FEBRIS HECTICA – GORĄCZKA TRAWIĄCA
czyli
SŁOWO NA NIEDZIELĘ.

W miniony czwartek (5.02.2015), w czasie porannej mszy św. w kaplicy Domu Św. Marty, Papież Franciszek powrócił w homilii do swojego ulubionego porównania Kościoła do szpitala polowego, gdzie zadaniem sług Chrystusa jest opatrywanie zranionych. „Taka jest misja Kościoła: ma on uzdrawiać, leczyć. Czasem mówiłem o Kościele jako szpitalu polowym. To prawda. Iluż mamy poranionych! Ilu ludzi potrzebuje opatrzenia ran! To jest misją Kościoła: leczenie ran serca, otwieranie drzwi, uwalnianie, głoszenie, że Bóg jest dobry, że wszystko przebacza, że jest czułym Ojcem, że Bóg zawsze na nas czeka…” – powiedział Papież.

Od kilku tygodni pochylamy się nad kolejnymi wydarzeniami z życia Jezusa, które skrupulatnie zanotował św. Marek Ewangelista. Dostrzegamy Jezusa powściągliwego w mowie, bardziej natomiast aktywnego w czynie. Wciąż spotyka się z nowymi ludźmi, których powołuje i ustanawia swoimi uczniami, uwalnia od zła, uzdrawia. Przed tygodniem egzorcyzmował opętanego, uwalniając go ode demonów. Dzisiaj uzdrawia teściową Piotra, a także „wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzuca” (por. Mk 1,34). Przed tygodniem ustaliliśmy, że to Bóg, a nie demon, ma być w centrum naszego życia. Dzisiaj natomiast uświadamiamy sobie, że również duchowe choroby skutecznie od Niego nas odwodzą.

Gorączko to nie choroba. To zespół symptomów wskazujących, że choroba postępuje, a stan pacjenta nie jest zbyt wesoły. W życiu duchowym zaś, gorączka może symbolizować szatana i zło, które skutecznie unieruchamia człowieka i trawi jego życie. Koszt duchowej gorączki dla duszy zawsze jest bardzo wysoki. Może nam towarzyszyć gorączka nadmiernej wiary w siebie i wyniosłości, buńczuczności i braku wrażliwości na innych. To skutek choroby pychy i nowotworu egoizmu. Istnieje gorączka hedonistycznego używania bogactw, która będzie objawem choroby chciwości. Znamy gorączkę władzy, zdolną zabić w człowieku uczucia wyższe i potrafiącą stłumić zdolność oceny rzeczywistości. Nazwą tej choroby jest władza totalitarna. Bardzo wiele osób cierpi na gorączkę pożądliwości, rozpalającą do czerwoności ludzką wyobraźnię. Ta gorączka, pozornie tylko niegroźna, zwiastuje śmiertelną chorobę nieczystości. Może nam doskwierać schorzenie zazdrości, którego symptomem będzie gorączka chęci kontroli nad innymi i frustracja oraz niezadowolenie z czyjegoś powodzenia. Z własnego doświadczenia wiemy także, że istnieją inne poważne choroby duchowe, jak nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew czy lenistwo. Każda z tych chorób ma sobie właściwą gorączkę. Bardzo niebezpieczna jest gorączka nienawiści, która potrafi popchnąć do niszczenia życia innych. To choroba patologicznego obrazu Boga i człowieka.

Cierpimy na rozmaite dolegliwości. Są jednak tacy, którzy zamiast podjąć leczenie, wolą potłuc termometr. Są też tacy, których choroba – grzech jest sensem życia. My natomiast, świadomi swoich chorób, zmęczeni doskwierającą nam gorączką, jak Hiob wołamy w beznadziei: „Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki” (por. Hi 7,3 – pierwsze czytanie). Dlatego, jako chorzy i słabi przychodzimy do Kościoła, który jest niezwykłym szpitalem. Spotykamy się z Jezusem przychodzącym do nas w sakramentach i ufamy w uzdrowienie, powtarzając za Psalmistą naszą modlitwę: „Panie, Ty leczysz złamanych na duchu” (por. Ps 147,1-6) . A on – Christus Medicus – bierze na siebie nasze słabości i nosi nasze choroby (por. Mt 8,17). Autentyczny kontakt z Jezusem, nawet najdrobniejszy, jest lekarstwem na wiele chorób. Spotkanie z Nim zawsze przemienia nasze życie. Nie trzeba się go bać, niczym spotkania z pielęgniarką, która musi zrobić nam bolesny zastrzyk. Bóg jest dobry, wszystko przebacza, jest czułym Ojcem i zawsze na nas czeka (por. Franciszek, Homilia w czasie porannej mszy św. w kaplicy Domu Św. Marty, 5.02,2015 r.).


Konwencja kosztowna i do niczego niepotrzebna

Polski parlament ratyfikował dziś Konwencję antyprzemocową. Spory wokół tego dokumentu są silne, czego przejawem jest choćby fakt, że po ogłoszeniu wyników głosowania na sali sejmowej rozległy się okrzyki: „Hańba!”.

Wydaje się, że ta reakcja jest przesadna. Dokument zawiera wiele słusznych postulatów i zobowiązań: stworzenie całodobowego telefonu zaufania, konieczność ścigania winnych i odpowiedniej ochrony poszkodowanych, zmotywowanie społeczeństwa – szczególnie mężczyzn i chłopców – do aktywnego zapobiegania wszelkim przejawom przemocy, szkolenia i akcje uświadamiające, czym jest przemoc i jak się przed nią bronić, przeznaczanie odpowiednich funduszy z budżetu państwa na przeciwdziałanie przemocy itd. Rzecz w tym, że wszystkie te kwestie reguluje już polskie prawo i nie potrzebujemy do tego dodatkowej konwencji.

Ponadto od 2005 r. w Polsce jest wprowadzany w życie Krajowy Program Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie  w 2014 r. został on przedłużony do 2020 r. O jego skuteczności mogą świadczyć dane, na które powołuje się w swoich analizach Ordo Iuris, w Polsce przemocy doświadcza średnio 19 % kobiet (średnia w Unii wynosi 33%, w kraju z rekordową liczbą jest to ponad 50%) i nie wynika to z faktu, że kobiety nie zgłaszają tego faktu na policję.

To samo badanie wykazało, że w Polsce ponad 60% przypadków doświadczenia przemocy została przez ofiary zgłoszona (średnia w UE wynosi 49%, a w krajach gdzie jest największa skala przemocy, jednocześnie jest też najniższa liczba zgłoszeń, w okolicach 25%). Metodologia tych badań została tak skonstruowana, by maksymalnie zobiektywizować wyniki (kobiety pytano o konkretne doświadczenia, typu: uderzenie w twarz, pobicie, szarpanie za włosy, podduszanie itp. a nie ogólnie, czy doświadczyły przemocy) i zadbano o to, by była przeprowadzona na reprezentatywnych grupach badanych. Już same te dane, jak i zestawienie konwencji z polskim prawem, wskazują, że podpisywanie tego dokumentu w przypadku Polski przypomina przynoszenie drewna do lasu.

To znaczy przypominałoby, gdyby w konwencji nie było sformułowań, które próbują w nasze prawodawstwo wtłoczyć koncepcje zdecydowanie ideologiczne. Podam trzy przykłady:

1. Konwencja zawiera koncepcję, przez środowiska feministyczne określaną jako nowatorską, „przemocy wobec kobiet ze względu na płeć”. Kobieta staje się ofiarą, bo jest kobietą, tym samym przemoc wobec niej zostaje zrównana z rasizmem lub antysemityzmem, jeśli chodzi o motywację. Opiera się po prostu na bezpodstawnym uprzedzeniu wobec płci. Definicja ta jest tak obszerna, że da się tam wtłoczyć wszystko.

2. Społeczeństwo ma być zachęcane do aktywnego przeciwdziałania przemocy, a szczególnie mają być do tego zachęcani mężczyźni i chłopcy. Kiedyś takie kwestie załatwiało się wychowaniem w etosie rycerskości czy potem bycia dżentelmenem. Teraz chce się to regulować prawnie. Tu rodzi się też pytanie, jaka ma być skala tego zachęcania, na czym ono ma polegać i czy w ramach aktywnego przeciwdziałania przemocy znajduje się też użycie przemocy?

3. Państwo ma promować zmiany wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania mężczyzn i kobiet, co ma służyć wykorzenieniu uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli mężczyzny i kobiety.

Moje pytanie brzmi: a kto będzie określał które uprzedzenia, zwyczaje, tradycje i praktyki są oparte na idei niższości kobiet? Oraz jakie są stereotypowe modele ról obu płci? Stereotypowe dla jakiej kultury? Bo w Polsce stereotypowa kobieta to ktoś silny, zorganizowany, samodzielny i do tego jeszcze piękny. Co w nim jest złego?

To jest zresztą punkt, który wzbudził największe zaniepokojenie: jest tak ogólnie sformułowany, że da się tam wcisnąć, przy odrobinie sprytu, bardzo wiele i na tej podstawie domagać się zmian w ustawodawstwie, które niekoniecznie będą zgodne z Konstytucją, nie mówiąc o polskiej kulturze i tradycji.

I na koniec jeszcze jednak kwestia: wprowadzenie w życie konwencji nałoży na państwo dodatkowe obciążenia finansowe. Jest to związane z faktem, że w świetle tego dokumentu państwo zobowiązuje się do pokrywania ze swojego budżetu świadczeń na rzecz ofiar: od poradnictwa po mieszkania i pomoc finansową, do tego ma przeprowadzać ogólnokrajowe kampanie na temat przemocy i radzenia sobie z nią (pewnie w języku polskim pojawią się dzięki temu kolejne bon moty typu „Bo zupa była za słona”) i szkolenia na ten temat.

A kto za to zapłaci? Pan zapłaci, pani zapłaci, wszyscy zapłacą. Wszyscy poniesiemy koszty ratyfikowania dokumentu, który, patrząc od strony praktycznej i prawnej, nie był nam do niczego potrzebny.


Łzy oprawcy z Auschwitz

Państwowe Muzeum Auschwitz – Birkenau w Oświęcimiu w 2013 roku opublikowało skromną książkę o zupełnie niewinnym tytule Życie prywatne esesmanów w Auschwitz.

To dosyć ciekawa lektura, która pozwala wejść, dzięki relacjom polskich dziewcząt i kobiet służących w domach esesmanów, w trzewia przyobozowego życia.

Dowiadujemy się zatem kto hodował króliki i gęsi. Dowiadujemy się, który z esesmanów bał się swojej żony i polskiej służącej potajemnie przekazywał pieniądze, tak aby żona o tym nie wiedziała. Dowiadujemy się kto robił sobie kpiny z całego tego nazistowskiego systemu i ze swoją krewną wysyłał do niemieckiego kina polską służącą w przebraniu. Tak, aby nikt się nie połapał, że wchodzi tam ktoś, kto nie ma do tego prawa. Dowiadujemy się, która żona esesmana robiła zupę (wbrew przepisom) dla pracujących u niej więźniów. Dowiadujemy się i tego, że niektórzy esesmani flirtowali z służącymi. Flirtowali mówiąc po polsku, bo te nie znały niemieckiego.

W tych relacjach na szczególną uwagę zasługują trzy wspomnienia.

Elza Abt (numer obozowy 24402), Niemka z Łodzi osadzona w Auschwitz za to, że była świadkiem Jehowy, została skierowana do pracy w domu jednego z esesmanów. Dostarczono jej egzemplarz Biblii, której jednak nie mogła czytać jawnie. Dlatego czasami zamykała się na dłuższy czas w toalecie i tam czytała Pismo.

Janina Szczurek, polska krawcowa, która została zmuszona do pracy dla Rudolfa Hössa, dowódcy Auschwitz – Birkenau, opowiada, że pewnego dnia dzieci komendanta bawiące się w ogrodzie ich willi i podglądający pracę więźniów, poprosiły, aby uszyła im opaski z oznakami jakie nosili więźniowie. Klaus, najstarszy syn Hössa, nałożył sobie opaskę z napisem „kapo”. Pozostałe dzieci miały swoje oznaczenia. Zadowolone, biegały po ogrodzie, dopóki nie napotkały swojego ojca, który pozrywał im te „ozdoby” i zakazał takich zabaw.

Największe wrażenie robi jednak relacja Heleny Kłysowej dotycząca postaci Gerharda Palitzscha- jednego z największych oprawców w Auschwitz. Zjawił się w obozie w maju 1940 roku razem z transportem 30 niemieckich więźniów – kryminalistów, którzy mieli objąć funkcje w tworzącym się obozie koncentracyjnym. Miał wtedy 27 lat.

Przypisuje mu się śmierć tysięcy ludzi, których zabijał w Bloku 11 i  przy Ścianie Śmierci. Uczestniczył w egzekucjach Żydów i Cyganów. Był jednym z organizatorów i wykonawców pierwszego gazowania więźniów w Auschwitz. W 1943 roku został jednak oskarżony przez przełożonych z SS o korupcję oraz  współżycie z żydowskimi i cygańskimi kobietami (według relacji świadków były to gwałty). Według terminologii nazistowskiej deprecjonował rasę aryjską. Ostatecznie został usunięty z SS i w 1944 poległ w okolicach Budapesztu.

Wspomniana przeze mnie Helena Kłysowa opowiada  o chorobie żony Palitzscha, która była hospitalizowana w Katowicach. Palitzsch często do niej jeździł. Po jednej z takich wizyt polska opiekunka usłyszała głośny płacz, który przeszedł w żałosne skowyczenie. Esesman wszedł do pokoju dzieci, zaczął tulić je i całować, mówiąc przy tym, że nie mają już matki.

Czytam tę relację i zastanawiam się czym był płacz tego człowieka? Świadectwem ludzkich uczuć jednego z oprawców z Auschwitz czy też dowodem na to, że nasze życie emocjonalne jest jednym, a moralność czym zupełnie innym? Nie wiem.

 

 


Przekaż 1% swojego podatku na rzecz przebudowy Kościoła w Załomiu

KRS 0000239323 koniecznie z dopiskiem „Przebudowa Załom”


Ludzie to nie króliki, a papież to nie idiota

Słowa papieża dotyczące wielodzietnych rodzin stały się pretekstem dla niektórych katolickich (?) i/bądź prawicowych publicystów do zmasowanej krytyki Franciszka i „solidaryzowania” się z tymi, których rzekomo jego słowa miały „głęboko zranić”. Ciekawe, że ci, którzy najostrzej zareagowali, są „ucieleśnieniem” osób, przed którymi przestrzegał papież.

Każdy, kto miał sposobność spotkać się z realiami katolickiego „trzeciego świata” wie, że nie brak w nim wielodzietnych rodzin, i że Kościół – walcząc w obronie ich godności i prawa do  godziwych warunków życia – stoi po ich stronie. Każdy, kto jednak zetknął się z tymi realiami dobrze wie, że nie wszystkie dzieci przychodzą w nich na świat w wyniku miłości ich rodziców. I nie chodzi tu o to, że niektóre nie były „planowane”, tylko o to, że w tych rodzinach, kobiety są zmuszane do rodzenia dzieci, bowiem ich ojcom chodzi jedynie o potwierdzanie swojej „męskości”. Cierpią na tym i dzieci i matki – ojcowie są z siebie dumni! „Papieskimi królikami” nie są ofiary, tylko sprawcy. Mężczyźni, którzy współżyją nie myśląc o tym, co robią – tylko o tym, do czego sami dali sobie prawo, albo do czego są zdolni. Ci, którzy krytykują papieża nie zrozumieli, kogo on krytykował. Odpowiedzialne rodzicielstwo to nie puste hasło, czy przywilej rodziców krajów rozwiniętych. To wezwanie do tych mężczyzn i kobiet, którzy z ilości dzieci, a nie miłości do nich uczynili sobie „przepustkę do nieba” czy substytut „spełnionego życia”.

Oskarżanie Franciszka o to, że pogardliwie patrzy na rodziny w których jest więcej niż jedno dziecko, jest niedorzeczne – jeśli ktoś zna jego argentyńską biografię nigdy mu to do głowy nie przyjdzie. Ciekawe jednak, że najbardziej zbulwersowani są ci katoliccy publicyści, którzy mając kilkoro dzieci usłyszeli w słowach papieża naganę. To dużo mówi o nich samych. Po raz kolejny powtarza się sytuacja, że swój katolicyzm traktują jako wyraz sprzeciwu wobec innych, a z ilości dzieci uczynili kryterium osobistej świętości. To nie od papieża zależy, kto ile będzie miał dzieci. Ale jeśli papież nie będzie przypominał, że odpowiedzialne rodzicielstwo to obowiązek sumienia, będziemy mieli do czynienia z katolikami, którzy płodzą dzieci ich nie kochając, i zostawiają ich na pastwę losu – licząc na to, że jakoś sobie poradzą, a przynajmniej jedno z nich zajmie się nimi na starość. Dlaczego oburzeni katoliccy publicyści nie przejmują się losem tych dzieci? Łatwo jest być bohaterem, kiedy wielodzietna rodzina ma zapewnione warunki do życia. Łatwo z siebie zrobić męczennika, kiedy „nieplanowane dzieci” mają świadczyć o katolickim heroizmie, bo trudno się przyznać, że jakieś metody zawiodły. Jeśli chcemy mieć wielodzietne rodziny to dbajmy o to, żeby wśród katolików wzrastała świadomość tego, czym jest odpowiedzialne rodzicielstwo! Nie widzę żadnych powodów, żeby oskarżać Franciszka o to, że komuś w tym przeszkadza, albo że za ideał wskazał wyłącznie rodziny jednodzietne. Sam nie jestem jedynakiem, i w żaden sposób papież mnie nie obraził.