Czy muszę zostać członkiem AA?

Dlaczego warto wytrzeźwieć? A czy jest jakiś sensowny powód, dla którego wytrzeźwieć nie warto? No, tak… odezwała się moja – ponoć typowa dla alkoholików – przekora. Jak to zaobserwowało wielu psychiatrów, przekora jest rzucającą się w oczy cechą znacznej części alkoholików (12 Kroków i 12 Tradycji” s. 33).

Trzeźwość, trzeźwienie, to w naszym języku dwa różne pojęcia. Pierwsze z nich to czas, w którym organizm pozbywa się alkoholu. Zwykle kilka-kilkanaście godzin po wypiciu ostatniej jego dawki. Tak rozumianą trzeźwość sprawdza się testerem trzeźwości zwanym alkomatem. Kierowcy znają go zapewne najlepiej. Ta trzeźwość mnie nie interesuje, to kwestia banalna i… oczywista. Obiektem mojego zainteresowania jest trzeźwość, która świadczy o zdrowym rozsądku, rzeczowości; czasem mówimy o kimś, że trzeźwo myśli. Takiej właśnie trzeźwości pragnę i pożądam.

Ludzie zdrowi, to jest nieuzależnieni, nie muszą tracić zdrowy rozsądek nawet po niewielkiej ilości alkoholu. Alkoholicy (najczęściej) nie myślą trzeźwo nawet wtedy, kiedy od kilku dni albo i dłużej zachowują abstynencję.  Abstynencja nie zapewnia trzeźwości automatycznie i wielu z nas, alkoholików, zdaje sobie z tego sprawę. Oto kilka stwierdzeń pochodzących z naszej książki „Anonimowi Alkoholicy”:

Alkohol jest bowiem tylko symptomem naszej choroby. Musieliśmy zatem dotrzeć do jej istotnych przyczyn i warunków, które sprzyjały jej rozwojowi.

Zaprzestanie picia to dopiero pierwszy krok oddalający nas od pełnego napięcia życia. To pierwszy krok ku normalności.

Uważamy, że wyeliminowanie picia jest tylko początkiem pracy nad sobą.

Dlatego sądzimy, że człowiek, który uważa iż tylko wystarczy nie pić nie przemyślał wszystkiego.

Albo ten, który wydaje mi się jest najlepszą odpowiedzią na pytanie, dlaczego warto jest wytrzeźwieć: Mężczyźni i kobiety piją głównie dlatego, że lubią efekty działania alkoholu. Doznawane wrażenia są tak nieuchwytne, że choć przyznają oni sami, iż jest to szkodliwe, nie mogą po jakimś czasie rozróżnić prawdy od fałszu. Dla nich życie z alkoholem wydaje się stanem normalnym. Bez alkoholu są skorzy do gniewu i rozgoryczenia, dopóki nie zaznają uczucia ulgi i uspokojenia, które przychodzi wraz z wypiciem kilku kieliszków, co przecież innym uchodzi całkowicie bezkarnie. Innym tzn. nie alkoholikom.

Warto jest wytrzeźwieć, a nie tylko wyłączyć alkohol ze swojego jadłospisu, bo jakość takiego życia (permanentne rozdrażnienie, złość, rozgoryczenie, irytacja, skłonność do uraz itd.) nie jest satysfakcjonująca, wręcz przeciwnie. Moja żona czasem opowiada, że zwykle dobrze wiedziała, kiedy się znów napiję, bo w sposób dla niej widoczny i czytelny stawałem się coraz bardziej „upierdliwy”; czekałem tylko, żeby sprowokować jakąś awanturę, a wtedy już przecież „musiałem” się napić. Ja tego wówczas zupełnie nie widziałem…

Jestem alkoholikiem, a to oznacza – choć wielu czytelników tego zapewne nie zrozumie, że moje problemy, moje największe problemy zaczynały się, kiedy przestawałem pić. Kiedy piłem – byłem po prostu pijany.

Oczywiście piłem więcej (dłużej, ciągami) niż inni, na pewno też częściej, ale… Podejmowałem mnóstwo absurdalnych decyzji życiowych i wcale nie zawsze byłem pod wpływem alkoholu. Najprostszy przykład dotyczy choćby kolejnego picia, mimo tragicznych konsekwencji poprzedniego i jeszcze wcześniejszych. Przykład: Dostałem naganę za picie w pracy. Obiecałem poprawę, ale zdecydowałem, że znowu napiję się w firmie, już po kilkudziesięciu dniach! Wymyśliłem sobie, uroiłem, że tym razem się uda. A o obietnicy pamiętać nie chciałem, może nie byłem w stanie…

Anonimowi Alkoholicy uważają, że w istocie to my sami stworzyliśmy nasze problemy. Flaszka była i jest tylko ich symbolem – tak, dokładnie tak właśnie jest! Ale stwierdzenie to ma jeszcze inne, ważne znaczenie. Jeżeli to ja sam tworzę własne problemy, to jest dla mnie szansa i nadzieja. Gdyby źródło moich problemów było poza mną, na przykład inni ludzie, ustrój, rząd, system podatkowy, organizacja służby zdrowia, sąsiedzi, prawo, to -mówiąc językiem potocznym – miałbym przekichane. Ale przecież na swoje zachowania i przekonania, na swoje wybory i decyzje życiowe, mam wpływ, jeśli w praktyce okaże się, że mi nie służą – mogę je zmienić. Jednak żeby to zrozumieć, a następnie dokonać zmiany – muszę być trzeźwy, muszę wytrzeźwieć. Inaczej skończy się: chciałem dobrze, a wyszło, jak zwykle.

Prawie czterdzieści lat przeżyłem święcie przekonany, że siebie samego znam najlepiej, a więc najlepiej wiem, co jest dla mnie dobre. Ani jedno, ani drugie nie było prawdą. Nie było prawdą, że siebie znam dobrze, nie było prawdą, że wiedziałem, co jest dla mnie dobre – żeby to pojąć, potrzebowałem pomocy drugiego człowieka i… trzeźwości.

Czy, żeby wytrzeźwieć, muszę zostać członkiem Wspólnoty Anonimowych Alkoholików?

Moim skromnym zdaniem jest to bardzo dobre rozwiązanie, ale na pewno nie jedyne. Sami anonimowi alkoholicy, ci trzeźwi, przyznają, że Program 12 Kroków AA, program zmiany jakości życia, która to zmiana odbywa się na drodze przeżycia, przebudzenia, doświadczenia duchowego, nie zawsze i nie na każdego alkoholika działa. Tym niemniej proponują najpierw spróbować. Najpierw, czyli zanim radośnie i ochoczo uznamy, że to na pewno nie dla mnie. Zdecydowanie uważam, że warto spróbować (sensowna próba to kilka miesięcy) – do butelki zawsze przecież można wrócić.

W wielu krajach niemieckojęzycznych działa Blaues Kreuz, w Ameryce i Niemczech istnieje wspólnota Synanon. Ponadto pomoc i wsparcie oferuje alkoholikom Ośrodek Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu, Ruch Trzeźwości im. św. Maksymiliana Kolbego, Katolicki Ruch Światło-Życie, także Krucjata Wyzwolenia Człowieka. („12 Kroków od dna” s. 11).

Oczywiście lista ta nie byłaby kompletna gdybym nie zwrócił uwagi na psychoterapię odwykową. Profesjonalne lecznictwo w Polsce – moim zdaniem – od dawna nie odbiega od standardów światowych. W ostatnich czasach, zapewne wzorem krajów zachodnich, oferta niektórych ośrodków odwykowych poszerzana jest pod kątem potrzeb osób, które nie godzą się na pełną abstynencję, czyli proponują uzależnionym naukę picia kontrolowanego, bez destrukcyjnych tego picia konsekwencji.

Ostatecznie to nie o metodę chodzi, ale o jej efekty. Albo tych efektów brak. Bo, jak napisano w pewnej mądrej księdze: po owocach poznacie…

***

 

*Nie jestem profesjonalistą (lekarzem, psychologiem, terapeutą), nie reprezentuję Wspólnoty AA – jestem tylko niepijącym alkoholikiem, a prezentowane tu treści są wynikiem moich osobistych przeżyć i doświadczeń.

 

 

 

Meszuge – pseudonim literacki polskiego pisarza, autora książek, artykułów i esejów dotyczących problematyki alkoholizmu, wyzwolenia z uzależnienia, Wspólnoty Anonimowych Alkoholików i Programu 12 Kroków AA oraz szeroko pojmowanego rozwoju osobistego. Ze względu na osobisty, momentami nawet intymny charakter pisarstwa Meszuge, bezkompromisowość oraz poruszający dramatyzm opisywanych spraw i zdarzeń, personalia autora chronione są specjalnymi umowami.

 

Krok za Krokiem – to zbiór najnowszych tekstów na temat Programu Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików, który dla milionów uzależnionych stanowi rozwiązanie, szansę i nadzieję. Mowa jest w nich też o specyficznie rozumianym sponsorowaniu w AA, o Tradycjach Wspólnoty, osobistych losach, przeżyciach i doświadczeniach alkoholików.


Sam, będąc rozwodnikiem i żyjąc w związku niesakramentalnym, choć z pozoru powinienem takiemu stawianiu sprawy przyklasnąć, wiem dokładnie (właśnie z racji mojego niewesołego doświadczenia), że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

 

Obserwuję z mocno mieszanymi uczuciami, jak media relacjonują dyskusję w Kościele o komunii dla rozwodników. Z nierzadką we współczesnym dziennikarstwie prostotą dzielą strony na konserwatywny zamordyzm i postępowe zrozumienie dla pojedynczego człowieka. Tymczasem sam, będąc rozwodnikiem i żyjąc w związku niesakramentalnym, choć z pozoru powinienem takiemu stawianiu sprawy przyklasnąć, wiem dokładnie (właśnie z racji mojego niewesołego doświadczenia), że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Choć nie jestem teologiem ani jurystą (a oni to pewnie widzą w jeszcze większym zbliżeniu, więc tym samym w jeszcze większej komplikacji).
Bo z jednej strony: choć Ewangelia wyraźnie mówi, że jedynie grzech przeciwko Duchowi Świętemu jest niewybaczalny, przepisy (!) tak jakby dorzucały do niego cichaczem jeszcze jeden: dopuszczenie do rozpadu małżeństwa. Choćby człowiek niegdysiejszych decyzji szczerze żałował, a w nowym związku żył od lat najprzyzwoiciej, jak sobie można wyobrazić, to jeśli kiedyś wziął ślub, nawet kilkadziesiąt lat temu, to nie ma odwołania, teraz żyje w grzechu. (Pomijam możliwość “unieważnienia małżeństwa” i przepis o zezwoleniu korzystania z sakramentów pod warunkiem powstrzymania się od seksu w nowym związku, bo nie chcę w dygresjach zgubić istoty sprawy. Oba te wyjścia budzą zresztą moją irytację, której się nie chcę teraz poddawać).
W dodatku nie różnicuje się tu losu ludzi, którzy odeszli z własnej woli i tych, którzy zostali opuszczeni. A poczucie sprawiedliwości dość powszechnie chyba podpowiada, że to nie jest to samo. Tymczasem także komuś, czyją dobrą wiarę nadużył współmałżonek, Kościół mówi: żyj samotnie, albo będziesz równie grzeszna(y), jak on(a).
Tylko że… Po pierwsze: trzeba by ustalić, czy możliwość zawierania związku małżeńskiego to w chrześcijańskiej wizji świata przywilej, czy prawo. Prawa odbierać się nie powinno, ale przywilej można utracić. Kościół, w którym decydujący głos mają pozostający w stanie bezżennym mężczyźni, zdaje się mówić, że przywilej. Tak?
Po drugie, co bardziej kłopotliwe: “dwoje potrzeba do tanga”. Oczywiście na ogół jest tak, że do formalnego rozstania dochodzi z inicjatywy jednej strony. Ale czy inicjatywa to na pewno to samo, co wina? Czy porzucone żony i porzuceni mężowie, gdy już minie pierwsza rozpacz i palące poczucie krzywdy, zawsze dochodzą do wniosku, że nie mają sobie nic do zarzucenia? A jeśli nawet dochodzą do takiego wniosku, to zawsze słusznie?
Po trzecie: przez jakiś czas po rozstaniu naprawdę byłoby dobrze powstrzymać się przed “układaniem sobie życia na nowo”. I to zarówno z powodów, dających się uzasadnić czysto religijnie, jak z takich, które tłumaczy całkiem świecka psychologia. Chyba zwłaszcza mężczyźni mają skłonność do pospiesznego pocieszania się nowym związkiem, do udowadniania sobie, że nie są tacy ostatni – i pozostając jeszcze w porozwodowym szoku podejmują decyzje, których, kiedy szok przejdzie, nie umieją podtrzymać. Poza tym odchodzący współmałżonek może przecież po jakimś, niedługim czasie oprzytomnieć i chyba jednak (z punktu widzenia chrześcijanina) byłoby dobrze, żeby miał gdzie wrócić, jako syn czy córka marnotrawna. To, co prawda, zależy bardzo od tego, jak się zachowywał(a) “na odchodnym” i od heroizmu tej strony, która miałaby go (ją) przyjąć z powrotem. No i od upływu czasu, bo po kilku latach, czy już z pewnością po kilku dekadach trudno sobie wyobrazić taki “come back” na poważnie. Choć i to się zdarza (znam co najmniej jedną taką historię).
Po czwarte: wprawdzie jestem za tym, żeby wciąż pytać, jak niezmienne normy mają się realizować w nowych czasach, ale jednocześnie pewne kwestie wydają się sformułowane przez tekst źródłowy dla chrześcijaństwa, czyli Ewangelię, na tyle wyraźnie, że “nie ma ruchu” bez zamienienia fundamentów naszej religii w ruchome piaski. Bardzo mnie interesuje – a tego nie wiem – w jaki sposób uzasadnia swoje rozstrzygnięcia, odmienne od rzymskiego katolicyzmu, Kościół prawosławny, bo nauczanie Jezusa w kwestii nierozerwalności małżeństwa wydaje się rzeczywiście jednoznaczne.
I po piąte wreszcie. Nim to napiszę, chciałbym zadeklarować jasno: mnie się tak życie ułożyło (nie to, że samo, bo wiele w tym moich błędów i draństw), że kompletnie nie nadaję się na Katona. Ale, będąc “smutny i sam pełen winy” widzę przecież, jak wiele jest rozwodów. Jak iluzoryczne są słowa wypowiadane nie tylko w kościele („ślubuję, że cię nie opuszczę aż do śmierci”) ale i w USC: “przyrzekam, że uczynię wszystko, aby moje małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe”. Srali muchy, będzie wiosna, jak się mówiło w moim dzieciństwie – ludzie robią, my robimy nie tylko dalece nie wszystko, ale nieraz nic prawie. Często zresztą nic nie deklarujemy, tylko żyjemy na kocią łapę. Państwo nie jest stróżem sumień swoich obywateli, więc przed kandydatami na rozwodników trudności nie piętrzy, a teraz jeszcze w wielu krajach rozważa się albo już wprowadza ułatwienia dla związków partnerskich, z czego korzystać mieliby nie tylko homoseksualiści, ale i heterycy, którzy nie chcą sobie obiecywać zbyt wiele. Czy w tej sytuacji Kościół rzeczywiście ma zmiękczać swoje stanowisko? Chcąc ochronić pojedyncze osoby, niesprawiedliwie odsunięte od sakramentów, zrezygnować z klarownie sformułowanej zasady?
Lecz znów z tej pierwszej strony: rozwodnicy to ludzie, którzy kiedyś w życiu nie sprostali tej zasadzie. I właśnie im odmawiać sakramentów, które są, jak wierzymy, pokrzepieniem duszy? Tych najsłabszych odsuwać od sakramentu pojednania i od Komunii?
Więc jako rozwodnik – który widzi sprawę “stereo i w kolorze”, bo przecież w okresie, gdy się nie czułem katolikiem, udało mi się tak narozrabiać, że mam za sobą DWA nieudane małżeństwa (jedno krótkie) i wiem zarówno, jak to jest być porzucanym, jak i porzucającym – nie mam tu wobec mojej wspólnoty szczególnych oczekiwań. I kiedy, niby też w moim imieniu, media się ekscytują, że może Franciszek coś zmieni, a ostatnio donoszą z przykrością, że chyba nie, że uległ fundamentalistom i jednak chyba nie zmieni niczego – myślę sobie: a, dajcież spokój. Kwestia jest tak złożona, a wzajemnie sprzeczne argumenty tak silne, że robienie z tego meczu “konserwatystów” z “progresistami” jest niepoważne. Ja tam wiem, co mam na sumieniu i nie zgłaszam roszczeń. Liczę, że Bóg jest bardziej miłosierny, niż jego ziemska delegatura. Ale żeby zanikła różnica w tej materii między Bogiem a Kościołem, Kościół musiałby się przeanielić aż do całkowitej przezroczystości, do niebytu.
A swoją drogą, jeśli ktoś, czytający te słowa, rozważa zakończenie swojego małżeństwa, to niech tyle przyjmie ode mnie: sprawdziłem, że rozwód jest upiornym doświadczeniem, nawet jeśli odbywa się “aksamitnie”, bez krzyków i awantur o podział majątku. I to nie tylko wtedy, gdy się jest ofiarą wiarołomności, ale i wtedy, gdy się jest wiarołomnym. I może w tym drugim przypadku jest jeszcze okropniejszy, bo nie ma się jak schować w swoim bólu, nie ma się jak sobie współczuć. Nie można dopatrzyć się w sobie nawet śladu dobra (tak, potem to przechodzi, ale pamięć zostaje). To jest tak koszmarne doświadczenie, że ograniczenia, które wspólnota nakłada potem na taką sk…undloną owieczkę, wydają się całkowicie na miejscu. Krótko mówiąc: jeśli, drogi Czytelniku, droga Czytelniczko, rozważasz taki krok, to – jeśli tylko możesz go uniknąć, nie funduj sobie tego.

 

Jerzy Sosnowski –  pisarz, publicysta, felietonista, dziennikarz telewizyjny i radiowy. Pracuje w radiowej „Trójce”. Współpracownik „Więzi”. Tekst pierwotnie ukazał się na jego blogu.

 


Jak zostać dobrą teściową? Pięć zasad

Idealne teściowe i synowe nie istnieją to wszystkiego można się nauczyć, a wzajemne wspieranie się młodych małżonków procentuje udanym związkiem i dobrymi układami z rodzicami.

Stałam w długim „ogonku” do kasy w sieciowym markecie z koszykiem pełnym produktów niezbędnych na wakacyjne wojaże i bezmyślnie wpatrywałam się w plecy stojącej przede mną dziewczyny. Elegancka, szczupła, z telefonem przy uchu – taka typowa dwudziestoparolatka robiąca zakupy po pracy. Właściwie pewnie nie zwróciłaby mojej uwagi, gdyby nie fakt, że prowadzona przez nią półgłosem rozmowa dotknęła tematu, który mnie zainteresował i poruszył.

Nie mogę powiedzieć, że podsłuchiwałam, rozmowa była prowadzona w miejscu publicznym, a że stałam bezpośrednio za dziewczyną nie sposób było nie usłyszeć tego o czym mówiła. A młoda kobieta zwierzała się komuś bliskiemu z problemów, jakie ma z teściową. I tak, chcąc nie chcąc, stałam się świadkiem życiowych problemów powodujących powolny rozpad jej małżeństwa.

Teściowa z jej opowieści była typową zaborczą matką kochającą tak bardzo swojego syna, że aż niewidzącą destrukcji, którą wnosi w jego związek. Regularnie sprawdzała, co dziewczyna gotuje na obiad (wszelkie zamawiania pizzy czy chińszczyzny były ostro krytykowane). Ponieważ miała klucze do ich mieszkania, odwiedzała je bez zapowiedzi, kontrolując „ład i skład” w nim panujący. Wyciągała młodego męża na wspólne (ale bez żony) wypady na zakupy, motywując je stanem swego zdrowia i problemami z noszeniem ciężkich toreb, a na domiar złego insynuowała,że dziewczyna za dużo czasu poświęca pracy (jak zrozumiałam była pielęgniarką i pracowała na zmiany).

Wiem, że wysłuchałam tylko jednej strony, ale wszystko brzmiało tak szczerze, że zaczęłam się zastanawiać jaką teściową będę ja sama. Charakter mam niełatwy, lubię stawiać na swoim i mieć kontrolę nad każdą sytuacją. Szczęśliwie dla starszych synów (tych, którzy już przebąkują o planowanym małżeństwie) mam tyle problemów z młodszym potomstwem, że niewiele czasu zostaje mi na zajmowanie się problemami innych. Ale co będzie dalej?

Zaczęłam rozmyślać o swoich relacjach z teściową (trwają od 25 lat) i mogę powiedzieć,że są więcej niż poprawne – mieszkamy w domach oddalonych o 50 m, widujemy się codziennie, święta spędzamy razem. Czy zawsze tak było? Nie! Początkowo w naszych relacjach dominowała rywalizacja o względy tego najważniejszego mężczyzny ( jej syna, a mego męża), sytuację komplikowało nieustanne porównywanie co robimy inaczej i która lepiej, a także pewna zależność finansowa (mieszkaliśmy jako studenci w mieszkaniu opłacanym przez teściów).

Nie wiem, jak rozwinęłaby się sprawa, gdyby nie stanowisko mego męża. Po prostu, on uznał mnie za kobietę najważniejszą w swoim życiu i mama została nieco odstawiona na boczny tor (dzisiaj już wiem z własnego doświadczenia, że to fakt bolesny, ale możliwy do przeżycia). Okazało się, że to JA wiem lepiej, jak urządzić nasze – już samodzielne – mieszkanie, co ugotować na obiad czy też, że wyprasowanie przez niego koszuli nie jest hańbą. Moja teściowa powoli wycofała się ze swoich pozycji, ja poczułam się pewnie, urodziły się wnuki i życie pokazało,że można żyć blisko, z miłością, ale oddzielnie.

Stąd mój wniosek: mimo iż idealne teściowe i synowe nie istnieją, to wszystkiego można się nauczyć, a wzajemne wspieranie się młodych małżonków procentuje udanym związkiem i dobrymi układami z rodzicami.

A w moim dużym, czerwonym notesie z przepisami kulinarnymi po babci i mamie zapisałam:

  • nie wtrącaj się w decyzje młodego małżeństwa, nawet jeśli jesteś pewna,że wiesz jak rozwiązać ich problemy
  • nie odwiedzaj ich bez zaproszenia i sama nie zapraszaj zbyt często
  • wspomagaj finansowo tylko jeśli poproszą i tylko jeśli masz możliwości
  • nie dopytuj się o ich prywatne sprawy i decyzje
  • ZAJMIJ SIĘ SWOIMI SPRAWAMI

 

Piotr Żyłka

To nie są słowa jakiegoś antyklerykała ani publicysty zajadle atakującego Kościół. Napisał je katolicki biskup. Co więcej – polski biskup.

 

Nie często zdarza mi się czytać książki, które co chwila wzbudzałby we mnie skrajnie intensywne emocje – od złości na samego siebie i Kościół, po chęć natychmiastowego wdrażania w życie i dzielenia się tym, co przeczytałem.

 

Najgorzej jest wtedy, kiedy kult wygląda jak barokowa fasada. Profesor Tazbir właśnie w taki sposób opisywał polską pobożność. Twierdził, że ona jest jak barokowy kościół, w którym najważniejsza jest wyzłocona fasada. Ale spójrzcie na to od tyłu… Nie ma na co patrzeć. Tacy jesteśmy. To, co widoczne, wymierne, u nas jest zawsze wspaniałe. Ale od kuchni wychodzi masa dziadostwa. Poczytajcie Pamiętniki Paska. Ostatni rozdział jest o tym, jak Pasek przez kilka dni był nieprzytomny, co nazwał „chorobą z przepicia”. Tak się biedak schlał, że stracił przytomność na kilka dni. Kiedy się obudził – a była to wigilia któregoś ze świąt maryjnych – żona chciała mu dać zupę na maśle, a wtedy on się oburzył, że mu w dzień postu taką zupę daje. Post trzeba zachować! To, że się spił do nieprzytomności, to nie problem – tego nikt nie widzi, ale post trzeba zachować, bo to widzą wszyscy i co powiedzą? Taka jest polska pobożność.

 

To nie są słowa jakiegoś antyklerykała ani publicysty zajadle atakującego Kościół. Napisał je katolicki biskup. Co więcej – polski biskup. Nazywa się Grzegorz Ryś. W jego najnowszej książce „Wiara z lewej, prawej i Bożej strony” takich myśli jest mnóstwo. Nie znaczy to wcale, że jest to publikacja, w której biskup znęca się nad Kościołem w polskim wydaniu i tylko komuś dokopuje. Pada w niej wiele ostrych sformułowań, ale nie mają one na celu atakowania jakiegoś konkretnego środowiska. Są to po prostu bardzo radykalne (w znaczeniu ewangelicznym) komentarze do fragmentów Słowa Bożego.

 

Nie jest też tak, że w książce nie znajdziemy nic pozytywnego. Czytając kolejne rozdziały, odnosiłem wrażenie, że nieprzyjemna diagnoza naszej rzeczywistości, to środek, który ma nas doprowadzić do przyjęcia prawdy o nas samych, po to, żebyśmy mogli zrozumieć, gdzie są nasze problemy. Bez tego bolesnego etapu nie zrozumiemy przyczyn kryzysów Kościoła i nie doświadczymy Boga, który może nam pomóc z tego całego bagna wyjść.

 

„Wspólnota w Kościele jest nam zadana, my jej nie tworzymy, my musimy do niej dorastać. Skoro wiara jest osobistym spotkaniem z Bogiem, to po co nam Kościół? Ten Kościół, który jest pełen takich samych grzeszników jak ja sam? Nieważne, czy jesteś w samym środku Kościoła, czy też nie znajdujesz dla siebie miejsca nawet na jego obrzeżach. Dzięki tej książce spotkasz Jezusa i dotkniesz Kościoła. W tekstach biskupa Grzegorza Rysia rozpoznasz Kościół, który Cię boli, ale też Boga, który na każdy nasz ból ma lekarstwo. To nie jest hurraoptymizm, to obietnica: zrozum Chrystusa, by zrozumieć Jego Kościół. A wtedy znajdziesz w tej konkretnej wspólnocie miejsce dla siebie”. Notka od wydawcy zamieszczona na tylnej okładce nie jest tanim chwytem marketingowym. Ta książka czytana uważnie,  może pomóc w nawróceniu (czyli zmianie myślenia) wielu osobom.

 

Słowa biskupa Grzegorza Rysia powinny nas zaboleć. Ten ból jest potrzebny każdemu z nas. Kościelnym konserwatystom i liberałom, młodym i starszym, świeckim i duchownym. Bez ciągłego mierzenia się z naszą niewiarą w obietnice, które składa nam Bóg w swoim Słowie, nigdy nie doświadczymy odnowy Kościoła. „Wiara z lewej prawej i Bożej strony” jest doskonałym materiałem wyjściowym do codziennego otwierania się na nowo i zapraszania Ducha Świętego do naszych wspólnot oraz do budzenia często wątpiących (albo wręcz przeciwnie – zbytnio pewnych siebie i zatwardziałych) serc.


Dlaczego zdradziłem żonę?

Zwykle zdrada małżeńska nie jest czymś zaskakującym, lecz jest związana z całą historią jej życia. Zwykle też zaczyna się długo przed… zdradą! (fot. Corie Howell / flickr.com)

Małżeństwo po zdradzie jest nadal możliwe, ale potrzebna jest duża umiejętność przebaczenia i prawdziwe nawrócenie – twierdzi ksiądz Marek Dziewiecki.

Marta Jacukiewicz: Gdzie tkwi przyczyna zdrad małżeńskich?
ks. Marek Dziewiecki: Zachowania człowieka nie są przypadkowe. Zwykle z dużym prawdopodobieństwem da się przewidzieć reakcji innych ludzi, zwłaszcza osób dojrzałych i odpowiedzialnych. Zachowanie danej osoby wynika z jej dotychczasowego sposobu postępowania. Zwykle zdrada małżeńska nie jest czymś zaskakującym, lecz jest związana z całą historią jej życia. Zwykle też zaczyna się długo przed… zdradą! Typowy przykład to zdrada w małżeństwie, w którym ona i on współżyli ze sobą przed ślubem. Już wtedy dopuścili się przecież zdrady samych siebie i przyszłego małżonka – nawet jeśli się później pobrali. Dali sobie bowiem prawo do współżycia z kimś, z kim nie wiązała ich przysięga małżeńska. Ponadto w takiej sytuacji kobiecie będzie trudno weryfikować dojrzałość mężczyzny, z którym już współżyje. Ona z kolei przestaje go fascynować. Wiele – może większość – zdrad w małżeństwie zaczyna się od współżycia przed małżeństwem! Jeśli ktoś nie chce być zdradzany, to niech sam nie zdradza i niech nie doprowadza drugiej osoby do zdrady przez współżycie przed czy poza małżeństwem. Obowiązuje zasada: nie chcesz być zdradzany w małżeństwie, to nie współżyj nie tylko poza, ale też przed małżeństwem!
Zdarza się chyba jednak i tak, że dochodzi do zdrady małżeńskiej, mimo że obydwoje żyli przed ślubem w czystości?
Takie sytuacje też się zdarzają, ale są znacznie rzadsze niż zdrady w małżeństwach, w których ona i on – lub jedna ze stron – ma za sobą dramat współżycia przedmałżeńskiego. Kilka lat temu widziałem wyniki badań amerykańskich na temat wierności małżeńskiej. Okazało się, że małżonkowie, którzy współżyli ze sobą przed ślubem, dwa razy częściej dopuszczają się zdrady małżeńskiej niż ci, którzy przeżyli narzeczeństwo w czystości. To nie są jedyne badania w tym względzie. Takie dane empiryczne sprawiają, że w USA coraz więcej młodych ludzi stosuje zasadę: „true love waits” – ‘prawdziwa miłość czeka’.
Jeśli już ktoś dopuścił się zdrady małżeńskiej, to czy powinien powiedzieć o tym małżonkowi?
Każdy taki przypadek warto rozpatrywać indywidualnie, ale uważam, że zasada ogólna powinna być następująca: jeśli zdradzana strona nie wie, to nie powinno się jej o tym mówić. Zwykle takie zwierzenie zwiększa tylko ból osoby zdradzonej, która najczęściej i tak coś przeczuwa, a dla zdradzającego przyznanie się do winy może wydawać się wystarczającą formą „oczyszczenia” czy „zadośćuczynienia”. Jeśli zdradzany małżonek wie, że został zdradzony, to jasne, że ten, który zdradził, powinien wyznać tę prawdę – z bólem, ze łzami w oczach, z serdecznymi słowami przeproszenia. Jeśli natomiast zdradzany małżonek nie wie o tym, to ten, który zdradził, musi sam mierzyć się z ciężarem winy i grzechu. Kto zdradził, ten nie ucieknie od cierpienia i zawsze będzie nosił w sercu bolesny ciężar. Może natomiast nawrócić się, wyspowiadać, wyciągnąć wnioski i wynagradzać zdradę przez wierność i okazywanie małżonkowi większej miłości niż kiedykolwiek wcześniej. Warunkiem przebaczenia i nawrócenia jest to, że się zmieniam, a nie to, że się „chwalę” moją zdradą. Mój grzech wyznaję Bogu i spowiednikowi, ale niekoniecznie tym, których skrzywdziłem, jeśli oni o tym nie wiedzą i jeśli moja szczerość przyniosłaby im dodatkowe cierpienie.
Czy, a jeśli tak, to kiedy, zdradzony małżonek może albo powinien przebaczyć winowajcy?
Zdradzony małżonek nigdy nie powinien się mścić i odpowiadać zdradą na zdradę. Kiedy i na ile przebaczy, to zależy nie tylko od niego, ale także od postawy tej osoby, która skrzywdziła. Czasem my, księża, upraszczamy sprawę i mówimy: „Przebaczaj każdemu i zawsze!”. Tymczasem Jezus mówi o warunkach, jakie winowajca ma spełnić, jeśli chce otrzymać przebaczenie. Wyjaśnia to w przypowieści o dłużniku, który padł przed wierzycielem na kolana, ze łzami, z lękiem, wyznał swoje winy i nie prosił o przebaczenie, a jedynie o litość i cierpliwość, by miał szansę cały dług oddać w ratach. Dopiero wtedy wierzyciel wszystko mu darował. Jeśli małżonek, który zdradził, nie zmienia się, to można mu przebaczyć w sercu minione krzywdy, ale należy bronić się przed nowymi krzywdami. Jeśli natomiast zmienia się, nawraca, przeprasza i wynagradza, to można mu zakomunikować przebaczenie. Mówienie krzywdzicielowi o przebaczeniu, zanim okaże on skruchę, byłoby przejawem naiwności, a nie miłości.
Czy są szanse na udane życie małżeńskie po tym, jak jedno z małżonków dopuściło się zdrady?
Największe szanse na pojednanie są wtedy, gdy zdrada była chwilą słabości – wbrew całej szlachetnej wcześniejszej postawie – jak u Piotra, który zaparł się Jezusa. Wtedy jest potworny ból, ale możliwe staje się radykalne nawrócenie i odzyskanie miłości. Nie ma takiego grzechu czy kryzysu, z którego nie byłoby już drogi powrotu. Jeśli natomiast zdrada była rezultatem egoizmu i wyuzdania na co dzień, albo jeśli zdradzająca osoba brnie na tej drodze, kłamiąc, oszukując także samego siebie, to wtedy zaczyna iść drogą przekleństwa i śmierci. Warunkiem nowego życia jest nie tylko przebaczenie ze strony osoby pokrzywdzonej, ale przede wszystkim żal, nawrócenie i powrót do miłości. Żal z powodu zdrady nie powinien wynikać ze strachu, ale właśnie z miłości. Jeśli ktoś ze strachu chce się zmienić, to strach – podobnie jak kłamstwo – ma krótkie nogi. Nawrócenie jest możliwe wtedy, gdy krzywdziciel uświadamia sobie, że zadał ból nie tylko małżonkowi i dzieciom, ale też Bogu, którego powołał na świadka swojej przysięgi małżeńskiej.
Jakie prawa ma osoba zdradzana?
Ma prawo do skutecznej obrony, z separacją małżeńską włącznie. Jeśli małżonek krzywdzi bliskich, bo jest alkoholikiem, to sąd kościelny może orzec separację na czas trwania problemu. Gdy mąż podejmie terapię i przestanie pić, to żona powinna znowu się z nim złączyć. Natomiast w przypadku zdrady małżeńskiej sąd kościelny może orzec separację na zawsze. Zdrada to największy cios w przysięgę małżeńską. To najbardziej drastyczna forma łamania tej przysięgi. Osoba zdradzona może już nie być w stanie odzyskać radości ze wspólnego mieszkania. Może nie być w stanie powrócić do współżycia. Kościół to rozumie i staje po stronie krzywdzonych. Pragnę serdecznie przestrzec przed zdradami, bo to wyjątkowo bolesna forma krzywdzenia samego siebie i małżonka To także dramatyczne krzywdzenie własnych dzieci oraz tej trzeciej osoby, z którą doszło do współżycia. Takie rany są nieodwracalne.