ks. Grzegorz Strzelczyk'

Głos Boga'

Życie Duchowe

fSumienie to „głos Boga” w duszy, który mówi, co jest dobre, a co złe. Taką lub zbliżoną odpowiedź przyniosłaby zapewne sonda uliczna przeprowadzona wśród katolików. Ten sposób definiowa­nia sumienia ma jedną zasadniczą zaletę – wiąże silnie sumienie z Bogiem. Zaleta ta jednocześnie jednak okazuje się wadą: może bowiem wyrażać przekonanie, że sumienie cieszy się jakimś rodzajem nieomylności właściwej Bożej przemowie

Gdyby podobne pytanie zadać osobom niewierzącym, to najpraw­dopodobniej w miejsce „głosu Boga” pojawiłby się „głos wewnętrz­ny”, natomiast bez zmiany pozostałaby kwestia rozpoznawania dobra i zła. Wydaje się bowiem, że mówiąc o sumieniu, mówimy o pewnym wspólnym dla wszystkich ludzi doświadczeniu – intu­icyjnym wartościowaniu moralnym planowanych, wykonywanych lub dokonanych już czynów.

Naturalne czy nadprzyrodzone?

Czy jesteśmy bliżej prawdy, gdy w Bogu upatrujemy bezpośred­niego inspiratora owego wewnętrznego osądu, zarówno u wie­rzących, jak i niewierzących, czy też raczej powinniśmy mówić o pewnej czysto ludzkiej zdolności, która Boża jest o tyle tylko, że Bóg ją stworzył jako jeden z elementów człowieczeństwa? Wydaje się, że obie możliwości domagają się korekty.

Pierwsza nie jest w stanie obronić się przed prostą wiedzą płyną­cą z doświadczenia. Po pierwsze osąd sumienia może być błędny – a stwierdzić to może ta sama osoba w kolejnym oglądzie sumie­nia czy też poprzez bardziej systematyczną refleksję nad wartością moralną swojego czynu. Jeśli zaś kolejny osąd może korygować poprzedni, to sumienie – i to kwestia druga – może być zmien­ne. Po trzecie – osąd sumienia okazuje się bardzo ściśle związany z poznanymi normami zachowania przyjmowanymi przez spo­łeczność, w której się żyje. Ten sam czyn dokonany w podobnych okolicznościach w jednej grupie uznawany być może za moralny, w innej – za całkowicie nie do zaakceptowania; kanibalizm stano­wi tu równie drastyczny co klasyczny i dobitny przykład.

Druga z opcji, czyli przekonanie, że Bóg odpowiada jedynie za wy­posażenie człowieka w sumienie przy stworzeniu, natomiast nie uczestniczy w podejmowanych przez nie osądach, kłóci się nato­miast z pewnymi istotnymi przekonaniami fundamentalnymi chrześcijańskiej antropologii i może być uznane za pokrewne de­izmowi. Przypomnijmy: w kontekście rozwoju nauk nowożytnych, niezdolnych do wykrycia aktualnych ingerencji Bożych w przy­rodzie i stwierdzających (tyleż kategorycznie, co na wyrost) brak jakiegokolwiek działania Bożego w świecie, deiści usiłowali bro­nić wiary w Boga poprzez przypisywanie Mu wyłącznie działania stwórczego. Analizowanie fenomenu sumienia może prowadzić do analogicznego błędu i podobnej redukcji: niemożność wykrycia ewentualnego Bożego działania łatwo pomylić z brakiem jakiego­kolwiek działania z Jego strony. Tymczasem jednak chrześcijań­ska teologia – z dużą dozą konsekwencji – twierdzi, że możliwy jest kontakt z Bogiem „w czasie rzeczywistym”. Także taki, dzię­ki któremu lepiej, w świetle Bożym, rozumiemy lub poznajemy rzeczywistość.

Wydaje się zatem, że sumienie należy rozumieć nie w kategoriach alternatywy „albo naturalne, albo nadprzyrodzone”, ale raczej jako harmonijną syntezę obu aspektów, przy czym ów naturalny uznać należy za bardziej podstawowy. Jedno z silnych przekonań chrze­ścijańskiej antropologii głosi, iż łaska buduje na naturze (do czego papież Franciszek dopowiedział niedawno, że także na kulturze). Postać, w jakiej Bóg stworzył świat, a w nim człowieka, zawiera od początku jakiś rodzaj otwarcia stworzenia na Stwórcę. W przy­padku człowieka otwarcie to może być uświadomione, przeżyte oraz – co bardzo ważne – wsparte rozumem i wolą. Człowiek jest capax Dei – istotą zdolną do przyjęcia Boga, nawiązania z Nim więzi, poznawania Go.

Za pomocą „zmysłów duchowych”

Za tym ogólnym – i w zasadzie wpierw metafizycznym – przeko­naniem szła w chrześcijańskiej tradycji intuicja bardziej szcze­gółowa, dotycząca wymiaru poznawczego lub poznawczych skutków relacji z Bogiem. Jeśli Bóg wymaga od nas postępowa­nia zgodnego z Jego wolą, to poznanie tej woli musi być dla nas możliwe. I nie może się sprowadzać do odkrycia ogólnych tylko zasad wyrażonych przez Objawienie (na przykład „miłuj bliź­niego”), ale raczej przekładać się musi na praktyczne zastoso­wanie zasad objawionych w konkretnych sytuacjach i kontek­stach. Oczywiście z norm ogólnych (objawionych) dałoby się wydedukować normy bardziej szczegółowe, ale doprowadziłoby to raczej do niekontrolowanego rozwoju prawa i kazuistyki niż do doświadczenia faktycznego rozpoznawania woli Bożej. Trze­ba zatem założyć – i chrześcijaństwo czyni tak od początku – że człowiek posiada także zdolność odbierania inspiracji od Boga, w sposób mniej lub bardziej wyraźny.

Tradycja teologiczna w różny sposób wyrażała tę intuicję. Część teologów – poczynając bodaj od żyjącego w III wieku Orygenesa – posługiwała się metaforą zmysłów. Dla odróżnienia od zmy­słów ciała byłyby to „zmysły duchowe”, w które człowiek byłby wyposażony na mocy stworzenia, a których działanie byłoby ana­logiczne do cielesnych. Tyle tylko, że funkcją zmysłów ducho­wych jest percepcja rzeczywistości duchowej, a w szczególności odbieranie „w czasie rzeczywistym” – jak powiedzielibyśmy dzi­siaj – Bożych inspiracji. Metafora „zmysłów duchowych” posiada niewątpliwe zalety, bowiem pozwala wskazać, że nasza zdolność do odbioru Bożej przemowy uzależniona jest zarówno od inten­sywności Jego komunikacji do nas, jak i od sprawności „zmysłu duchowego”. Ta zaś posiada komponent naturalny; może być większa lub mniejsza u różnych osób, a u danej może być osła­biana lub wzmacniana przez różne okoliczności. Zależy też od stopnia zaangażowania człowieka, który może zmysły duchowe doskonalić, na przykład poprzez ascezę. Sumienie rozpatrywane w świetle teorii „zmysłów duchowych” mogłoby zatem z jednej strony liczyć na silne, bieżące wsparcie światła Bożego osądzają­cego czyny, zamierzenia, intencje itd., jednocześnie – ze względu na przyrodzoną niedoskonałość i uwarunkowania – nie uzyski­wałoby statusu nieomylności.

Poprzez podobieństwo do dobra

Inny, bardzo ciekawy sposób wyjaśnienia, dzięki czemu czło­wiek jest w stanie rozpoznawać, co powinien – zgodnie z wolą Bożą – czynić, znajdujemy u św. Tomasza z Akwinu. Wskazywał on wprawdzie, że zasadniczo do rozpoznania, co jest dobre, a co złe, dochodzimy przez rozumowanie, refleksję, jednak dopusz­czał też możliwość intuicyjnego wglądu. Człowiek byłby zatem – zdaniem Akwinaty – zdolny dokonywać sądów wartościujących o dobru i złu na podstawie czegoś, co nazywał connaturalitas, a co możemy przełożyć na polszczyznę poprzez „współnatural­ność” albo „podobieństwo natury”. Otóż człowiek został stworzo­ny jako dobry, na podobieństwo Boże. I jako dobry rozpoznawać może to, co dobre, poprzez intuicyjne uchwycenie podobieństwa pomiędzy nim a sobą. Rzecz jasna zdolność ta działała w sposób niezakłócony przed grzechem. Ten jednak nie był w stanie jej zlikwidować, natomiast zdołał osłabić. W miarę postępu w świę­tości zdolność ta na nowo nabiera sprawności, bowiem kto staje się lepszy, łatwiej dostrzega podobieństwo dobra ze sobą i jest w stanie skuteczniej odróżniać je od zła. Święci zatem – zdaniem św. Tomasza – potrafią wybierać dobrze, zgodnie z wolą Bożą, nawet wtedy, gdy nie są dostępne żadne wyraźne – czy to naturalne, czy objawione – zasady, których mogliby użyć jako wska­zówek w analizie rozumowej.

Tomaszowa antropologia zawiera jeszcze jeden element wart wzmianki w tym miejscu. Mianowicie człowiek został przez Boga stworzony z „wbudowanym” nakierowaniem na cel ostateczny, ja­kim jest oglądanie Boga, zjednoczenie z Nim. Cel ostateczny jest dobrem absolutnym, którego człowiek pragnie zawsze – nawet w sposób nieświadomy. Wynika z tego pewna inklinacja, nachy­lenie ku dobru (inclinatio), dzięki któremu możliwy jest specyficz­ny rodzaj sądu o dobru i złu – per modum inclinationis. Człowiek – zdaniem Tomasza – wychylałby się zatem w sposób naturalny w stronę dobra i rozpoznając to wychylenie, mógłby oceniać, co jest dobre, a co złe. Analogia do działania kompasu jest tu jak naj­bardziej na miejscu, choć sam Tomasz jej nie używał.

Mechanizmy nie tylko duchowe

Nietrudno zauważyć, że koncepcje poznawania woli Bożej za po­mocą zmysłów duchowych i poprzez podobieństwo do dobra róż­nią się nieco akcentami. Podczas gdy za pomocą pierwszej łatwiej wyjaśnia się przekonanie, że Bóg komunikuje swoją wolę człowiekowi indywidualnie i w czasie rzeczywistym, druga pozwala wi­dzieć w umiejętności rozpoznawania dobra i zła naturalne wyposa­żenie człowieka. Obie – wzajemnie się uzupełniając – mogą służyć jako ilustracje tego, jak należy postrzegać sumienie: jako „Boży głos” złożony w człowieku. Obie bowiem pomagają zrozumieć, dlaczego głos ten nie ma nieomylnego charakteru – ostateczne sformułowanie sądu o dobru i złu należy bowiem do samego czło­wieka i jako ludzki akt jest wielorako uwarunkowane.

W tym miejscu warto podkreślić, że koncepcje wypracowane przez klasyczną teologiczną naukę o człowieku – czy to w epoce Ojców Kościoła, czy to w złotym wieku średniowiecznej scholastyki – nie mogły bazować na wiedzy o biologicznych mechanizmach rzą­dzących ludzkim poznaniem, intensywnie badanych od zaledwie kilkudziesięciu lat przez nauki zajmujące się układem nerwowym i jego ewolucją. Wyniki tych nauk prowadzą do kilku istotnych korekt w stosunku do tradycyjnych przekonań. Trzeba zwrócić uwagę zwłaszcza na dwie.

Pierwsza jest skutkiem odkrycia, iż mechanizmy związane z ludz­kim postępowaniem – w tym poczuciem winy i fenomenem su­mienia – nie mają charakteru czysto duchowego, jak sądziło się przez wieki (nie tylko w chrześcijańskiej antropologii), lecz jawią się jako funkcja materii – ze wszystkimi tego konsekwencjami, jak podatność na defekty, choroby, zmiany sprawności funkcjonowa­nia wraz ze zmianą kondycji organizmu itd. Druga każe myślenie o moralności wyprowadzić z kontekstu ściśle antropologicznego. Pewne formy zachowań moralnych – poczucie winy, kara i nagro­da za respektowanie reguł zachowań w danej społeczności itd. – obserwować można bowiem u zwierząt, zwłaszcza tych, które żyją w złożonych społecznościach. Badania ssaków naczelnych prowa­dzą dziś do wniosku, że neurobiologiczne mechanizmy stanowią­ce podstawę dla fenomenu sumienia ukształtowały się w długim procesie ewolucji. Sumienia nie da się zatem już postrzegać jako funkcji duszy, a zatem w ramach zbioru ekskluzywnie ludzkich zdolności.

Intuicja, która doprowadziła do sformułowania zasady, że łaska buduje na naturze (i kulturze), wraz z upływem czasu ujawnia co­raz wyraźniej swoją genialność. Przypadek fenomenu ludzkiego sumienia – moim zdaniem – jest tego świetną ilustracją. Bóg, po­magając człowiekowi rozpoznawać w konkretnej sytuacji dobro i zło, bazuje na stworzonych, naturalnych, powstałych przez ty­siąclecia ewolucji mechanizmach.

ks. Grzegorz Strzelczyk
Życie Duchowe LATO 103/2020


Komunikat!!!Rozpoczęła się rekrutacja na studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego. W tym roku Wydział Teologiczny oferuje takie kierunki jak: – FAMILIOLOGIA, studia pierwszego i drugiego stopnia, – TEOLOGIA, studia jednolite magisterskie – studia podyplomowe. Szczegółowe informacje na stronie facebookowej Wydziału Teologicznego oraz stronie internetowej www.teo.usz.edu.pl Komunikat rozszerzony Zapraszamy do zapoznania się z ofertą edukacyjną Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Szczecińskiego.             W roku akademickim 2020/2021 zapraszamy na tradycyjne kierunki: – Teologia (jednolite studia magisterskie), specjalność nauczycielska – specjalność skierowana do osób, które chcą pracować jako katecheci i nauczyciele religii w szkołach, – Familiologia (studia pierwszego stopnia), specjalności: asystent rodziny i profilaktyka społeczna, – Familiologia (studia drugiego stopnia), specjalności: poradnictwo psychospołeczne, rodzinne i mediacja,             W roku akademickim 2020/2021 pojawiają się również w naszej ofercie interesujące nowości: – Nowa specjalność w ramach kierunku teologia: komunikacja interpersonalna i społeczna – specjalność skierowana dla osób, które chciałby poznać teologię i jednocześnie zdobyć wiedzę i umiejętności do liderowania oraz prowadzenia grup, wspólnot i stowarzyszeń w Kościele, – Studia podyplomowe Kierownictwo duchowe (2 semestry) – skierowane do osób, które zajmują się lub są zainteresowane duchowością oraz prowadzeniem osób w procesie rozwoju duchowego, – Studia podyplomowe Ochrona małoletnich w Kościele katolickim (2 semestry) – studia pozwalające na zdobycie wiedzy, umiejętności i kompetencji pomocnych w pracy z młodzieżą oraz w różnych formach działania na rzecz ochrony osób małoletnich w Kościele i społeczeństwie,

C


Nie bójcie się Krzyża!

Chcielibyśmy podzielić się z Wami wielką radością. W dniach 8-13.06 2020r. gościliśmy w naszej wspólnocie parafialnej Krzyż Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Czekaliśmy na Krzyż już od momentu, gdy dowiedzieliśmy się o rozpoczętej peregrynacji w naszej diecezji. Pragnienie przyjęcia Krzyża w rejonie wzrastało z dnia na dzień. Niestety pandemia spowodowała, że peregrynacja została wstrzymana. Bardzo chcieliśmy obdarować Krzyżem KWC całą naszą wspólnotę parafialną i się wreszcie doczekaliśmy. Krzyż gościł w parafii Przemienienia Pańskiego w Załomiu prawie 2 tygodnie!
Wielkie podziękowania składamy na ręce naszego księdza proboszcza, opiekuna trzech kręgów DK w naszej parafii ks. Dariusza Kilijana. Wspierał nas od początku, dodawał sił, modlił się z nami.
Wielkim przeżyciem dla mnie i mojego męża było to, że Krzyż był obecny podczas procesji święta Najświętszego Serca i Krwi (Bożego Ciała). Niosły go naprzemiennie przedstawiciele wszystkich wspólnot naszej parafii.
Krzyż KWC był obecny na codziennej Eucharystii, a zwłaszcza w piątek po Bożym Ciele podczas modlitwy, drogi krzyżowej i adoracji w intencji uzależnionych i zniewolonych. Na zakończenie peregrynacji odbyła się uroczysta Eucharystia podczas której jedna osoba z naszej parafii złożyła deklarację i została członkiem KWC. Chwała Panu!
I jeszcze przez kolejne dni kolejnego tygodnia, Krzyż peregrynował po wspólnotach rodzinnych. Gościł w domach wspólnoty DK, wspólnoty neokatechumenalnej, wspólnoty Róży Różańcowej. Zatroszczyliśmy się o to, by jak najwięcej osób mogło modlić się i powierzać całą naszą parafię, nasze rodziny w modlitwie prosząc Pana o wyzwolenie z nałogów, lęków i zniewoleń.
Dziękujemy Panu- ja i mój mąż, a także cała nasza rodzina, nasze dzieci, które były z nami cały czas, za te ,,rekolekcje”, za ten czas, za te łaski które otrzymaliśmy podczas naszego bycia z Krzyżem KWC. Pan działa. Jest wśród nas. Krzyż jeszcze peregrynuje, obdarza łaskami.
Zapraszamy bardzo serdecznie na msze święte KWC, w każdą pierwszą sobotę miesiąca w parafii Opatrzności Bożej na osiedlu Majowym.

Kasia i Arek Bieleninik para rejonowa rejon Majowe Załom.


Narodowe Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu rozpoczęło duchowe przygotowanie do Aktu Zawierzenia Polski i Kościoła w Polsce Świętemu Józefowi, które odbędzie się w czwartek, 2 lipca

Uroczysty Akt Zawierzenia Polski i Kościoła w Polsce odbędzie się w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu, jako dopełnienie zawierzenia naszej Ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Matce Bożej Królowej Polski, dokonanego 3 maja br. na Jasnej Górze. Szczególną okazją do Aktu Zawierzenia Polski i Kościoła w Polsce św. Józefowi jest 150. rocznica ogłoszenia przez Papieża Piusa IX św. Józefa Patronem Kościoła katolickiego. Kościół czcił św. Józefa, uciekając się do niego w największych potrzebach i momentach kryzysowych. Tak było właśnie w 1870 roku. To był rok wielkich zmian, które miały wpływ na przyszłość. Także dziś jest potrzebne zawierzenie św. Józefowi i oddanie się pod Jego opiekę, wzywając wstawiennictwa i ochrony Patrona Kościoła.

W związku z tym i nasza parafia od dziś rozpoczyna modlitewne przygotowanie do Aktu Zawierzenia Polski i Kościoła w Polsce św. Józefowi.

Codziennie po każdej Mszy Św. litania do św. Józefa, zaś w czwartek zawierzymy Ojczyznę, Kościół i naszą parafię Św. Józefowi. Msza Św. g. 19 oo i Akt zawierzenia. Serdecznie zapraszam do licznego udziału w tym nabożeństwie.


Stanisław Morgalla SJ Nie lękajcie się – łatwo powiedzieć…

List

fJesteśmy tylko stworzeniami, dlatego musimy odczuwać wobec naszego Stwórcy lęk i szacunek. Jednocześnie wiemy- bo przekonuje nas o tym Objawienie Boga w Jezusie Chrystusie – że Bóg jest miłością, dlatego nie mamy powodu, by lękać się Go ponad miarę. Wpaść w ręce Boga żyjącego, synonim śmierci w Starym Testamencie, w Nowym Testamencie nabiera zupełnie innej wymowy, bo oznacza wpaść w ręce miłosiernego Ojca.

„Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystusowi” – swego czasu gorąco i sugestywnie przekonywał nas Jan Paweł II. My jednak lękamy się i to właśnie Boga, i to – pa­radoksalnie – dlatego że otworzyliśmy Mu na oścież drzwi naszego życia. A przy­najmniej tak nam się wyda­wało Rodzaje tego lęku i sposoby radzenia sobie z nim można by wymieniać bardzo, bardzo długo. Niech jednak nas nie zwiedzie ta wielość postaci czy wymyślnych scenariuszy. W istocie chodzi o ten sam odwieczny i prymitywnie prosty problem: o kon­trolę nad własnym życiem lub -jak kto woli – o starodawną pokusę, by „być jak Bóg” (por. Rdz 3). To źródło wszelkich przesądów i zabobonów, bo to one dają nam złudne poczucie, że wszystko jest pod kontrolą.

Kontroluję, więc jestem!

Niech za przykład posłuży nam historia skrupulanta – patologiczny przy­padek samokontroli. Choć jest przerysowany i niemal karykaturalny, to odsłania mechanizm zabobonu. Załóżmy, że nasz skrupulant szuka po­mocy u księdza z powodu kłopotów z modlitwą. Nie potrafi rano wyjść do pracy, zanim nie odmówi solidnie pacierza, tj. jednego „Ojcze nasz” i trzech „Zdrowaś Maryja”. Trudność polega na tym, że zaczyna mu to zajmować coraz wię­cej czasu, gdyż – jak wyjaśnia – „każde słowo musi być wypowiedziane wyraźnie, głośno i w pełnym skupieniu”. Wcześniej wystarczało mu kilka minut, teraz nierzadko pełna godzina to za mało, bo zbyt często się myli i rozprasza, a wtedy musi pacierz zaczynać od początku. Je­śli nie odmówi pacierza jak należy, to w ciągu dnia zwykle spotyka go za to jakaś kara.

To przykład zachowania, które za Katechi­zmem Kościoła Katolickiego śmiało można by nazwać zabobonem, tj. wypaczeniem postawy religijnej oraz praktyk, jakie ona nakłada (KKK 2111). Na czym polega to wypaczenie? Czy na tym, że ktoś chce w skupieniu i z powagą odmówić poranny pacierz? Nie, to jest bardzo dobra i chwalebna postawa. Czy na tym, że poranny pacierz trwa godzinę? Nie! Wielu lu­dzi modli się na początek dnia równie długo i nierzadko powtarza nawet krótszą formułę niż ta wspomniana wyżej (patrz: modlitwa Jezu­sowa). Sedno zabobonu tkwi w jego wymiarze duchowym, w teologicznej treści, która dotyczy obrazu Boga i relacji z Nim. Jak przypo­mina Katechizm, popaść w zabobon oznacza wiązać skuteczność modlitw lub znaków sa­kramentalnych jedynie z ich wymiarem mate­rialnym, z pominięciem dyspozycji wewnętrz­nych, jakich one wymagają.

W omawianym tu przypadku fiksacja na materialnej stronie modlitwy jest wyraźna. To, co jest mniej wyraźne, ale równie istotne, to obraz Boga, który wyłania się z takiej praktyki. Bóg jawi się jako sadystyczny oprawca czyha­jący na ludzkie pomyłki, a relacja z nim opiera się na ślepym posłuszeństwie. To jednak nie jest relacja z Bogiem, ale z jakimś wypaczo­nym Jego obrazem. To nie przypadek, że Katechizm umieszcza zabobon wśród grze­chów dotyczących pierwszego przykazania dekalogu: „Nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną!”. W zabobonie bowiem miejsce prawdziwego Boga zajmuje jakaś inna postać (bóstwo, duch nieczysty itp.), a jeśli się dobrze przyjrzeć, to okazuje się nią sam człowiek, bo za pomocą przewidzianych zabobonem dzia­łań kontroluje Boga, stawiając siebie ponad Nim.

Iluzje, które pomagają żyć

Jak żałosna i karykaturalna jest ta kontrola pokazuje wspomniany przykład skrupulanta. W sensie obiektywnym to nie on kontroluje rzeczywistość, ale raczej ona jego. W sensie subiektywnym ma on jednak poczucie pew­nej władzy nad własnym życiem. To oczywi­ście złudzenie, ale subiektywnie wewnętrzny świat, który skurczył się do serii dziwacznych rytuałów, jest znacznie bardziej „bezpieczny” i „przewidywalny” niż ten realny, który czai się gdzieś tam, poza zasięgiem kontroli, i dlatego prowokuje ogromny lęk. A przecież o okiełzna­nie lęku tu idzie i to nawet za cenę utraty kon­taktu z rzeczywistością. W myśl przysłowia: lepsze znane piekło niż nieznane niebo.

W lot łapiemy istotę problemu, kiedy ana­lizujemy przykład skrupulanta, dużo trudniej jest nam natomiast odnieść się do własnego życia. Łatwo diagnozujemy innych, a nawet dajemy im dobre rady. Naszych własnych za­bobonnych tendencji i przesądów nie nazywa­my po imieniu, wolimy używać eufemizmów, określając je niegroźnymi przyzwyczajeniami, prywatną pobożnością, bezwiednymi rytuała­mi lub co najwyżej słabościami, przy czym w całej pełni korzystamy z błogiej iluzji kontroli nad własnym życiem. A przecież zabobon może dosłownie siedzieć w pierwszej ławce na Mszy św., bo może on także dotyczyć kultu prawdziwego Boga, np. gdy przypisuje się ja­kieś magiczne znaczenie pewnym praktykom, nawet uprawnionym lub koniecznym (KKK 2111).

Nieodzowne jest więc dotknięcie problemu lęku i zrozumienie, dlaczego się przed nim bronimy.

Bać się, czy się nie bać?

Powyższe pytanie godne jest Szekspirowskiej emfazy, bo istotnie „oto jest pytanie”. Z jednej strony nie możemy zakazać sobie odczuwania emocji, ale z drugiej sama natura – by nie mó­wić wprost o tzw. mechanizmach obronnych -pomaga nam pogodnie uśmiechać się nawet w obliczu największego niebezpieczeństwa.

Im bardziej prymitywne są owe mechanizmy obronne, tym bardziej komuś stojącemu z boku włosy stają dęba na głowie. Często to nie lęk jest przerażający, ale to, do czego go­tów jest posunąć się człowiek, by go w sobie zagłuszyć. Czasem płaci się najwyższą cenę-traci się własne człowieczeństwo. Warto w tym miejscu przypomnieć głośny ostatnio przypa­dek Andreasa Breivika, który przygotowując się do ataku terrorystycznego na bezbronne dzieci i młodzież, obawiał się, że strach w cza­sie spełniania „misji” mógłby go sparaliżować i zatrzymać. Dlatego już zawczasu zaplanował, że nafaszeruje się sterydami powodującymi wzrost agresji i będzie słuchał sugestywnej muzyki z iPoda, by zagłuszyć jęki umierają­cych… .. A wszystko po to, by się nie bać.

Jak więc żyć, by nie zatracić własnego człowieczeństwa, a jednocześnie nie umrzeć ze strachu? Z przeciwstawnych elementów powyższego pytania należałoby uczynić nie tyle wzajemnie wykluczające się ekstrema, ale raczej dwa bieguny tej samej rzeczywi­stości, które potrzebują siebie nawzajem, by utrzymać niezbędną dla godnego życia rów­nowagę. Lęk przypomina nam bardzo podsta­wową, choć niewygodną prawdę, że jesteśmy stworzeniami, tylko stworzeniami. Choć nasze życie jest cudowne i wspaniałe, to jednocze­śnie niezwykle nieprzewidywalne i kruche. Wystarczy nieskoordynowany ruch kierownicą na ostrym zakręcie, a z kolorowych planów na przyszłość nie zostanie nic, dosłownie nic. Nie znaczy to jednak, że mamy zamknąć się w czterech ścianach i mdleć na samą myśl o możliwym niebezpieczeństwie. Przeciwnie, z tego realnego napięcia między dwoma biegu­nami należy uczynić koło zamachowe ducho­wego wzrostu, tak by pozytywna strona mogła przeważyć tę negatywną – by odwaga zwy­ciężyła tchórzostwo, wiara niewiarę, nadzieja beznadzieję, a duch mdłe ciało. W tym ducho­wym zmaganiu nie jesteśmy przecież sami, wspomaga nas Bóg, który chce być z nami w nieustającej relacji.

Straszną jest rzeczą wpaść w ręce Boga żyjącego (Hbr10,31)

Jesteśmy tylko stworzeniami, dlatego musimy odczuwać wobec naszego Stwórcy lęk i szacu­nek. Jednocześnie wiemy- bo przekonuje nas o tym Objawienie Boga w Jezusie Chrystusie – że Bóg jest miłością, dlatego nie mamy po­wodu, by lękać się Go ponad miarę. Wpaść w ręce Boga żyjącego, synonim śmierci w Starym Testamencie, w Nowym Testamencie nabiera zupełnie innej wymowy, bo oznacza wpaść w ręce miłosiernego Ojca, kochającego Oblubieńca czy też wszechogarniającego Du­cha. Miłość jest tym językiem, który w relacji z Bogiem powinien być pierwszy i podstawowy. A ponieważ miłość oznacza bezwarunkowe oddanie się drugiej osobie, dlatego nie ma mowy o żadnej kontroli nad nią, a tym samym nie ma miejsca na zabobony lub przesądy.

Co więcej, w miłości nigdy oddanie się dru­giemu nie jest jednostronne, ale zawsze jest obopólne. Bóg w tym dialogu miłości bynaj­mniej nie jest kimś biernym czy nieobecnym. Przeciwnie, On nas przebija tysiąckroć, wydając się w nasze ręce. Począwszy od daru zbawienia, którego owocem i uobecnieniem jest święta liturgia Kościoła, a kończąc na przykładach ciągłych interwencji Opatrzności Bożej, która każdego z nas nieustannie otula i strzeże. Paradoksalnie to, co w zabobonach i przesądach w sposób magiczny i ostatecznie bezowocny usiłuje się osiągnąć (kontrolę nad własnym życiem), to w żywym kontakcie z Bo­giem jest dane darmo i w nadmiarze. Przecież Chrystus, któremu otwieramy drzwi naszego życia, nie jest nikim innym, tylko tym samym Je­zusem z kart Ewangelii, który przychodzi, aby służyć, a nie żeby Jemu służono; przychodzi dać życie i to dać je w obfitości (por. J 10,7-11). Otwórzmy drzwi Chrystusowi szerzej i wpuść­my Go w nasze życie. Niech weźmie wszyst­ko, bo wtedy i my otrzymamy wszystko!

Stanisław Morgalla SJ
List 2/2013