nie rozrywką, ale normą – stało się w Polsce stylem życia. Po czasach saskich dawno pamięć przeminęła, ale niestety smutny spadek tamtych wieków pozostał w nas: nadal jesteśmy narodem pijącym w nadmiarze. I chociaż dzisiaj już wiemy, że problem trunkowego uzależnienia nie jest wymysłem naszych czasów, a alkoholizm to choroba, trudno nam idzie leczenie się z tego nałogu. Winorośl dana nam przez Boga jak wszystkie inne dary ziemi dla naszego dobra, została wykorzystana niezgodnie z jej pierwotnym przeznaczeniem. Niewielkie dawki alkoholu mogą mieć przyjemne, a nawet lecznicze działanie – wszak czysty spirytus stanowi składnik wielu leków. Alkoholowa rzeka W Biblii znajdziemy wiele wersów mówiących nie tylko o uprawie winnej latorośli, ale też o pożytkach i skutkach używania napoju z niej pochodzącego. W Drugiej Księdze Machabejskiej (15, 39) czytamy: Mało bowiem wartości ma picie samego wina, a tak samo również wody, podczas gdy wino zmieszane z wodą jest miłe i sprawia wielką przyjemność. Psalm 104 to uwielbienie Boga również za wino, co rozwesela serce ludzkie (w. 15). W weselu chleb swój spożywaj i w radości pij swoje wino – radził Kohelet (9, 7). Daj sycerę skazańcom, a wino zgorzkniałym na duchu: niech piją, niech nędzy zapomną – podpowiada Księga Przysłów (31, 6-7). A podczas wesela w Kanie Galilejskiej Jezus przemienił wodę w wino, kiedy tego napoju dla gości weselnych zabrakło (por. J 2, 1-11). W wielu wersach Biblii znaleźć możemy przestrogę przed nadmiernym piciem. Wino i moszcz odbierają rozum – ostrzegał prorok Ozeasz (4, 11). Popada w nędzę, kto lubi hulanki, nie wzbogaci się, kto lubi (…) wino – alarmuje Księga Przysłów (21, 17). Robotnik pijak nie zbogaci się (…) Wino i kobiety wykoleją mądrych – wtóruje autor Mądrości Syracha (19, 1.2). Podobnie upomina ojciec młodego Tobiasza (4, 15): Nie pij wina aż do upicia się i niech pijaństwo nie idzie z tobą w drogę. Znamienne są słowa zamieszczone w księdze Mądrości Syracha (31, 25-30): Przy piciu wina nie bądź zbyt odważny, albowiem ono zgubiło wielu. Jak w kuźni próbuje się twardość stali zanurzając ją w wodzie, tak wino doświadcza serca zuchwalców przez bójkę. Wino dla ludzi jest życiem, jeżeli pić je będziesz w miarę. Jakież ma życie ten, który jest pozbawiony wina? Stworzone jest ono bowiem dla rozweselenia ludzi. Zadowolenie serca i radość duszy daje wino pite w swoim czasie i z umiarkowaniem. Udręczeniem dla duszy jest zaś wino pite w nadmiernej ilości wśród podniecenia i zwady. Pijaństwo powiększa szał głupiego na jego zgubę, osłabia siły i sprowadza rany. Dostępność tego “uzależniacza”, jego początkowo pozytywny wpływ na człowieka sprawiają, iż zaczynamy coraz częściej szukać za jego pomocą sposobu na rozwiązanie swoich problemów: uśmierzenia lęku, niepokoju, nieporadności, rozgoryczenia, niepewności. Nadużywając alkoholu, chcemy osiągnąć poprawę nastroju, zmodyfikować sferę emocjonalną – alkohol ułatwia nam kontakty z ludźmi, uzyskujemy lepszy, choć zafałszowany obraz samego siebie, budujemy coraz więcej iluzji na swój temat. Początki picia są więc pozytywne w naszym subiektywnym odbiorze. Ale wino jest zdradliwe: początkowo jest przyjacielem, potem staje się wrogiem (Thomas Fuller). Z każdym następnym kieliszkiem będzie coraz gorzej dla nas. Alkohol staje się głównym sposobem wywoływania uczuć: od poczucia siły i zadowolenia z siebie do poczucia wstydu i winy, od euforii do brutalności. Huśtawka nastrojów sprawia, że sięgamy po następny kieliszek, i jeszcze po następny… żeby nic nie czuć; ale coraz trudniej jest osiągnąć ukojenie… Nasilają się kłopoty w stosunkach z ludźmi, przypadkowe kontakty powodują dotkliwe straty – stajemy się ofiarami pobić, kradzieży, gwałtów; ze strachu coraz częściej uciekamy w samotność. Aż nadchodzi ten moment, kiedy uświadamiamy sobie, że staliśmy się alkoholikami. I jeżeli mamy dość siły, wiary i wsparcie w bliskich, rozpoczynamy mozolną drogę wspinania się na nowo na powierzchnię życia. A potem jeszcze batalia o wytrwanie w trzeźwości. Tak napisał o tym F. von Bodelschwing: Kiedy spotkasz uratowanego alkoholika, masz przed sobą bohatera. Czyha w nim bowiem uśpiony wróg śmiertelny. On zaś trwa obciążony swą słabością i kontynuuje mozolną swą drogę przez ten świat, w którym panuje kult picia, wśród otoczenia, które go nie rozumie, w społeczeństwie, które sądzi, że ma prawo z żałosną nienawiścią spoglądać na niego z góry, jako na człowieka pośledniejszego gatunku, ponieważ ośmiela się on płynąć pod prąd alkoholowej rzeki. Kiedy spotkasz takiego człowieka – wiedz, że jest to człowiek w bardzo dobrym gatunku. Więc chociaż – w winie radość, zadowolenie, prawda, my pozostańmy przy czystej zdrowej wodzie…

Barbara Cabała Posłaniec Serca Jezusowego 8/2013


„W poniedziałek, 10 czerwca br., w Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła, Patronki naszej Archidiecezji, zapraszamy wszystkich, a szczególnie kapłanów, osoby życia konsekrowanego, członków ruchów, wspólnot i stowarzyszeń kościelnych z pocztami sztandarowymi do udziału w uroczystej Mszy Świętej, pod przewodnictwem Księdza Arcybiskupa Metropolity Andrzeja Dzięgi w Bazylice Archikatedralnej w Szczecinie o godz. 18.00. Liturgia ta będzie Diecezjalnym Dziękczynieniem za dar pierwszej pielgrzymki św. Jana Pawła II do Polski, sprawowana w ramach Archidiecezjalnego Dnia Jedności Ruchów, Wspólnot i Stowarzyszeń Kościelnych oraz Tygodnia Ewangelizacji. Po Mszy Świętej odbędzie się adoracja Najświętszego Sakramentu, zakończona Apelem Maryjnym.”


ks. Dariusz Dogondke. Czy w Biblii jest mowa o tatuażach?

Katecheta

f

W rozmowie z młodzieżą, pytającą o tatuaże w Biblii, trzeba mieć na uwadze to, że za tego rodzaju pytaniami kryje się na ogół poszukiwanie odpowiedzi na inny, często konkretny, życiowy dylemat: Czy dać sobie zrobić tatuaż? Oznacza to również, że młodzi ludzie chcąc podjąć taką ważną i „nieodwracalną” decyzję, chcą to uczynić w oparciu o argumenty przemawiające za i przeciw, odwołując się przy tym także do pouczenia płynącego z wiary i z nauki Pisma Świętego. Jakiekolwiek jednak byłoby podłoże pytania młodzieży o tatuaże – które należy wziąć pod uwagę – jest ono godne podjęcia tego tematu w szerszym kontekście, z uwzględnieniem oczywiście odpowiedzi na pytanie o obecność tatuaży w Biblii. 

Wprowadzenie do tematu Odpowiadając na pytanie o tatuaże w Biblii na samym początku trzeba zaznaczyć, że słowo „tatuaż” w Biblii nie występuje, ponieważ pochodzi ono z całkowicie innego kręgu kulturowego, a mianowicie z jednego z narzeczy języka tahitańskiego. Do naszego kręgu kulturowego słowo tatuaż weszło za sprawą Jamesa Cooka, słynnego angielskiego żeglarza i podróżnika, który trzykrotnie wyprawiał się na wody południowego Pacyfiku, docierając m.in. do Tahiti [1]. Stamtąd też jeden z okrętów, uczestniczących w drugiej wyprawie (1771-1775), przywiózł do Anglii Polinezyjczyka o imieniu Omai. Zainteresowanie, jakie w Anglii wzbudziło wytatuowane ciało Omaia, spowodowało, że używane przez niego tahitańskie słowo tatau – „znak”, „malowidło”, którym nazywał on pokrywające ciało tatuaże, zaczęło funkcjonować najpierw w języku angielskim (tattoo), a następnie przeszło do wielu innych języków, w tym także do języka polskiego. Omai powrócił na swoją rodzinną wyspę, gdy James Cook dotarł tam po raz kolejny w czasie swej ostatniej, trzeciej wyprawy (1776-1780). Nie wrócił z niej natomiast inicjator podróży, który zginął w potyczce z tubylcami na Hawajach w 1779 r. To ciekawe opowiadanie o pochodzeniu słowa tatuaż pokazuje wyraźnie, że nie znajdziemy go w Biblii, ponieważ w XVIII w., gdy słowo to pojawiło się w naszym kręgu kulturowym, biblijne słownictwo już dawno dobrze radziło sobie bez tego słowa. Nie oznacza to jednak, by zrezygnować z poszukiwania innych słów, które w Biblii mogłyby oznaczać to samo, czyli znaki, pismo lub obrazy uczynione na ludzkim ciele, powstałe przez wprowadzenia pod skórę jakiegoś barwnika. Nasze poszukiwania są o tyle uzasadnione, że choć samo słowo tatuaż pojawiło się u nas dość późno, zjawisko tatuowania ciała było znane bardzo dawno i w wielu kulturach na całym niemal świecie. Ponadto, zwłaszcza w starych kultach inicjacyjnych, tatuaże często miały znaczenie religijne. Znak – znamię Szukając w Piśmie Świętym czegoś, co odpowiadałoby tatuażom, należy przeanalizować bardzo wiele różnych pojęć biblijnych. Pierwszym z nich powinno być słowo „znak”, które posiada wiele znaczeń, od znaku w rozumieniu cudu, poprzez np. znaki czasu, aż do tego, co interesuje nas najbardziej, czyli znaku jako zewnętrznego charakterystycznego znamiona na ciele [2]. Pierwszym z takich miejsc jest znak – znamię, które otrzymał Kain: Dał więc PAN Kainowi znamię, by ludzie, których spotka, nie zabili go (Rdz 4,15) [3]. Czy za tym tajemniczym znamieniem kryje się jednak tatuaż? Choć niektórzy tak właśnie sądzą, chyba na zawsze znak ten pozostanie dla nas nierozwiązaną zagadką [4]. Podobnie tajemniczym znakiem o charakterze ochronnym był „znak Taw” [5] wypisany przez „człowieka ubranego w lnianą szatę” (z wizji proroka Ezechiela) na czołach ludzi bogobojnych, którzy dzięki temu znakowi w czasie zagłady Jerozolimy mieli znaleźć ocalenie (por. Ez 9). Ale i tym razem można mieć wątpliwości czy, aby w znaku tym, na pewno chodzi o rodzaj tatuażu? Symbolika „znaku Taw”, który swym kształtem przypominał krzyż, była przez chrześcijan od zawsze interpretowana jako zapowiedź znaku zbawienia, co ma swoje potwierdzenie w Apokalipsie (czyli znowu w wizji) zapowiadającej ocalenie wiernych świadków Chrystusa: Nie niszczcie ziemi, ani morza, ani drzew, dopóki nie opieczętujemy na czołach sług naszego Boga (Ap 7,3). Innym ważnym pojęciem, które padło przed chwilą w ostatnim z cytatów (por. Ap 7,3), jest słowo „pieczęć”. Słowo o tyle ważne, że – w pewnych sytuacjach – można w nim dopatrywać się terminu odpowiadającego naszemu pojęciu tatuaż. Pieczęć była bowiem symbolem osoby, jakby jej podpisem, znakiem przynależności i władzy nad…, czasami wytatuowana na ciele. Noszony zaś przez ważne osoby pierścień służył do pieczętowania, co oznaczało branie w posiadanie czegoś lub kogoś, sprawowanie nad nim władzy [6]. Słowo pieczęć w Biblii było też używane w bardzo pozytywnym – często przenośnym – znaczeniu wzajemnej przynależności, np. oblubieńczej miłości: Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu (Pnp 8,6). Z takiego pozytywnego znaczenie słowa „pieczęć / pieczętować” można nawet wywodzić tak ważne teologiczne tematy jak posłannictwo Jezusa, na którym Bóg Ojciec wycisnął swoją pieczęć (J 6,27), czy posłannictwo Ducha Świętego, dzięki któremu również chrześcijanie zostają opieczętowani: W Nim (Chrystusie) uwierzyliście i zostaliście naznaczeni pieczęcią, Świętym Duchem obietnicy (Ef 1,13). Można by tak z pewnością szukać dalej i rozpatrywać kolejne pojęcia, takie jak „namaszczenie”, „charyzmat”, „charakter” itp., ale mimo wszystko wydaje się, że ciągle nie ma w nich tego, czego tak naprawdę szukamy. Dlatego na tym zakończmy nasz krótki przegląd najważniejszych terminów, w których niestety tatuażu – w naszym pojęciu – raczej nie ma. 

Zakaz tatuowania ciała Wyrażeniem bodajże najbliższym tatuowaniu ciała w Biblii jest z pewnością „wypalanie piętna”, o którym mówi m.in. prorok Izajasz. W jednym z miejsc swej księgi, posługując się grą słów, prorok porównał ze sobą dwa podobnie brzmiące słowa „piękno” i „piętno”, by zapowiedzieć uprowadzenie do niewoli kobiet, których piękno ozdób zostanie zastąpione wypalonym na ciele piętnem niewolnicy: …zamiast upiętych włosów – ogolona głowa, zamiast szat wytwornych – ciasny wór na biodra, zamiast piękna – piętno (Iz 3,24). To piętno niewolnika [7], wypalane na ciele, nie wypływało jednak z własnego wyboru, jak przy tatuażu w naszym rozumieniu, lecz było znakiem wyraźnie upokarzającym, o którym warto tu wspomnieć, dodając od razu, że nie o to nam chodziło. Nawet gdyby to niewolnicze piętno było tatuażem – to, ze względu na odniesienie do niewolnictwa, znak ten nie odpowiada naszej mentalności, kojarząc się bardziej z wytatuowanym na ramieniu numerem w obozie koncentracyjnym, niż z rzeczywistym tatuażem, który – w założeniu dzisiejszej młodzieży – postrzegany jest jako znak zdobiący ciało. Znowu więc musimy odejść od tego obrazu wypalonego lub wytatuowanego piętna jako znaku niewolnictwa. Wydaje się, że powód, dla którego w Biblii tak trudno odnaleźć odniesienia do rzeczywistych tatuaży, jest banalnie prosty. Religijne Prawo Starego Testamentu zabraniało „nacinania”, co należy rozumieć także jako zakaz nakłuwania, ciała. Zakaz ten został wyrażony wprost i zapisany w Prawie Mojżesza, najpierw w Księdze Kapłańskiej, a potem także w Księdze Powtórzonego Prawa: Nie będziesz nacinał ciała na znak żałoby po zmarłym ani umieszczał na ciele znaków tatuażu (Kpł 19,28; por. Kpł 21,5 i Pwt 14,1). Z powyższego zdania wynika, że owo nacinanie ciała wiązało się przede wszystkim z praktyką żałobną [8], prawdopodobnie pochodzenia kananejskiego [9] lub ogólnie pogańskiego. To dlatego, z motywów czysto religijnych, tego typu samookaleczenie zostało w Izraelu zabronione. Podobny zwyczaj, poświadczony w Biblii, mówi o rytualnym nacinaniu swojego ciała przez fałszywych, pogańskich proroków, którzy w ten sposób chcieli przywołać uwagę i działanie swego bożka Baala: Oni zaś, krzycząc głośno, nacinali się według zwyczaju mieczami i włóczniami, aż się pokrwawili (1Krl 18,28). Choć jednak nacinanie, o którym mowa, nie oznacza automatycznie tatuowania, uważny czytelnik na pewno zauważył, że w przytoczonym wcześniej zdaniu z Księgi Kapłańskiej, w którym zakazano nacinania ciała, słowo „tatuaż” wreszcie padło (por. Kpł 19,28). Jest to jedyne w całym Piśmie Świętym miejsce, w którym tłumacze posługują się niekiedy takim właśnie przekładem, choć trzeba przyznać, że istnieją duże wątpliwości dotyczące słuszności użycia tu tego określenia. W tekście hebrajskim chodzi bowiem o termin qa̔aq̔a [10], który w całej Biblii występuję tylko jeden raz i tak naprawdę nie wiemy dokładnie, co on oznacza. Słowniki wskazując na niepewną etymologię słowa podkreślają, że niekoniecznie musi ono oznaczać tatuaż, może chodziło tu po prostu o jakąś ozdobę na ciele albo amulet odstraszający duchy zmarłych [11]. I znowu kwestii tej do końca nie rozwiążemy. Dlatego jako wniosek końcowy, po całościowym przyjrzeniu się wszystkim wyrażeniom w Biblii mogącym oznaczać tatuaż, musimy stwierdzić, że Biblia nigdzie nie mówi o tatuażach w sposób pewny. Jedynym pewnikiem wynikającym z Pisma Świętego jest zakaz nacinania ciała, co należy interpretować również jako zakaz czynienia tatuaży. * * * W świetle tego, co zostało powiedziane, należy stwierdzić, że Biblia zabrania tatuowania swego ciała. Kwestia ta jednak dla nas chrześcijan nie ma właściwie większego religijnego znaczenia, a jedynie wiąże się mniej lub bardziej z panującą w pewnych środowiskach i czasach modą. Stąd też trzeba mieć zawsze na uwadze ten środowiskowy charakter tatuowania ciała. Tak jest np. w środowisku więźniów, gdzie określone tatuaże mają swoje znaczenie. Może oczywiście pojawić się tatuaż o charakterze religijnym, ale – moim zdaniem – będzie to zawsze świadczyć o niezrozumieniu tego, czym tak naprawdę jest wiara, bo choć wiara posiada i potrzebuje zewnętrznych znaków, nie wymaga od wierzących w Chrystusa, by w taki sposób znaczyli oni swoje ciała. Jako chrześcijanie wszyscy zostaliśmy na Chrzcie Świętym naznaczeni nieusuwalnym znamieniem Ducha Świętego [12], które świadczy o naszej przynależności do Chrystusa i  żaden zewnętrzny znak tego ani nie zastąpi, ani nie wyrazi lepiej. A zatem posiadając już w sobie owo „znamię Ducha Świętego” zadbajmy o to, aby to właśnie ten niewidzialny znak stawał się w nas coraz bardziej wyraźny przez szukanie w swym życiu woli Bożej i doskonałe jej wypełnienie. Na zakończenie warto jeszcze powiedzieć, że to, co dzisiaj ludzie myślą i czują niekoniecznie będzie przez nich podzielane przez całe ich życie. Dlatego byłoby nieroztropnością znaczenie swego ciała czymś, co w danym momencie wydaje się nam rzeczą najważniejszą na świecie, ale za jakiś czas, gdy to się zmieni, będziemy żałować pochopnego kroku, o czym niestety już wielu, na własnej skórze, bardzo boleśnie, się przekonało. Jeżeli rzeczywiście chcemy, by jakiś znak towarzyszył nam stale w życiu, poszukajmy „duchowego sposobu” noszenia w swym sercu kogoś lub czegoś, tym bardziej, że takiego „uduchowionego” sposobu wyrażania uczuć uczy nas nasza wiara. W rozmowie z Samarytanką Jezus powiedział: Bóg jest duchem, stąd też ci, którzy Go wielbią, winni to czynić w Duchu i w prawdzie (J 4,24). ks. Dariusz Dogondke 

Katecheta 10/2012_________________________

Przypisy: [1] Temat wypraw Jamesa Cooka podejmuje np. A. MacLean, Kapitan Cook, Warszawa 1994.[2] Z tego powodu, że chodzi tu o znaki uczynione na ciele w sposób świadomy, pominiemy np. „znamiona chorobowe”, czy inne tego rodzaju znaki, których obecność na ciele nie ma nic wspólnego z tatuażem.[3] Wszystkie teksty biblijne za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem (Edycja Świętego Pawła), Częstochowa 2008.[4] Por. J.H. Walton – V.H. Matthews – M.W. Chawalas, Komentarz historyczno-kulturowy do Biblii Hebrajskiej, Warszawa 2005, s. 14.[5] Czyt. „Tau” – ostatnia litera hebrajskiego alfabetu.[6] Por. C. Lesquivit – M.-F. Lacan, Pieczęć, [w:] Słownik Teologii Biblijnej, X. Leon-Dufour (red.), Poznań 31990, s. 656-657.[7] Nie zawsze jednak wypalano na ciele niewolnika piętno, lecz najprawdopodobniej dotyczyło to takich sytuacji, w których miała miejsce np. próba ucieczki lub podejrzewano niewolnika o taki zamiar. Por. R. de Vaux, Instytucje Starego Testamentu, Poznań 2004, s. 95. Bywały też mniej drastyczne formy naznaczania niewolników, np. w Babilonii tatuowano imię właściciela na ręce jego niewolnika, do czego najprawdopodobniej nawiązuje prorok Izajasz zapowiadając tych, którzy będą chcieli należeć kiedyś do ludu Bożego: inny na swej ręce wypisze: «Własność PANA» (Iz 44,5).[8] Na temat praktyk żałobnych w Izraelu zob. R. de Vaux, Instytucje Starego Testamentu, Poznań 2004, s. 69.[9] Ten pogański ryt mógł mieć na celu zawarcie przymierza krwi ze zmarłym, por. S. Łach, Księga Powtórzonego Prawa. Wstęp – przekład z oryginału – komentarz – ekskursy, KUL – Pismo Święte Starego Testamentu II/3, Poznań 1971, s. 183.[10] Czyt. „Kaaka” – drugie z dwóch kolejno następujących po sobie „a” jest krótkie.[11] Por. L. Koehler – W. Baumgartner – J.J. Stamm, Wielki słownik Hebrajsko-Polski i Aramejsko-Polski Starego Testamentu, t. II, Warszawa 2008, s. 180.[12] Trzy sakramenty: chrzest, bierzmowanie i sakrament święceń kapłańskich wyciskają takie właśnie nieusuwalne znamię (charakter), por. KKK §1121.


Przemysław Artemiuk Demokracja w Kościele?

Głos Ojca Pio

fCzy Kościół powinien się demokratyzować, czy też ma zachować zdrowy dystans do każdego systemu społeczno-politycznego? Wydawać by się mogło, że skoro demokracja jest najlepszym z możliwych rozwiązań politycznych, tym bardziej Kościół powinien jej się poddać. Tak się jednak nie dzieje. Dlaczego? Aby znaleźć odpowiedź, musimy wrócić do początków Kościoła i zbadać jego genezę. Mądrość Sokratesa Zacznijmy jednak od Sokratesa. Filozof ten wyjątkowo nie lubił demokracji. Żywił do niej głęboką nieufność. Z czego ona wynikała? Gdzie miała swoje źródło? Ateński filozof, który sam siebie nazywał akuszerem myśli lub gzem kąsającym intelektualnie swoich rodaków, uważał, że demokracja po prostu nie uczy myślenia. Sokrates, wiodąc zasadniczy i głęboki spór z Ateńczykami, „nie zastanawiał się, który ustrój i z jakiego powodu ma wyższość nad którym. Pytania takie stawiali Platon i Arystoteles, udzielając na nie rozmaitych odpowiedzi, z których przynajmniej jedna miała odegrać fundamentalną rolę w teorii i praktyce politycznej świata zachodniego. Odpowiedź ta wskazywała na ustrój mieszany jako rozwiązanie optymalne. Ale nie taka była perspektywa Sokratesa. (…) Jego niechęć do demokracji była innego rodzaju. Podstawowym przedmiotem zainteresowania Sokratesa był człowiek i jego dusza, a filozofia, jaką proponował, miała pokazać drogi do rozwinięcia tego, co w człowieku najlepsze (to beltiston). Refleksja tego dotycząca nie powstawała wyłącznie poprzez abstrakcyjne wywody. Zrodziło ją też doświadczenie, a tym doświadczeniem była demokracja, szczególnie zaś typ ludzki, który ten ustrój obsługiwał, tworzył go i był przez niego tworzony. Takiego człowieka demokratycznego obserwował Sokrates, a wnioski, jakie wyciągał, nie były krzepiące”. Co w takim razie odnalazł ateński filozof? Po pierwsze, skonstatował, że w tym systemie trzeba brać pod uwagę opinię szerokich mas, które będą żądały od wszystkich, by upodobnili do nich swoją naturę (Gorgias). Po drugie, odkrył, że nie ma związku między kreatywnością myślenia a swobodą działania. Dobitnie ukazały to także przyszłe dzieje świata. Wobec ateńskiego systemu Sokrates pozostał nieufny, „nie lubił człowieka demokratycznego, ponieważ odnajdywał w nim głęboką niechęć do filozofii, do refleksji i autorefleksji, do poszukiwania prawdy. Dlatego uleganie demosowi stanowiło śmiertelne zagrożenie dla duszy”. Intuicja Wildsteina Z pewnością dzisiejsza postać demokracji zdecydowanie różni się od ateńskiego wzorca. Bronisław Wildstein dostrzega jej skarłowacenie, zepsucie i pozorność. „Żyjemy – zauważa publicysta – w świecie przebierańców i odwróconych pojęć. To, co deklarowane jest oficjalnie jako oczywistość, oczywiste wcale nie jest. Dominująca ideologia występuje w szatkach wolności, pluralizmu i dialogu, a stanowi zaprzeczenie tych idei; narzuca nam dyktat politycznej poprawności, cenzuruje język i odbiera możliwość wyboru. Zgodnie z nią odwróceniu ulec mają zasadnicze postawy cywilizacyjne. Seks ma stać się rzeczą publiczną, a religia – prywatną. Idea demokracji doprowadzona została do absurdu i funkcjonuje jako fetysz, czego przejawem jest próba przeniesienia jej zasad do rodziny, szkoły czy kultury. Jednocześnie we właściwej dla niej sferze politycznej coraz bardziej przekształca się w formalny rytuał, który skrywa zupełnie niedemokratyczne praktyki”. Cóż więc powinien zrobić Kościół w odpowiedzi na ekspansję demokratycznych procedur? Czy ma ulegać politykom domagającym się większej demokratyzacji struktur kościelnych? Odpowiedź tkwi w historii Kościoła. Wystarczy dobrze odczytać jego genezę, by zdać sobie sprawę, jak bardzo różni się on od demokracji. Geneza Kościoła Kościół nie powstawał z woli człowieka ani na drodze demokratycznych wyborów. Do połowy XX wieku w teologii katolickiej obowiązywała teza, iż Jezus, przekazując św. Piotrowi „władzę kluczy” (Mt 16,18 – „Ty jesteś Piotr, czyli Skała i na tej skale zbuduję Kościół mój”), wprost i bezpośrednio ustanowił Kościół. Z czasem, odwołując się do najnowszych badań historycznych i biblijnych, poszerzono perspektywę teologiczną. Dzisiaj mówimy o procesie rodzenia się Kościoła, na który składają się ściśle ze sobą powiązane fazy: zrealizowanie przez Jezusa obietnic dotyczących ludu Bożego zawartych w Starym Testamencie; adresowane do wszystkich wezwanie do nawrócenia i wiary w Niego; ustanowienie Dwunastu jako szczególnej wspólnoty; wybór Piotra i nadanie mu misji; odrzucenia Jezusa przez przywódców żydowskich; ustanowienie Eucharystii; odnowienie przez Chrystusa w fakcie zmartwychwstania swojej wspólnoty z uczniami; zesłanie Ducha Świętego, które staje się proklamacją istnienia Kościoła; wyjście uczniów do pogan i formowanie się wśród nich Kościoła. „Jezus chciał założyć swój Kościół” i wprowadzić tym samym zgromadzonych wokół siebie ludzi w porządek królestwa. Wspólnota wierzących nie jest zatem wymysłem uczniów, którzy pragnęli jedynie przechowywać pamięć o swoim Mistrzu. Początek Kościoła należy widzieć w planie Bożym, który stopniowo ujawniał się w historii. Dzieło budowy tej wspólnoty to proces złożony, a nie jednorazowe wydarzenie. W jego centrum stoi osoba Jezusa, którego całe ziemskie życie było ukierunkowane na powołanie ludu Nowego Przymierza. Tajemnicze słowo: sukcesja Aby uchwycić różnicę między Kościołem a demokracją, należy przywołać jeszcze jedno słowo, które także dzisiaj determinuje sposób kierowania wspólnotą kościelną. Jest nim sukcesja. W tradycyjnym rozumieniu to następstwo, dziedzictwo, spadek po kimś, prawo do objęcia tronu. Termin ten w chrześcijaństwie posiada jednak szczególne znaczenie. Pojawił się po raz pierwszy około 165 roku. Wyraża on zasadę, zgodnie z którą biskupi z woli Chrystusa są następcami apostołów. Według Henryka Seweryniaka sukcesja apostolska „oznacza nieprzerwany proces przekazu posłannictwa Dwunastu, dokonujący się w mocy Ducha Świętego przez sakramentalny akt święceń biskupich dla zachowania tożsamości ewangelicznej Kościoła”. Jan Paweł II widział w niej „wywodzącą się od samych początków nieprzerwaną ciągłość ważnych święceń biskupich”. Benedykt XVI również zwraca uwagę na tę cechę: sukcesja „jawi się jako kontynuacja posługi apostolskiej, gwarancja trwania w Tradycji apostolskiej, słowa i życia, powierzonej nam przez Pana”. Jest to ciągłość zarówno historyczna, jak i duchowa. Sukcesja wyraża się najpierw „w tym historycznym łańcuchu, jest gwarancją trwania we wspólnocie kościelnej kolegium apostolskiego zgromadzonego przy Chrystusie przez Niego samego”. Ma również wyraźny wymiar duchowy, ponieważ „w posłudze uważana jest za szczególne miejsce działania i przekazywania Ducha Świętego”. Sukcesję wyraża gest nałożenia rąk, którego dokonuje biskup konsekrator wraz biskupami danej prowincji. Jest ona również poświadczona listami sukcesyjnymi przechowywanymi w poszczególnych Kościołach. Zwraca na to uwagę św. Ireneusz z Lyonu: „Otóż każdy, kto chce zobaczyć prawdę, może stwierdzić w każdym Kościele tradycję apostołów na całym świecie. I możemy wyliczyć tych, których apostołowie ustanowili biskupami w kościołach, oraz ich następców aż do nas”. W przypadku sukcesji możemy mówić o jej wymiarze indywidualnym: „sięgająca w swoim źródle do konkretnego imienia apostoła, przysługuje tylko biskupowi Rzymu jako następcy św. Piotr Apostoła”, a także kolegialnym: „poszczególni biskupi nie są […] następcami konkretnych apostołów, chociażby sprawowali urzędy w Kościele bezpośrednio przez nich założone”. Szukając podstaw sukcesji, należy widzieć jej źródło w dziele Chrystusa (ustanowienie Dwunastu, akt przekazania im Eucharystii – Mk 14,17; uniwersalizm misji apostolskiej – Mt 28,19 i wiecznotrwałość Kościoła). Początki tej praktyki sięgają Nowego Testamentu (pierwszeństwo św. Jakuba Młodszego w Jerozolimie, wybór Siedmiu, obecność starszych), a rozwój przypada na czas poapostolski (List Klemensa Rzymskiego, Listy Ignacego Antiocheńskiego).        Kościół i demokracja O kształcie Kościoła nie zdecydowały więc procedury demokratyczne, ale pragnienie Jezusa, który chciał powołać wspólnotę uczniów. Dwunastu stało się komórką-matką. Na mocy sukcesji, o czym świadczą nowotestamentalne teksty, przekazali oni Chrystusową Ewangelię całemu światu, budując równocześnie trwałe struktury. Także dzisiaj Kościół, pielęgnując pamięć o swoich początkach, strzeże tej pierwotnej Tradycji, co nie oznacza jednak wrogości wobec demokracji. To prawda, że Kościół w epoce rodzenia się współczesnych systemów demokratycznych (XVIII-XIX w.) pozostawał do nich raczej zdystansowany, a momentami nawet bardzo krytyczny, dzisiaj jednak jego stosunek jest pozytywny, chociaż niepozbawiony ostrożności. Co niepokoi we współczesnych demokracjach? Na pewno chodzi o zbyt mocny akcent położony na wolność człowieka. Niekiedy może być ona mylona z wszelką formą niezależności od władzy, z odrzuceniem ograniczeń ze strony społeczeństwa, tworzeniem własnych systemów wartości. Czasami z demokracji wyłania się nawet anarchizm zabarwiony nihilizmem. Drugim niebezpieczeństwem pozostaje relatywizm. Joseph Ratzinger w debacie z Jürgenem Habermasem przekonywał, że nowoczesne pojęcie demokracji jest nierozdzielnie związane z tym terminem. Relatywizm zdaje się być dzisiaj gwarantem wolności. A przecież „państwo, także demokratyczne, nie może trwać, nie będąc wspólnotą przekonań etycznych, nie mając ugruntowanego fundamentu aksjologicznego”. Demokracja bez wartości, zauważył Jan Paweł II, „łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. Oznacza to, że „państwo dla swej egzystencji potrzebuje ostatecznych kryteriów prawdy, dobra i sprawiedliwości. Ich źródłem nie może być demokracja – podstawową zasadą jest w niej przecież zasada większości, na jakiej zatem zasadzie demokracja miałaby podtrzymywać wartości wyznawane przez mniejszość? W rezultacie także demokratyczne państwo musi czerpać z zewnątrz niezbędną dla siebie miarę poznania i prawdy o dobru”. Istnieją bowiem, stwierdza J. Ratzinger, „prawa, wartości podstawowe, które nie podlegają dyskusji”. Czy zatem nie powinniśmy pytać raczej o wkład Kościoła w demokrację, aniżeli o demokratyzowanie się struktur kościelnych? Co może chrześcijaństwo dać systemom demokratycznym? Przede wszystkim wartości. Kościół zawsze uczył „ludzi idei i wartości przeddemokratycznych, które później okazały się istotne dla sukcesu myśli demokratycznej”.  O jakie wartości chodzi? Po pierwsze, o moralność. Skoro wiara chrześcijańska okazała się najbardziej „uniwersalną i racjonalną kulturą religijną […], również dzisiaj może oferować rozumowi podstawowe zręby wglądu moralnego, które uzasadniają nieodzowną dla życia społeczeństwa rozumną wiarę moralną”. Po drugie, o sprawiedliwość. Kościół zawsze pokazywał, że „istnieją moralne kryteria sprawiedliwości, niezależne od prawodawców, że można je poznać i że powinno się je stosować w życiu publicznym”. Po trzecie, o wolność wyznania: „Religie mogą wnieść swój wkład w rozwój demokracji pod warunkiem, że Bóg znajdzie miejsce również w sferze publicznej”. Benedykt XVI w encyklice Caritas in veritate stwierdził, że „wykluczenie religii ze sfery publicznej […] uniemożliwia spotkanie osób oraz ich współpracę dla rozwoju ludzkości. Ubożeją motywacje życia publicznego, a polityka wyraża się w formie ucisku i agresji”. Demokracja nie powinna w żadnym razie bać się religii, bowiem „obiektywne normy rządzące prawym działaniem są dostępne dla rozumu niezależnie od treści Objawienia”. Rolą religii w debacie publicznej nie jest proponowanie konkretnych rozwiązań politycznych, ale „pomaganie w oczyszczeniu i rzucaniu światła na stosowanie rozumu do odkrywania obiektywnych zasad moralnych”. Religia spełnia więc rolę korekcyjną względem rozumu, która niestety nie zawsze jest mile widziana. A przecież „«bez korekt, jakie daje religia, także rozum może paść ofiarą wypaczeń», ulegając manipulacji przez ideologie nieuwzględniające w pełni godności osoby ludzkiej”. Kościół z pewnością poradzi sobie bez demokracji, o czym mogliśmy się przekonać, żyjąc w Polsce komunistycznej. Nie jestem jednak pewien, czy demokracji wyjdzie na dobre odrzucenie kościelnej perspektywy.

 Przemysław Artemiuk 
Głos Ojca Pio | 10 maj 2019