Bycie chrześcijaninem to nie jest frajerstwo

W trakcie jednej rozmowy on zaczął kląć, mówiąc: „Kur…” i coś tam dalej. Byłem zszokowany, słysząc przekleństwa z ust jezuity. Nie wiedziałem, jak mam się zachować – z reżyserem „Pitbulla” i „Służb specjalnych” rozmawia Piotr Żyłka.

Piotr Żyłka: Patrzę na ciebie. Wielki, łysy facet. Twoje filmy są, delikatnie mówiąc, bardzo mocne. W życiu bym się nie spodziewał, że znajdę w jednym z nich kilka scen tak głęboko poruszających problemy związane z wiarą. Skąd taki pomysł?

Patryk Vega: Wiesz co, opowiadam w filmie o ludziach, którzy zajmują się zabijaniem. I tak naprawdę wszystkie wątki w „Służbach specjalnych” dotyczą dawania albo odbierania życia. Od początku wiedziałem, że nie da się opowiedzieć o śmierci, nie poruszając kwestii wiary i Boga. Wydaje mi się to naturalne.

Niby tak, ale wiara i Bóg często są w filmach traktowane z przymrużeniem oka albo w ogóle tego typu tematyka jest przedstawiana w negatywnym świetle.

To jest kwestia momentu życiowego, w którym się jest, robiąc dany film. Ja po różnych poszukiwaniach duchowych od dwóch lat jestem w Kościele. Myślę, że mogę powiedzieć, że jestem praktykującym katolikiem, staram się żyć według Dziesięciu Przykazań, dlatego jest to obszar życia dla mnie bardzo istotny.

No właśnie. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedziałeś: „To, co mnie naprawdę w życiu interesuje, to relacja z Jezusem Chrystusem i to jest dla mnie istotne”. Możesz rozwinąć tę myśl?

Dziennikarka zapytała mnie, czy się czegoś boję. Skąd taka odpowiedź? Kluczowym momentem w moim życiu był wypadek samochodowy, który przeżyłem jakieś trzy lata temu. Wcześniej, kiedy zostałem ojcem, pojawiła się u mnie bardzo silna potrzeba zbudowania bezpieczeństwa dla mojego dziecka. Jak ci się rodzi dziecko, to zazwyczaj jest taki moment, że ci to daje kompletnie nowy kręgosłup. Przestajesz być w centrum. To dziecko staje się najważniejsze. I ja chciałem za wszelką cenę doprowadzić do takiej sytuacji, w której córce nigdy niczego nie zabraknie. Spisałem testament, jak miała miesiąc. Chciałem ją tak zabezpieczyć, żeby jej się nigdy nic złego nie stało.

I kiedy jechaliśmy na wigilię do Radomia z żoną i z dzieckiem, wjechaliśmy na lodowisko. Od strony lasu nie docierało słońce, w związku z czym ulica zamieniła się w lodowisko. Pędząc terenowym mercedesem, uderzyłem czołowo w pędzące z naprzeciwka infiniti. Gdybym jechał osobowym samochodem, to prawdopodobnie byśmy tutaj nie siedzieli. Podwozie mojego auta pękło na pół, urwało mi pedały, nie zadziałał ładunek pirotechniczny w pasie. Na szczęście to lodowisko spowodowało, że samochody po zderzeniu czołowym odbiły się od siebie i poleciały dobrych 200 metrów w dwie różne strony, wpadając do rowów. Patrząc na te samochody, nie powiedziałbyś, że wszyscy mogli wyjść z tego wypadku bez szwanku.

A tak się stało?

Tak. Co prawda kierowca drugiego samochodu był na obserwacji przez trzy dni w szpitalu, ale nie miał żadnych poważnych obrażeń, stracił tylko przytomność. Gdyby nie lód, to cała siłą uderzenia poszłoby w samochody. Pamiętam, że syn tego kierowcy wyskoczył z samochodu i zaczął krzyczeć: „Zabiłeś mi ojca!”. Nasz samochód leżał na boku. Zacząłem wyciągać dziecko i żonę. I przyszła mi taka myśl: kurczę, miałem jechać do Radomia, zjeść pierogi z rodziną na wigilii, ale nic takiego się nie wydarzy, bo zabiłem człowieka i prawdopodobnie zaraz pójdę do więzienia. Moje życie właśnie się w tym momencie skończyło.

To wtedy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie jestem w stanie stworzyć sytuacji, w której się zabezpieczę. Bo nawet jeśli sobie ustawię kwestie materialne w życiu, to i tak w ciągu ułamka sekundy mogę stracić wszystko. Zrozumiałem, że prawdziwe bezpieczeństwo to nie jest kasa, tylko polega ono na relacji z Bogiem.

A przed wypadkiem byłeś wierzący?

Chodziłem wcześniej do kościoła, ale to wydarzenie uświadomiło mi, że jeżeli mam zbudowaną relację z Jezusem Chrystusem, to się nie muszę niczego bać. Przecież On jest miłosierdziem i chce mojego dobra. A cokolwiek mi się w życiu przydarza, jest po coś – żeby stać się lepszym człowiekiem i iść coraz głębiej w relację z Bogiem. I dlatego nie muszę się niczego obawiać, bo nawet te pozornie tragiczne wydarzenia mogą mnie zmieniać i sprawiać, że będę się stawać lepszym człowiekiem.

Tamtego dnia przypomniałem sobie wszystkie sytuacje z mojego życia, wszystkie głupstwa, rzeczy, które mogły mnie doprowadzić do więzienia, a nawet do śmierci. Pan Bóg wyciągał mnie z tak beznadziejnych sytuacji, że doszedłem do takiego momentu w życiu, w którym wiedziałem, że muszę podjąć decyzję: albo Mu wierzę, albo nie. On wie, co robi. W przeciwieństwie do mnie. Poczułem, że nie jest istotny mój plan, tylko Boski plan. To, czego najbardziej bym w życiu chciał, to żeby moje wszystkie działania coraz lepiej się pokrywały z Jego planem. Nie chcę zarabiać kupy kasy, tylko chciałbym robić właściwe rzeczy.

W dzieciństwie nie miałem zbyt dobrych wzorców, jeśli chodzi o księży. Moja mama pracowała w dekoratorni wnętrz i czasem wolontaryjnie przygotowywała różne ozdoby do parafii. Byłem ochrzczony, poszedłem do komunii, do bierzmowania, chodziłem na rekolekcje w szkole podstawowej, ale trudno stwierdzić, że byłem praktykującym na serio katolikiem. Ksiądz też nie był zbyt dobrym przykładem. Według opinii, która krążyła, miał romans z gospodynią. Pamiętam go jako człowieka, który głównie chodził w białym stroju, bo cały czas grał w tenisa. Widziałem kosmicznie zastawiony jak na tamte lata barek z alkoholami. W związku z czym nie był to dla mnie autorytet i nie budował we mnie pozytywnego spojrzenia na katolicyzm.

A jak było w rodzinie?

Brakowało mi ojca, który wyjechał do Stanów Zjednoczonych za chlebem, kiedy miałem kilka miesięcy i nigdy już nie wrócił. Wychowywała mnie tylko matka. Nie miałem męskiego wzorca w domu. Chyba z tego powodu przez długi czas próbowałem udowodnić sobie, że jestem prawdziwym facetem, takim w 100 procentach, że niczego mi nie brakuje.

Jak?

Wdawałem się w bójki, wpadłem w złe towarzystwo. Wydawało mi się, że będąc dwa razy gorszy od rówieśników, udowodnię, że jestem super facetem. Po szkole podstawowej wkręciłem się w młodocianą gangsterkę, dealowanie narkotykami. Od piętnastego roku życia przez piętnaście lat w zasadzie non stop piłem alkohol. Miałem może razem 5 dni, kiedy nie piłem. W ostatniej fazie wypijałem dzień w dzień półtora litra alkoholu. Budziłem się i zaczynałem dzień od wypicia duszkiem 375 ml koniaku, żeby móc normalnie mówić. Do tego doszła kokaina, paliłem jointy i brałem psychotropy, żeby móc zasnąć. Zjadałem codziennie dwa pudła lodów, ważyłem 132 kilogramy i zmierzałem prosto do zawału w wieku 32 lat, który skończyłby się śmiercią, bo w tym wieku z zawałów się nie wychodzi

I nastąpił przełom?

Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć inaczej niż ingerencją Pana Boga, bo próbowałem rzucać alkohol przez wiele lat, tłumacząc sobie, że spróbuję pić tylko piwo, albo tylko wino co drugi dzień, albo tylko z dziewczyną pół butelki do kolacji i zawsze wracałem do tego samego momentu – znowu piłem dzień w dzień. I nagle skutecznie odstawiłem alkohol, rzuciłem papierosy (paląc trzy paczki dziennie), kokainę, marihuanę, wszystkie używki i zrzuciłem 45 kilogramów. To wszystko wydarzyło się w ciągu ośmiu miesięcy, chociaż wcześniej nie byłem w stanie sobie z tym poradzić przez wiele lat. Nie widzę w tym żadnej swojej zasługi. Oczywiście, sporo o tym myślałem, ale nie jest tak, że ja wykonałem jakąś heroiczną pracę, która pozwoliła mi to wszystko zwalczyć.

Coś w moim życiu po prostu się wypełniło i poczułem, że zaczyna się coś zupełnie nowego. Mając problemy zdrowotne, nie byłem w stanie sobie poradzić z normalnymi lekarzami. Po piciu przez tyle lat miałem wątrobę nieczynną w 36 procentach, uszkodzoną trzustkę, cukrzycę we wczesnym stadium, lepkość krwi, rozwalające się kolana, nadciśnienie. I wiesz co? Po roku od rzucenia używek organizm mi się zresetował. Wszystkie organy były znowu jak u czternastolatka, który nie miał w życiu styczności ze złem. Lekarze mówią, że to jest możliwe, bo wciąż byłem w wieku, w którym organizm posiadał zdolności regeneracyjne. Natomiast równocześnie podkreślają, że jest niemożliwością, żebym po 15 latach sam rzucił picie. Bez pomocy terapeutów. I w ich ocenie nie ma takich przypadków w medycynie, że ktoś rzuca alkohol po tak długim czasie i w nim nie widać żadnego śladu. To nie jest moja zasługa. To Pan Bóg pomógł mi z tym zerwać.

Ale droga nie była prosta i oczywista. Lekarze nie potrafili mi pomóc i trafiłem do bioenergoterapeutki. W trakcie medytacji podczas jednego z zabiegów narodziłem się na nowo. Miałem bardzo realistyczną wizję, w której byłem w łonie matki, wychodziłem przez pochwę do światła, byłem w szpitalu, gdzie biegali lekarze. Potem poczułem przytulającą mnie kobietę. To trwało z piętnaście minut. Było to niesamowicie rzeczywiste – nie oglądałem tego z boku, tylko byłem uczestnikiem tych wydarzeń i czułem emocje rodzącego się dziecka. To był moment, w którym miałem poczucie, że narodziłem się na nowo. Od tamtej chwili rzeczywiście zaczęła się w moim życiu transformacja, która zmieniła wszystko – kobietę, dom, pracę, zdrowie, wygląd, otoczenie, przyjaciół, znajomych

Co było dalej?

Zacząłem rozmaite poszukiwania. Chodziłem do wróżek, szukałem w buddyzmie, w reiki, bywałem u różnego rodzaju uzdrowicieli. Generalnie większość tych osób to jest szarlataneria, natomiast w kilku przypadkach potwierdziło się coś, co mi mówili. Np. dokładnie ktoś mi opisał tydzień wcześniej ten wypadek, o którym wspomniałem, mówiąc, na jakiej drodze to się wydarzy, w jakim samochodzie, ile mężczyzn będzie jechało w drugim samochodzie itd.

Oczywiście problem z tego typu wróżbami polega na tym, że potem nigdy nie wiesz, czy to nie jest tak, że ktoś na tyle sugestywnie ci o czymś powiedział, że być może to ja w swoim życiu doprowadziłem do tego wypadku, będąc pod wpływem czegoś, co usłyszałem. Gdyby Bóg chciał, żebyśmy znali przyszłość, dałby nam zdolność jej widzenia. Osobną kwestią jest to, że taka wiedza nic nie daje. Bo co z tego, że miałem informację o wypadku, który się wydarzy? Czy dzięki temu udało mi się go uniknąć? Tak naprawdę nigdy nie wiesz, kto osobie wróżącej podpowiada. W związku z czym niebezpieczeństwo, w moim mniemaniu, polega na tym, że otwierasz się na coś negatywnego, wpuszczając to do swojego świata. I jak myślę o tym z dzisiejszej perspektywy, to – według moich doświadczeń – działa to tak, że nawet czasem podsuwają ci coś, co wydaje ci się, że ma odzwierciedlenie w życiu, w związku z czym zaczynasz to kupować.

Nie zatrzymałeś się jednak na tym etapie.

Moja żona jest wierząca. Chodziła do kościoła. Dla mnie na początku, szczególnie w kontekście medytacji, ten Kościół był totalnym nieporozumieniem. Jeszcze kiedy chrzciliśmy dziecko, to się w zasadzie śmiałem z tego chrztu, w ogóle nie podchodziłem do tego poważnie. W każdym razie ona w niedziele chodziła na msze. Ja ją zawoziłem samochodem pod kościół i czekałem aż ona wyjdzie, na zewnątrz w samochodzie, słuchając muzyki. W końcu któregoś razu wydało mi się idiotyczne, że siedzę w aucie, podczas gdy ona idzie się modlić. I dla towarzystwa poszedłem z nią.

Co się wtedy stało?

Na początku uświadomiłem sobie, że w tym kościele wypoczywam, że się tam dobrze czuję. Potem zacząłem słuchać kazań i zorientowałem się, że w zasadzie są one odpowiedzią na moje rozterki z minionego tygodnia. Zacząłem na to patrzeć w ten sposób, że to, co słyszę w kościele, jest instrukcją, jak żyć.

Stopniowo eliminowałem ze swego życia te wszystkie poboczne historie. Podchodząc do tego trochę technicznie na początku, rozumowo, zacząłem sobie przypominać Dziesięć Przykazań i zastanowiłem się, ile z nich każdego dnia łamię. Zadałem sobie pytanie, czy jest w ogóle możliwe, żeby tych przykazań nie łamać, spróbować według nich żyć. To był właśnie jakiś pierwszy moment, kiedy zacząłem coś robić, oczywiście się zmuszając do tego, bo to nie jest proste. Podobnie jak nie jest prostą rzeczą nieocenianie bliźniego.

Chodząc do kościoła, w pewnym momencie zdecydowałem, że muszę wybrać, bo nie może być tak, że jestem jednocześnie w piętnastu frakcjach i skupiam się na wszystkim. Jestem katolikiem, urodziłem się w tym kraju, a nie w Nepalu, to jest religia, w której wyrosłem. Wiedziałem, że jeśli chcę budować autentyczną relację z Panem Bogiem, to muszę zacząć być Mu wierny.

Dzisiaj chodzę wyłącznie do kościoła, do Świątyni Opatrzności Bożej. Uwielbiam kazania w wykonaniu dwóch księży, które są znakomicie prowadzone. Człowiek ma poczucie, jakby słuchał wykładów z historii. Niesamowicie opowiadają o Biblii, mają ogromną wiedzę, podają fakty dla mnie wcześniej nieznane. Wiem, że jestem na początku jakiejś drogi. Zdaję sobie sprawę, że mam bardzo dużo do zrobienia, ale wykonałem pierwszy krok w drodze do Pana Boga i chcę tą drogą podążać.

A co to znaczy dla ciebie relacja z Panem Bogiem?

Staram się patrzeć na to, co robię w swoim życiu, nie przez pryzmat swoich interesów, swojego planu, tylko z Boskiej perspektywy. To nie znaczy, że staram się być Panem Bogiem, ale chcę oceniać swoje postępowanie z punktu widzenia Boskiego planu.

Pracuję nad tym, co robię. Ludziom, do których czuję wściekłość czy nienawiść, próbuję dawać miłość. I to jest zaskakujące, bo ludzie są wtedy kompletnie rozbrojeni i odpowiadają tym samym.

Wielokrotnie to zaobserwowałem: ktoś pałał do mnie nienawiścią, pisał fanatyczne emaile  ze złością. Kiedy odpowiadałem na zaczepki miłością, okazywało się, że ten człowiek staje się zupełnie bezbronny. Nie robię tego cynicznie. Widzę i przekonuję się o tym, że bycie chrześcijaninem, który chce na podobieństwo Boga czynić miłosierdzie, to nie jest frajerstwo. Gdy się wysyła ludziom światło, to światło wraca do nas i rozpuszcza także w nas złe rzeczy. Staram się być po prostu dobrym człowiekiem.

A jak na twoją zmianę zareagował świat show businessu?

W zasadzie nie mam żadnego przyjaciela z show businessu. Nie chodzę z aktorami czy z gwiazdami na imprezy. Wszyscy moi przyjaciele są z kompletnie innych światów. Nie jestem typem gościa, który zasuwa na bankiety i tym żyje. Myślę, że w tym sensie jestem spoza tego środowiska.

Oczywiście, kilka osób mnie pytało, jak mogę tak otwarcie mówić o wierzę. OK, można zrozumieć, że Krzysztof Zanussi mówi o tym w filmach. Ale to nie jest częste, więc ludzie są zaskoczeni. No bo w Warszawie…

To siara?

…jak mówisz coś takiego, jak ja, to możesz wyjść na świra. Moim zdaniem to bardzo smutne. Mam w pracy kontakty z ludźmi z show businessu i widzę, że ich nastawienie nie tylko do Kościoła, ale w ogóle do wiary jest bardzo negatywne. W Warszawie szczególnie. Jeżdżę do innych miejscowości, chociażby do Radomia, skąd pochodzi moja żona, i tam ludzie mają inny stosunek do Kościoła i do religii.

Czyli mówiąc krótko – nie wstydzisz się swojej wiary.

Kocham Jezusa, chodzę do kościoła, modlę się, rozmawiam z Nim. Miałbym się Go wypierać na zewnątrz, żeby budować sobie określony wizerunek w gazetach? Przecież to by było idiotyczne. Nie indoktrynuję innych ludzi, po prostu wiara jest dla mnie ważna i nie mam problemu, żeby o tym mówić.

Wróćmy na koniec do „Służb specjalnych”. Jest w nich mocna scena rozmowy z zakonnikiem.

Rozmowy z księdzem, które się pojawiają w filmie, czerpałem w dużej mierze również z własnych rozmów z jezuitą.

Z jezuitą?

Tak. Pamiętam, że z nim polemizowałem, bo byłem jeszcze gniewny, starałem się udowadniać mu pewne rzeczy. W trakcie jednej rozmowy on zaczął kląć, mówiąc: „Kur…” i coś tam dalej. Byłem zszokowany, słysząc przekleństwa z jego ust. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Dzisiaj myślę, że wynikało to z tego, że on chciał do mnie dotrzeć. Widział łysego faceta, więc czuł, że dobierając taki język, bardziej skutecznie się do mnie przebije.

W „Służbach specjalnych” wątek wiary jest poprowadzony tak, że może zachęcić ludzi do religii, do Kościoła, a nawet do księży. Na początku filmu daję ludziom stereotyp księdza, blokując ich system alarmowy, bo dostają coś, co powoduje, że myślą: „Aha, będziemy mieli negatywnie pokazanego księdza, który współżył z mężczyzną”. W związku z tym widzowie mają poczucie, że nie będą indoktrynowani religią i wyzbywają się uprzedzeń. A potem przez cały film wkładam im do głowy to, co chcę [śmiech]

A tak na poważnie: to było bardzo trudne zadanie. Niezwykle łatwo było popaść w kicz. Wystarczyłoby omsknąć się o milimetr i ten wątek okazałby się nieznośny, a ludzie mieliby poczucie, że ktoś właśnie nachalnie ich naucza. Ale udało się to zrobić tak, że wątek z księdzem dla wielu widzów – nawet tych niedowiarków – jest najbardziej poruszający w całym filmie. To, co jest w „Służbach specjalnych” cenne, nie tylko jeśli chodzi o wątek religijny, to właśnie to, że nie każę ludziom przyjmować niczego za pewnik, tylko pokazuję coś, a ludzie sami mogą zdecydować, czy ich to przekonuje i czy chcą w to wierzyć.


Piotr Żyłka

Zaraz po zakończeniu Synodu „obrońcy rodziny i tradycji” ogłosili swoje zwycięstwo. „Ave Maria! Kościół uratowany!”. A ja się pytam – z kim zwyciężono i przed czym niby uratowano Kościół?

Tydzień temu sobotni wieczór spędziłem na Wieczorze Łaski u księży saletynów w Krakowie, organizowanym przez Fundację Malak i o. Adama Szustaka OP. Wróciłem do domu koło 3 nad ranem. Włączyłem komputer, żeby sprawdzić, czy na finiszu Synodu poświęconego rodzinie wydarzyło się coś ciekawego. Wszedłem na Facebooka i zostałem zbombardowany linkami do artykułów z sensacyjnie brzmiącymi tytułami. Sens wiadomości był w wielu wypadkach podobny – Synod zakończył się klęską „wstrętnych liberałów”, koszmarna i szkodliwa dyskusja zakończona, Kościół może wrócić do stanu sprzed tego budzącego niepotrzebny zamęt spotkania.

Gdybym uwierzył w relacje konserwatywnych katolickich portali i nie poszukał dokładniejszej informacji w innych źródłach, to pewnie nigdy bym się nie dowiedział o kilku niezwykle ważnych detalach, które mają fundamentalne znaczenie dla osób próbujących zrozumieć, co się wydarzyło w ostatnich tygodniach w Watykanie.

Kilka przykładów. Nie jest prawdą, że większość kardynałów odrzuciła z Relatio Synodi trzy punkty dotyczące rozwodników i homoseksualistów. Te punkty nie uzyskały wymaganej większości 2/3 głosów, ale za każdym z nich opowiedziała się więcej niż połowa Ojców Synodalnych. Nie jest też prawdą, że owe punkty zostały wykreślone z dokumentu, przepadły i już nikt nie będzie o nich dyskutować. Papież Franciszek postanowił opublikować całość sprawozdania z obrad (czyli włącznie z 3 „kontrowersyjnymi” punktami) i w pełnej formie wysłać go do konferencji episkopatów poszczególnych krajów. Niby niuanse, ale zupełnie zmieniają obraz sytuacji.

Mnie najbardziej cieszy, że Ojciec Święty zaprosił cały Kościół do otwartej dyskusji. Najpierw była słynna ankieta, później hierarchowie zebrali się w Watykanie i w swobodny sposób podzielili się swoimi opiniami. Na zakończenie Synodu Franciszek powiedział: „Brawo! Dobrze pracowaliście. Właśnie takiej wymiany myśli chciałem. A teraz idziemy do przodu”. To bardzo ważne słowa, bo tak naprawdę jesteśmy na początku długiej drogi. Teraz wszystko znowu wraca na poziom Kościołów lokalnych, gdzie – miejmy nadzieję – odbędą się poważne dyskusje, do których zaproszeni zostaną przedstawiciele różnych środowisk i wspólnot. A za rok Ojcowie znowu spotkają się w Rzymie, by jeszcze raz porozmawiać o tym, jak Kościół powinien odpowiadać na wyzwania i trudności stojące przed współczesną rodziną.

Kilka dni temu brałem udział w nagraniu audycji w Radiu Kraków. Rozmawialiśmy o Synodzie. W studiu była też Karolina. Karolina żyje w związku niesakramentalnym. Do radia przyszła z małym, roześmianym synkiem. Ona też jest pogodną kobietą. Zapytana o to, czy przystępuje do komunii, powiedziała, że oczywiście tego nie robi. Bo wie, że sama podjęła taką a nie inną życiową decyzję i pogodziła się z konsekwencjami. Wszystko wygląda OK, ale kiedy mówi o tym, jak patrzy na ludzi przyjmujących Ciało Chrystusa, jej głos się załamuje, widać w jej oczach ogromny smutek.

Kiedy widzę takiego konkretnego człowieka, to się zastanawiam, jak ktokolwiek może bez chwili zawahania oceniać i mówić, że „to są przecież zatwardziali grzesznicy, cudzołożnicy i sami sobie są winni”. W ciągu ostatnich tygodni słyszałem i czytałem wiele tego typu wypowiedzi. Wcale nie twierdzę, że powinniśmy dopuścić wszystkich do komunii. Nie mam też gotowych odpowiedzi na inne pytania, które rozbudziły dyskusję na Synodzie. Ale kiedy słyszę te wszystkie głosy oburzonych, niezadowolonych i rozdzierających szaty „bo ktoś śmie zadawać takie pytania”, to muszę przyznać, że jestem zdziwiony.

Chrystus przyszedł na świat, żeby ludzi leczyć. Bez warunków wstępnych. To oczywiście nie znaczy, że mamy zmieniać doktrynę. Ale fundamentalna wrażliwość na dramat drugiego człowieka, wyciągnięcie do niego ręki, próba zrozumienia jego problemów – to chyba nie jest zbyt wiele. Marzy mi się Kościół, który będzie po prostu wrażliwy na każdy rodzaj ludzkiej biedy. Bo jak mówił Jan Paweł II – to człowiek jest drogą Kościoła.


Uratuj swoje małżeństwo

Wprost nie wypuszczałam z ręki koronki do Bożego Miłosierdzia w najostrzejszej fazie kryzysu i przetrwaliśmy, choć było trudno. Bo małżeństwo to nieustanna praca nad sobą, bez chwili przerwy. Dla wspólnoty „Sychar” nie ma małżeństwa, którego nie da się uratować.

Problemy z komunikacją lub jej brak w małżeństwie, zbyt długa nieobecność jednego z małżonków, nieumiejętność oderwania się od rodziców, kryzys wiary, zdrada, nałogi, przemoc. Jak mówią ludzie ze Wspólnoty Trudnych Małżeństw „Sychar”, wiele osób nie jest dojrzałych na tyle, by po ślubie wziąć na siebie wszystkie małżeńskie obowiązki. We wspólnocie ratuje się rodzinę w najróżniejszych trudnościach i fazach kryzysu.

Można się wypłakać

Pomoc w „Sycharze” polega przede wszystkim na wsparciu osób znajdujących się w podobnej sytuacji i mających katolicki system wartości. Tutaj można wypłakać trudne sprawy i wraz z innymi konstruktywnie podejść do problemu, można skorzystać z terapii, warsztatów. Ale najważniejsze jest odkrywanie głębi sakramentu małżeństwa.

– W działaniach opieramy się na przekonaniu, że każde sakramentalne małżeństwo w każdej fazie kryzysu jest do uratowania – wyjaśnia ks. Paweł Dubowik, krajowy duszpasterz wspólnoty. – Nie wchodzimy w mentalność rozwodową proponującą ucieczkę od problemu, ale dokładamy wszelkich starań, by pary weszły na drogę wewnętrznego uzdrowienia.

Silni, świadomi i odważni

– W naszym związku brakło świadomości, że Bóg podczas sakramentu małżeństwa realnie wszedł w nasze życie – mówią Anna i Paweł, małżonkowie z siedmioletnim stażem. – Dopiero gdy pozew rozwodowy był na wokandzie, zaprosiliśmy Go, każde na własną rękę, do naszego życia, prosząc o interwencję. Od tamtego momentu zaczęliśmy spotykać na naszej drodze ludzi i doświadczać wydarzeń, które zmieniały nasz sposób myślenia.

– We wspólnocie mocno podkreślamy, że małżonkowie nie są w związku sami, lecz jest z nimi obecny Chrystus, że w modlitwie mogą się odwołać do łask płynących z sakramentu – mówi ks. Paweł Dubowik. – Z drugiej strony, że muszą podjąć konkretną pracę nad swoim małżeństwem, korzystając z odpowiednich narzędzi, które podpowiada im nauka. Nie da się uratować małżeństwa, mówiąc jedynie Panu Bogu: «Ratuj», ani też postanawiając, że naprawi się je samemu, bez Bożej pomocy.

W pracy nad sobą pomagają m.in. warsztaty „Wreszcie żyć – 12 kroków ku pełni życia”, oparte na programie dla osób uzależnionych i dostosowane do rozwoju duchowego małżonków (narzeczonych). Obejmują takie umiejętności jak poznanie samego siebie, siebie w relacji do drugiego i do Pana Boga i pracę nad sobą.

– Często widzę zmiany, jakie zachodzą w ludziach – mówi ks. Paweł. –  Ze słabych i zagubionych stają się silni w wierze, samoświadomi i odważnie podchodzą do życia.

Bóg i terapia

– Naszej intensywnej pracy nad małżeństwem towarzyszyła wspólna regularna modlitwa – mówią Anna i Paweł. – W najostrzejszej fazie kryzysu wprost nie wypuszczałam z ręki koronki do Bożego Miłosierdzia. Mąż podobnie czynił z ewangeliarzem. Jesteśmy przekonani, że bez modlitwy nie dalibyśmy rady. Po półtora roku od podjęcia decyzji o budowaniu małżeństwa jest między nami dużo lepiej. Lepiej się porozumiewamy, a gdy dochodzi do sporów, nie są one tak ostre jak w przeszłości.

W „Sycharze”, oprócz emocjonalnego wsparcia i programów pracy nad sobą, można korzystać z konkretnej pomocy duchowej: różnych form modlitwy, rekolekcji, rozmów z duszpasterzem. Każdy może dołączyć do grupy modlitewnej na Skypie, która spotyka się codziennie (szczegóły na Forum Pomocy „Sychar”: www.kryzys.org).

– Jestem pod wrażeniem osób, które mimo ogromnego bólu i skrzywdzenia potrafią mówić o współmałżonku w sposób pełen ciepła – mówi duszpasterz. – Zadziwia mnie, jak wiele godzin i dni niektórzy potrafią poświęcić, by podźwignąć poranionego człowieka. I jak często zaczyna on potem z radością funkcjonować i staje się lekarzem i świadkiem Bożej obecności dla kolejnych skrzywdzonych.

Świadkowie cudów
Do wspólnoty „Sychar” przychodzą osoby, które czerpią stąd przez krótki czas, i takie, które angażują się w niej przez wiele lat.

– Widzieliśmy we wspólnocie, jak były uzdrawiane małżeństwa, które wydawały się nie do uratowania: jeden ze współmałżonków zawarł drugi, niesakramentalny związek, był uzależniony od alkoholu, stosował fizyczną i psychiczną przemoc – kontynuuje ks. Dubowik. – A po pewnym czasie decydował się na powrót do sakramentalnego związku, dzięki terapii przestawał pić, bić i znęcać się psychicznie. To bardzo ważne, by w trudnych przypadkach odbudowę małżeństwa rozpoczynać dopiero wtedy, gdy krzywdziciel przeszedł nawrócenie i pracuje nad sobą.

– Ważne też, by rozpoczynając naprawę związku, nie robić tego z poczuciem dumy czy wyższości. By szukać także dobra współmałżonka, dążyć do pojednania – mówią Anna i Paweł. –  A gdy sprawa rozwodowa jest w sądzie, by przypominać adwokatowi i kontrolować jego działania: aby dążył nie do rozwodu, ale zabiegał o ocalenie małżeństwa.

Sycharowicze podkreślają: gdy podchodzi się do małżeństwa z założeniem, że chcemy być ze sobą na zawsze, to zaczyna się poszukiwać takich rozwiązań i usprawnień, by związek dobrze funkcjonował.

– Nigdy, ani w żartach, ani w złości nie mówmy, że zażądamy rozwodu – mówią. – To niszczy relację ze współmałżonkiem i z Bogiem. I może otworzyć mentalnie i duchowo drogę do takich działań.


Czy muszę zostać członkiem AA?

Dlaczego warto wytrzeźwieć? A czy jest jakiś sensowny powód, dla którego wytrzeźwieć nie warto? No, tak… odezwała się moja – ponoć typowa dla alkoholików – przekora. Jak to zaobserwowało wielu psychiatrów, przekora jest rzucającą się w oczy cechą znacznej części alkoholików (12 Kroków i 12 Tradycji” s. 33).

Trzeźwość, trzeźwienie, to w naszym języku dwa różne pojęcia. Pierwsze z nich to czas, w którym organizm pozbywa się alkoholu. Zwykle kilka-kilkanaście godzin po wypiciu ostatniej jego dawki. Tak rozumianą trzeźwość sprawdza się testerem trzeźwości zwanym alkomatem. Kierowcy znają go zapewne najlepiej. Ta trzeźwość mnie nie interesuje, to kwestia banalna i… oczywista. Obiektem mojego zainteresowania jest trzeźwość, która świadczy o zdrowym rozsądku, rzeczowości; czasem mówimy o kimś, że trzeźwo myśli. Takiej właśnie trzeźwości pragnę i pożądam.

Ludzie zdrowi, to jest nieuzależnieni, nie muszą tracić zdrowy rozsądek nawet po niewielkiej ilości alkoholu. Alkoholicy (najczęściej) nie myślą trzeźwo nawet wtedy, kiedy od kilku dni albo i dłużej zachowują abstynencję.  Abstynencja nie zapewnia trzeźwości automatycznie i wielu z nas, alkoholików, zdaje sobie z tego sprawę. Oto kilka stwierdzeń pochodzących z naszej książki „Anonimowi Alkoholicy”:

Alkohol jest bowiem tylko symptomem naszej choroby. Musieliśmy zatem dotrzeć do jej istotnych przyczyn i warunków, które sprzyjały jej rozwojowi.

Zaprzestanie picia to dopiero pierwszy krok oddalający nas od pełnego napięcia życia. To pierwszy krok ku normalności.

Uważamy, że wyeliminowanie picia jest tylko początkiem pracy nad sobą.

Dlatego sądzimy, że człowiek, który uważa iż tylko wystarczy nie pić nie przemyślał wszystkiego.

Albo ten, który wydaje mi się jest najlepszą odpowiedzią na pytanie, dlaczego warto jest wytrzeźwieć: Mężczyźni i kobiety piją głównie dlatego, że lubią efekty działania alkoholu. Doznawane wrażenia są tak nieuchwytne, że choć przyznają oni sami, iż jest to szkodliwe, nie mogą po jakimś czasie rozróżnić prawdy od fałszu. Dla nich życie z alkoholem wydaje się stanem normalnym. Bez alkoholu są skorzy do gniewu i rozgoryczenia, dopóki nie zaznają uczucia ulgi i uspokojenia, które przychodzi wraz z wypiciem kilku kieliszków, co przecież innym uchodzi całkowicie bezkarnie. Innym tzn. nie alkoholikom.

Warto jest wytrzeźwieć, a nie tylko wyłączyć alkohol ze swojego jadłospisu, bo jakość takiego życia (permanentne rozdrażnienie, złość, rozgoryczenie, irytacja, skłonność do uraz itd.) nie jest satysfakcjonująca, wręcz przeciwnie. Moja żona czasem opowiada, że zwykle dobrze wiedziała, kiedy się znów napiję, bo w sposób dla niej widoczny i czytelny stawałem się coraz bardziej „upierdliwy”; czekałem tylko, żeby sprowokować jakąś awanturę, a wtedy już przecież „musiałem” się napić. Ja tego wówczas zupełnie nie widziałem…

Jestem alkoholikiem, a to oznacza – choć wielu czytelników tego zapewne nie zrozumie, że moje problemy, moje największe problemy zaczynały się, kiedy przestawałem pić. Kiedy piłem – byłem po prostu pijany.

Oczywiście piłem więcej (dłużej, ciągami) niż inni, na pewno też częściej, ale… Podejmowałem mnóstwo absurdalnych decyzji życiowych i wcale nie zawsze byłem pod wpływem alkoholu. Najprostszy przykład dotyczy choćby kolejnego picia, mimo tragicznych konsekwencji poprzedniego i jeszcze wcześniejszych. Przykład: Dostałem naganę za picie w pracy. Obiecałem poprawę, ale zdecydowałem, że znowu napiję się w firmie, już po kilkudziesięciu dniach! Wymyśliłem sobie, uroiłem, że tym razem się uda. A o obietnicy pamiętać nie chciałem, może nie byłem w stanie…

Anonimowi Alkoholicy uważają, że w istocie to my sami stworzyliśmy nasze problemy. Flaszka była i jest tylko ich symbolem – tak, dokładnie tak właśnie jest! Ale stwierdzenie to ma jeszcze inne, ważne znaczenie. Jeżeli to ja sam tworzę własne problemy, to jest dla mnie szansa i nadzieja. Gdyby źródło moich problemów było poza mną, na przykład inni ludzie, ustrój, rząd, system podatkowy, organizacja służby zdrowia, sąsiedzi, prawo, to -mówiąc językiem potocznym – miałbym przekichane. Ale przecież na swoje zachowania i przekonania, na swoje wybory i decyzje życiowe, mam wpływ, jeśli w praktyce okaże się, że mi nie służą – mogę je zmienić. Jednak żeby to zrozumieć, a następnie dokonać zmiany – muszę być trzeźwy, muszę wytrzeźwieć. Inaczej skończy się: chciałem dobrze, a wyszło, jak zwykle.

Prawie czterdzieści lat przeżyłem święcie przekonany, że siebie samego znam najlepiej, a więc najlepiej wiem, co jest dla mnie dobre. Ani jedno, ani drugie nie było prawdą. Nie było prawdą, że siebie znam dobrze, nie było prawdą, że wiedziałem, co jest dla mnie dobre – żeby to pojąć, potrzebowałem pomocy drugiego człowieka i… trzeźwości.

Czy, żeby wytrzeźwieć, muszę zostać członkiem Wspólnoty Anonimowych Alkoholików?

Moim skromnym zdaniem jest to bardzo dobre rozwiązanie, ale na pewno nie jedyne. Sami anonimowi alkoholicy, ci trzeźwi, przyznają, że Program 12 Kroków AA, program zmiany jakości życia, która to zmiana odbywa się na drodze przeżycia, przebudzenia, doświadczenia duchowego, nie zawsze i nie na każdego alkoholika działa. Tym niemniej proponują najpierw spróbować. Najpierw, czyli zanim radośnie i ochoczo uznamy, że to na pewno nie dla mnie. Zdecydowanie uważam, że warto spróbować (sensowna próba to kilka miesięcy) – do butelki zawsze przecież można wrócić.

W wielu krajach niemieckojęzycznych działa Blaues Kreuz, w Ameryce i Niemczech istnieje wspólnota Synanon. Ponadto pomoc i wsparcie oferuje alkoholikom Ośrodek Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu, Ruch Trzeźwości im. św. Maksymiliana Kolbego, Katolicki Ruch Światło-Życie, także Krucjata Wyzwolenia Człowieka. („12 Kroków od dna” s. 11).

Oczywiście lista ta nie byłaby kompletna gdybym nie zwrócił uwagi na psychoterapię odwykową. Profesjonalne lecznictwo w Polsce – moim zdaniem – od dawna nie odbiega od standardów światowych. W ostatnich czasach, zapewne wzorem krajów zachodnich, oferta niektórych ośrodków odwykowych poszerzana jest pod kątem potrzeb osób, które nie godzą się na pełną abstynencję, czyli proponują uzależnionym naukę picia kontrolowanego, bez destrukcyjnych tego picia konsekwencji.

Ostatecznie to nie o metodę chodzi, ale o jej efekty. Albo tych efektów brak. Bo, jak napisano w pewnej mądrej księdze: po owocach poznacie…

***

 

*Nie jestem profesjonalistą (lekarzem, psychologiem, terapeutą), nie reprezentuję Wspólnoty AA – jestem tylko niepijącym alkoholikiem, a prezentowane tu treści są wynikiem moich osobistych przeżyć i doświadczeń.

 

 

 

Meszuge – pseudonim literacki polskiego pisarza, autora książek, artykułów i esejów dotyczących problematyki alkoholizmu, wyzwolenia z uzależnienia, Wspólnoty Anonimowych Alkoholików i Programu 12 Kroków AA oraz szeroko pojmowanego rozwoju osobistego. Ze względu na osobisty, momentami nawet intymny charakter pisarstwa Meszuge, bezkompromisowość oraz poruszający dramatyzm opisywanych spraw i zdarzeń, personalia autora chronione są specjalnymi umowami.

 

Krok za Krokiem – to zbiór najnowszych tekstów na temat Programu Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików, który dla milionów uzależnionych stanowi rozwiązanie, szansę i nadzieję. Mowa jest w nich też o specyficznie rozumianym sponsorowaniu w AA, o Tradycjach Wspólnoty, osobistych losach, przeżyciach i doświadczeniach alkoholików.


Sam, będąc rozwodnikiem i żyjąc w związku niesakramentalnym, choć z pozoru powinienem takiemu stawianiu sprawy przyklasnąć, wiem dokładnie (właśnie z racji mojego niewesołego doświadczenia), że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

 

Obserwuję z mocno mieszanymi uczuciami, jak media relacjonują dyskusję w Kościele o komunii dla rozwodników. Z nierzadką we współczesnym dziennikarstwie prostotą dzielą strony na konserwatywny zamordyzm i postępowe zrozumienie dla pojedynczego człowieka. Tymczasem sam, będąc rozwodnikiem i żyjąc w związku niesakramentalnym, choć z pozoru powinienem takiemu stawianiu sprawy przyklasnąć, wiem dokładnie (właśnie z racji mojego niewesołego doświadczenia), że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Choć nie jestem teologiem ani jurystą (a oni to pewnie widzą w jeszcze większym zbliżeniu, więc tym samym w jeszcze większej komplikacji).
Bo z jednej strony: choć Ewangelia wyraźnie mówi, że jedynie grzech przeciwko Duchowi Świętemu jest niewybaczalny, przepisy (!) tak jakby dorzucały do niego cichaczem jeszcze jeden: dopuszczenie do rozpadu małżeństwa. Choćby człowiek niegdysiejszych decyzji szczerze żałował, a w nowym związku żył od lat najprzyzwoiciej, jak sobie można wyobrazić, to jeśli kiedyś wziął ślub, nawet kilkadziesiąt lat temu, to nie ma odwołania, teraz żyje w grzechu. (Pomijam możliwość “unieważnienia małżeństwa” i przepis o zezwoleniu korzystania z sakramentów pod warunkiem powstrzymania się od seksu w nowym związku, bo nie chcę w dygresjach zgubić istoty sprawy. Oba te wyjścia budzą zresztą moją irytację, której się nie chcę teraz poddawać).
W dodatku nie różnicuje się tu losu ludzi, którzy odeszli z własnej woli i tych, którzy zostali opuszczeni. A poczucie sprawiedliwości dość powszechnie chyba podpowiada, że to nie jest to samo. Tymczasem także komuś, czyją dobrą wiarę nadużył współmałżonek, Kościół mówi: żyj samotnie, albo będziesz równie grzeszna(y), jak on(a).
Tylko że… Po pierwsze: trzeba by ustalić, czy możliwość zawierania związku małżeńskiego to w chrześcijańskiej wizji świata przywilej, czy prawo. Prawa odbierać się nie powinno, ale przywilej można utracić. Kościół, w którym decydujący głos mają pozostający w stanie bezżennym mężczyźni, zdaje się mówić, że przywilej. Tak?
Po drugie, co bardziej kłopotliwe: “dwoje potrzeba do tanga”. Oczywiście na ogół jest tak, że do formalnego rozstania dochodzi z inicjatywy jednej strony. Ale czy inicjatywa to na pewno to samo, co wina? Czy porzucone żony i porzuceni mężowie, gdy już minie pierwsza rozpacz i palące poczucie krzywdy, zawsze dochodzą do wniosku, że nie mają sobie nic do zarzucenia? A jeśli nawet dochodzą do takiego wniosku, to zawsze słusznie?
Po trzecie: przez jakiś czas po rozstaniu naprawdę byłoby dobrze powstrzymać się przed “układaniem sobie życia na nowo”. I to zarówno z powodów, dających się uzasadnić czysto religijnie, jak z takich, które tłumaczy całkiem świecka psychologia. Chyba zwłaszcza mężczyźni mają skłonność do pospiesznego pocieszania się nowym związkiem, do udowadniania sobie, że nie są tacy ostatni – i pozostając jeszcze w porozwodowym szoku podejmują decyzje, których, kiedy szok przejdzie, nie umieją podtrzymać. Poza tym odchodzący współmałżonek może przecież po jakimś, niedługim czasie oprzytomnieć i chyba jednak (z punktu widzenia chrześcijanina) byłoby dobrze, żeby miał gdzie wrócić, jako syn czy córka marnotrawna. To, co prawda, zależy bardzo od tego, jak się zachowywał(a) “na odchodnym” i od heroizmu tej strony, która miałaby go (ją) przyjąć z powrotem. No i od upływu czasu, bo po kilku latach, czy już z pewnością po kilku dekadach trudno sobie wyobrazić taki “come back” na poważnie. Choć i to się zdarza (znam co najmniej jedną taką historię).
Po czwarte: wprawdzie jestem za tym, żeby wciąż pytać, jak niezmienne normy mają się realizować w nowych czasach, ale jednocześnie pewne kwestie wydają się sformułowane przez tekst źródłowy dla chrześcijaństwa, czyli Ewangelię, na tyle wyraźnie, że “nie ma ruchu” bez zamienienia fundamentów naszej religii w ruchome piaski. Bardzo mnie interesuje – a tego nie wiem – w jaki sposób uzasadnia swoje rozstrzygnięcia, odmienne od rzymskiego katolicyzmu, Kościół prawosławny, bo nauczanie Jezusa w kwestii nierozerwalności małżeństwa wydaje się rzeczywiście jednoznaczne.
I po piąte wreszcie. Nim to napiszę, chciałbym zadeklarować jasno: mnie się tak życie ułożyło (nie to, że samo, bo wiele w tym moich błędów i draństw), że kompletnie nie nadaję się na Katona. Ale, będąc “smutny i sam pełen winy” widzę przecież, jak wiele jest rozwodów. Jak iluzoryczne są słowa wypowiadane nie tylko w kościele („ślubuję, że cię nie opuszczę aż do śmierci”) ale i w USC: “przyrzekam, że uczynię wszystko, aby moje małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe”. Srali muchy, będzie wiosna, jak się mówiło w moim dzieciństwie – ludzie robią, my robimy nie tylko dalece nie wszystko, ale nieraz nic prawie. Często zresztą nic nie deklarujemy, tylko żyjemy na kocią łapę. Państwo nie jest stróżem sumień swoich obywateli, więc przed kandydatami na rozwodników trudności nie piętrzy, a teraz jeszcze w wielu krajach rozważa się albo już wprowadza ułatwienia dla związków partnerskich, z czego korzystać mieliby nie tylko homoseksualiści, ale i heterycy, którzy nie chcą sobie obiecywać zbyt wiele. Czy w tej sytuacji Kościół rzeczywiście ma zmiękczać swoje stanowisko? Chcąc ochronić pojedyncze osoby, niesprawiedliwie odsunięte od sakramentów, zrezygnować z klarownie sformułowanej zasady?
Lecz znów z tej pierwszej strony: rozwodnicy to ludzie, którzy kiedyś w życiu nie sprostali tej zasadzie. I właśnie im odmawiać sakramentów, które są, jak wierzymy, pokrzepieniem duszy? Tych najsłabszych odsuwać od sakramentu pojednania i od Komunii?
Więc jako rozwodnik – który widzi sprawę “stereo i w kolorze”, bo przecież w okresie, gdy się nie czułem katolikiem, udało mi się tak narozrabiać, że mam za sobą DWA nieudane małżeństwa (jedno krótkie) i wiem zarówno, jak to jest być porzucanym, jak i porzucającym – nie mam tu wobec mojej wspólnoty szczególnych oczekiwań. I kiedy, niby też w moim imieniu, media się ekscytują, że może Franciszek coś zmieni, a ostatnio donoszą z przykrością, że chyba nie, że uległ fundamentalistom i jednak chyba nie zmieni niczego – myślę sobie: a, dajcież spokój. Kwestia jest tak złożona, a wzajemnie sprzeczne argumenty tak silne, że robienie z tego meczu “konserwatystów” z “progresistami” jest niepoważne. Ja tam wiem, co mam na sumieniu i nie zgłaszam roszczeń. Liczę, że Bóg jest bardziej miłosierny, niż jego ziemska delegatura. Ale żeby zanikła różnica w tej materii między Bogiem a Kościołem, Kościół musiałby się przeanielić aż do całkowitej przezroczystości, do niebytu.
A swoją drogą, jeśli ktoś, czytający te słowa, rozważa zakończenie swojego małżeństwa, to niech tyle przyjmie ode mnie: sprawdziłem, że rozwód jest upiornym doświadczeniem, nawet jeśli odbywa się “aksamitnie”, bez krzyków i awantur o podział majątku. I to nie tylko wtedy, gdy się jest ofiarą wiarołomności, ale i wtedy, gdy się jest wiarołomnym. I może w tym drugim przypadku jest jeszcze okropniejszy, bo nie ma się jak schować w swoim bólu, nie ma się jak sobie współczuć. Nie można dopatrzyć się w sobie nawet śladu dobra (tak, potem to przechodzi, ale pamięć zostaje). To jest tak koszmarne doświadczenie, że ograniczenia, które wspólnota nakłada potem na taką sk…undloną owieczkę, wydają się całkowicie na miejscu. Krótko mówiąc: jeśli, drogi Czytelniku, droga Czytelniczko, rozważasz taki krok, to – jeśli tylko możesz go uniknąć, nie funduj sobie tego.

 

Jerzy Sosnowski –  pisarz, publicysta, felietonista, dziennikarz telewizyjny i radiowy. Pracuje w radiowej „Trójce”. Współpracownik „Więzi”. Tekst pierwotnie ukazał się na jego blogu.