Radosław Molenda
Adwent to nie wczasy
Idziemy
 
fot. Martin Adams | Unsplash (cc)

Rozmowę z o. Leonem Knabitem OSB prowadzi Radek Molenda

Dlaczego Adwent ma być czasem radosnym?

Dawniej Adwent był traktowany na równi z Wielkim Postem. Jednak obecnie Kościół podkreśla, że Wielki Post kończy się – zanim nastanie zmartwychwstanie Chrystusa – Jego męką. Możemy więc, aby być razem z Jezusem, w jakiś sposób włączać się w tę mękę. Adwent natomiast kończy się od razu zawołaniem „Chwała na wysokości Bogu”. Możemy więc już od początku Adwentu cieszyć się nadchodzącą jutrzenką Bożego Narodzenia.

I czuwać, aż Bóg, który nas zbawi, przyjdzie. Co to oznacza?

Liturgia adwentowa wskazuje na pewną postawę człowieka w ogóle. Przypominam sobie afisz przed pielgrzymką Jana Pawła II do Polski, na którym było napisane „Czekamy”, a który kard. Franciszek Macharski skomentował słowami: „Nie czekamy. Wychodzimy naprzeciw”. W Piśmie Świętym czytamy: „Oto Pan przychodzi, wyjdźcie Mu na spotkanie”. Mamy czynnie oczekiwać na przyjście Pana Boga. Adwent przypomina potrójne przyjście: najpierw w Betlejem, następnie przychodzenie wciąż Boga do człowieka, wreszcie trzecie przyjście – na końcu czasów. Adwent zachęca nas do gotowości na przyjście Boga do nas w każdej chwili. To Adwent historyczny, zaktualizowany: Pan Bóg jest i przychodzi. Bądź gotów wyjść Mu na spotkanie.

Czy świątobliwi benedyktyni tynieccy potrzebują prostować ścieżki swojego życia dla Pana?

Tak, jak każdy. Kiedy patrzę na siebie i na współbraci – nikogo gotowego na przyjście Pana nie widzę. Może i są, ale to wie tylko Pan Bóg. Ale warto się starać. Czym więcej światła rzucamy na nasze życie, tym więcej jeszcze widać plamek, niedoskonałości. Gdybym miał wszystko wyprostowane, to pewnie już by Pan Bóg mnie zabrał do siebie, ale nie zabiera. Tak więc mimo moich 87 lat wciąż mam ze sobą trudności, nad którymi trzeba wciąż pracować.

Ma Ojciec sposób na dobre przeżycie Adwentu?

W klasztorze nie mamy właściwie własnych pomysłów na przeżywanie szczególnych okresów liturgicznych. Każdy taki okres to jest u nas przede wszystkim liturgia oficjum: śpiewy, melodie, klimat, kolor szat, roraty… Jest w duszy coś intymnego, co pozwala przeżyć liturgię nie tylko jako rzeczywistość historyczną, ale też jako prawdziwe uobecnienie. W Adwencie liturgia pomaga mi uobecnić sobie i oczekiwanie na przyjście do nas Boga, i samo Jego przyjście. Tak więc mój sposób to jedynie włączyć się w to, co w klasztorze nam daje liturgia, jej klimat itd.

To też pewnie działa w przypadku osób świeckich – dobrze przeżyć Adwent przez włączenie się w adwentową liturgię, rozważanie liturgicznych czytań, uczestnictwo w roratach?

Wszyscy, dla których Eucharystia jest centrum przynajmniej tygodnia, natychmiast wchodzą w symbolikę i problematykę duchową, którą niesie ze sobą liturgia Adwentu. Pozostali natomiast nawet nie wiedzą, że jest coś takiego jak Adwent. Z kolei jako takie pojęcie, że będą święta Bożego Narodzenia, mają dzięki obyczajom handlowym, które nierzadko zaraz po Halloween zaczynają hałaśliwie reklamować świąteczne gadżety.

Mówi się, że benedyktyni tynieccy na Adwent i Wielki Post wynoszą ze swoich cel dosłownie wszystko, a potem wnoszą z powrotem jedynie to, co niezbędne, pożyteczne dla duszy. Resztę oddają innym lub wyrzucają.

Takie porządki, kiedy pozbywano się tego, co niepotrzebne, robiło się dawno temu, po rekolekcjach, ale już nawet nie za moich czasów. Ubóstwo ubóstwem, ale jak się było proboszczem czy katechetą, trzeba było mieć jakieś, sznureczki, guziczki, pudełeczka, które się dzieciom zawsze mogły przydać. A w moim wieku myśli się, jak się w ogóle wyzbyć wszystkiego, żeby po mojej śmierci nie było kłopotu, co z tym zrobić. Ale kiedy patrzę czasem po celach braci – mają naprawdę, na szczęście, bardzo niewiele.

Może warto, byśmy porobili na Adwent podobne porządki?

Święty Józef, kiedy trafili z Maryją do stajni w Betlejem, zrobił tam porządek na okoliczność narodzenia Jezusa. Wielu ludzi nie ma tego szczęścia, by na co dzień żyć z Bogiem. Warto więc wykorzystać tę sprzyjającą okoliczność Adwentu i jako przygotowanie do świąt porobić porządki w stajni swojego „Ja”. Podjąć jakieś umartwienie, opanować używanie mediów i używek, poprawić relacje z bliźnimi, a w razie potrzeby odbyć gruntowniejszą spowiedź. I przez to wznieść się ponad – cenny skądinąd – świąteczny folklor.

Potrzebujemy w Adwencie umartwienia?

Każdy człowiek potrzebuje pewnego zdyscyplinowania swojego życia z miłości dla Pana Boga. I tak jak chłopiec dla kochanej dziewczyny uszczupla swój stan posiadania, by kupić jej prezent, lub rezygnuje z ulubionego przyzwyczajenia, by być z nią dłużej w dzień jej urodzin czy imienin, tak i człowiek kochający Boga rezygnuje z pewnych rzeczy, przywiązań czy zwyczajów, przygotowując się do Jego uroczystości. Na przykład śpioch zrywa się codziennie na roraty.

Jak to umartwienie może konkretnie wyglądać?

Chodzi najczęściej o drobne, codzienne rzeczy. Chociażby o przyjmowanie drugiego człowieka bez zniecierpliwienia. Niekiedy ktoś nam zawraca głowę, chcielibyśmy go spławić. Ale nie – jak Pan Jezus nie odmawiał człowiekowi żadnej prośby, tak my możemy starać się robić to samo.

Można sobie zrobić postanowienia upraszczania życia: w pokarmach, przez ograniczenie korzystania z komputera do tego, co potrzeba. Można opanowywać to, co jest tylko ciekawością, ćwiczyć swoją wolę, by nie być chorągiewką targaną przez wiatr rozmaitych chętek i chęci. Można także umartwiać sobie wzrok: odwrócić głowę, gdy widzimy coś niestosownego, czy też – zamiast pogardy lub utajonej chętki – modlić się za kobiety, które się źle prowadzą, odmawiając za nie „Zdrowaś Maryjo”, albo wezwać ich Anioła Stróża: „Gdzie ty jesteś? Śpisz, do licha? Przecież to jest twoja dusza!”.

Każdy może sobie wyznaczyć umartwienie według swoich potrzeb duchowych, ale i według potrzeby dyscypliny wewnętrznej. Prymas Józef Glemp mówił, że każdy ma swój poziom heroizmu. Dla mnie pewne rzeczy, jak np. zachowywanie milczenia, nie będą umartwieniem, a dla innych to będzie bardzo duże wyzwanie. Jesteśmy skrzywieni grzechem pierworodnym i nasze emocje czasami zasłaniają rozum, zajmujemy się rzeczami niepotrzebnymi, przyjemnościami, które nie dają nam radości, a nas zatruwają.

Żołnierz, kiedy ma wolne, chodzi, gdzie i jak chce, ale gdy jest na defiladzie, musi trzymać fason i maszerować z innymi żołnierzami, tak jak przewiduje regulamin. Adwent to trochę taka duchowa defilada przed Bogiem. To nie są wczasy. Warto się sprężyć, defilując przed Panem Bogiem. Ze względu na wszystko dobro, którym nas wciąż obdarza.

Jak Ojciec się umartwia?

Nie dość (śmiech). Zwyczajnie, np. postawą ciała, kiedy rozmawiamy. Staram się siedzieć prosto, ale jako staruszek mógłbym się na tej pufie, gdzie siedzimy, położyć. Czasem odmawiam sobie jakiegoś posiłku, wypicia kawy czy nieosłodzenia jej, a lubię słodką! Staram się też nie denerwować na to, co mnie irytuje i złości. Czasem mnie wewnętrznie nosi, ale mówię sobie: „Spokój! Cisza! Pan Bóg to widzi”. To jest opanowanie swojego ducha wobec sytuacji, które są trudne, a na które nie mamy wpływu. Opanowanie umiejętności milczenia jest równie ważne, co opanowanie umiejętności mowy.

Trzeba też – jak pisał św. Josemaria Escriva – szukać takiego umartwienia, które nie umartwi innych.

To bardzo ważne. Opowiem historię pewnej dentystki, do której przyszła z wizytą lekarską siostra zakonna. Prosiła, by jej nie znieczulać. „Będę cierpiała dla Pana Jezusa” – tłumaczyła. Gdy lekarka wzięła się do pracy, siostrzyczka z krzykiem podskoczyła na fotelu. I potem znowu. Usłyszała więc: „Chce siostra umartwiać się dla Pana Jezusa, to proszę potłuc sobie cegłę i uklęknąć na tym gołymi kolankami. Ale teraz proszę dać mi pracować”. Dentystka dała jej zastrzyk znieczulający i mogła spokojnie zabrać się do zęba. Umartwianie siebie, kiedy ktoś na tym cierpi, ma z tego powodu jakiś kłopot, jest nieuczciwe. Mamy się tak umartwiać, żeby tego nie było widać.

Czego o. Leon Knabit życzy czytelnikom „Idziemy” na Adwent i na Boże Narodzenie?

Żeby w poczuciu odpowiedzialności za siebie, za bliskich i za Kościół, na serio potraktowali swój kontakt z Panem Bogiem. Jezus nas wszystkich kocha, przebacza. Narodził się po to, by za nas wszystkich umrzeć. Życzę wszystkim, żeby wiara w to przykryła wszystko, co jest miłe i piękne, ale traktowane tylko jako folklor, jako tradycja. Żeby ten folklor wtopił się całkowicie w naszą szczerą i czynną miłość do naszego Zbawcy – Emmanuela.

 

Rozmawiał Radek Molenda


o. Krzysztof Górski OCD
O wierze w magię i magicznej wierze
Głos Karmelu
 
fot. Almos Bechtold | Unsplash (cc)

Ludzie zmarli żyją w Bogu. Łącznością z nimi jest Eucharystia. Przyjmujemy Ciało Chrystusa zmartwychwstałego, żywego. To nie jest ciało umarłe. Łącząc się z Nim w ten szczególny sposób, pozwalając się włączyć w Jego uwielbione ciało, wchodzimy w przestrzeń komunii także z naszymi zmarłymi, którzy żyją w Chrystusie.

 

Rozmowa z o. Piotrem Jordanem Śliwińskim – kapucynem, dyrektorem szkoły dla spowiedników, absolwentem wydziału filozofii na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, wykładowcą filozofii

 

Jaka jest różnica między świętych obcowaniem a wywoływaniem duchów?

 

Świętych obcowanie jest artykułem wiary i to wiary, która jest relacją do konkretnej Osoby, do Jezusa Chrystusa. Jest to wiara, która wypływa ze spotkania z Bogiem. Wierząc w Chrystusa, wierząc w Jego zmartwychwstanie, wierzymy też, że zmarli nie przestają żyć po śmierci. Dalej żyją w Chrystusie. Pięknie o tym pisze św. Paweł w Liście do Koryntian, w którym przekonuje, że jeśli ktoś wierzy w zmartwychwstanie Chrystusa, to konsekwencją tego jest wiara w zmartwychwstanie umarłych.

 

Sam Jezus, gdy faryzeusze starają się Go wprowadzić w absurdalną dyskusję, wspominając o prawie lewiratu, gdy tworzą historię o wdowie posiadającej później siedmiu mężów, odwołuje się do opowiadania o krzaku gorejącym. Tam Bóg przedstawia się jako Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, co Chrystus komentuje, stwierdzając, że nie jest Bogiem umarłych, ale żywych.

 

Ludzie zmarli żyją w Bogu. Łącznością, spotkaniem z nimi jest Eucharystia. Przyjmujemy Ciało Chrystusa zmartwychwstałego, żywego. Przecież to nie jest ciało umarłe. Łącząc się z Nim w ten szczególny sposób, pozwalając się włączyć w Jego uwielbione ciało, wchodzimy w przestrzeń komunii także z naszymi zmarłymi, którzy żyją w Chrystusie. Łączymy się nie tylko z tymi kanonizowanymi świętymi, ale także z naszymi bliskimi.

Wiara uprawomocnia wiele codziennych zachowań. Pamiętam, że dziwiłem się, gdy moja mama po śmierci babci mówiła: „Mamo, pomóż mi w tej sytuacji” i spokojnie rozmawiała ze swoją mamą, moja babcią, jak z żyjącą obok nas osobą. Nie było to zabobonne odzywanie się, odwoływanie się do duchów, lecz czysta wiara w świętych obcowanie.

 

A wywoływanie duchów?

 

Ono zakłada wprawdzie wiarę w istnienie jakiegoś świata, którego nie możemy dostrzec oczami, doświadczyć po ludzku, ale z drugiej strony jest także wyrazem przekonania, że mamy władzę nad tym światem. Człowiek wierzy, że czyniąc takie czy inne zabiegi, jest w stanie zmusić ten świat do posłuszeństwa. W tym sensie spirytyzm, wywoływanie duchów wpisuje się w świat magii i okultyzmu. Tu też struktura władzy jest bardzo silna.

 

Człowiek na skutek różnych zabiegów stara się zmusić te zmarłe osoby, by zechciały z nim rozmawiać. Jeśli w czasie seansu spirytystycznego wywołuje się jakąś konkretną osobę ze świata duchowego, zakłada się, że ta osoba będzie posłuszna. To jest pierwszy absurd, którego nie przyjmujemy do wiadomości. W przestrzeni wiary na modlitwie nawiązujemy kontakt; tutaj mocą swej władzy chcemy zmusić kogoś do posłuszeństwa, do posłuszeństwa medium, przez które ktoś ma do człowieka przemówić.

 

Jest też druga różnica między świętych obcowaniem a wywoływaniem duchów. Kiedy człowiek wywołuje duchy, osoby zmarłe, pojawia się w nim przekonanie o zdolności do komunikacji z tym innym światem, komunikacji bardzo specyficznej, przy pomocy określonej techniki. W spirytyzmie najczęściej to człowiek jest traktowany jako technika, jako rodzaj narzędzia, instrumentu, który służy do tego kontaktu.

 

To jest pewne umniejszenie człowieka. Jeżeli medium mówi, że ma kontakt z jakimś bytem duchowym i przez to medium ów duch mówi, to medium najczęściej nie pamięta, co się w tym czasie działo i nie ma w trakcie kontaktu żadnej władzy nad tym, co się z nim dzieje. Człowiek-medium jest więc traktowany dosłownie jak odbiornik radiowy, jest sprowadzony do roli przedmiotu.

 

Gdy mistyk mówi, że ma kontakt z Bogiem, to jest on zawsze świadomy siebie. Przeprowadzono pewne badania, które wykazały, że mistyk może przeżywać jakieś zaburzenia odczuwania, można go dotykać, nawet ukłuć, i nie będzie nic czuł, ale jest całkowicie świadomy tego, co się dzieje w trakcie przeżycia tej szczególnej jedności z Bogiem. Mistyk nigdy nie traci swych cech osobowych, jest ciągle świadomy. Natomiast medium jest pewnego rodzaju instrumentem.

 

Przeczytałem gdzieś opowiadaną przez Ojca historię pewnej kobiety z Padwy, która po śmierci syna, nie mogąc przeżyć rozłąki, poszła do jakiegoś medium, by spotkać się ze swoim synem. Co w tym złego?

 

Po pierwsze: szkodę zawsze ponosi medium, które nie jest traktowane jak osoba. Po drugie: jak wspomniałem, rodzi się pragnienie panowania nad światem duchowym. Przychodzę na piętnastą na spotkanie z medium i ono mi wywołuje syna. Pomijając argumenty, że nie mamy żadnej pewności, czy to jest syn, czy nie syn, niebezpieczeństwem jest próba przekroczenia wiary w stronę dowodu.

 

Klasyczni spirytyści sądzili, że seans spirytystyczny jest rodzajem dowodu na istnienie świata duchowego. Wychodzili z założenia, że da się ominąć wiarę, że da się wiarę zastąpić argumentacją jakby naukową, choć ostatecznie naukowości żadnej w tym nie ma. Ludzie starają się w ten sposób udowodnić, że ta osoba rzeczywiście żyje. Ktoś, kto rygorystycznie zbada te dowody, szybko dostrzeże, że w sensie naukowym nie są wiarygodne, że i tak pozostaje nam wiara.

 

Tutaj dochodzimy do centrum problemu. Spirytyzm, wszelkiego rodzaju odmiany magii pojawiają się tam, gdzie zaczyna brakować wiary. W momencie, kiedy kurczy się wiara, pojawiają się lęki, i wówczas duchy i różne rzeczywistości duchowe zaczynają jakby wkraczać do świata. Gdy brakuje wiary, pojawia się lęk. Człowiek szuka rzeczywistości, które mają zastąpić Boga, które mają go uspokoić, a ostatecznie są jedynie karykaturą prawdziwej religii.

 

Wiara jest trudniejsza, zakłada ufność, przyjęcie niewiadomego, ale też jakiś proces, dążenie, zaś spirytyzm jest niemal na wyciągnięcie ręki, efekt jest szybki do osiągnięcia.

 

Właśnie ta techniczność spirytyzmu w świecie zdominowanym przez myślenie techniczne, w którym żyjemy, staje się dużą pokusą. Mogę mieć szybko to, czego chcę, mogę się tego wyuczyć, czy też mogę odnaleźć specjalistę, który pomoże mi się tego nauczyć. Skutki tego są jednak zazwyczaj bardzo negatywne.

 

Spotkałem się z osobami, które, próbując tego typu seansów, przeżywały olbrzymie problemy, także natury psychologicznej. Pojawiały się dziwne lęki, pewna kobieta bała się np. przejść przez ciemny korytarz swego mieszkania. Mąż musiał jej towarzyszyć w przejściu w nocy przez mieszkanie do łazienki. Nawiązany wcześniej kontakt zaczął negatywnie oddziaływać na tę osobę. Dzieje się tak bardzo często.

 

Czyli w rezultacie tego typu praktyki nie są obojętne dla człowieka?

 

Zdecydowanie nie. Katechizm Kościoła Katolickiego bardzo jasno mówi o wszystkich praktykach magicznych, łącznie z wróżeniem. Mówi jednoznacznie, że jest to grzech, poważne nieuporządkowanie moralne; rezultatem tego jest szkoda, poniesiona – oprócz sfery duchowej – także na zdrowiu psychicznym. Nie chodzi o to, żeby straszyć tych, którzy nawet z głupoty postanowili „pobawić się” w wywoływanie duchów, ale szkoda na zdrowiu rzeczywiście często się zdarza.

 

Zatem chrześcijanin sięgający po magię obnaża swój brak wiary, brak ufności do Boga?

 

Tak, to jest brak ufności, brak wiary. Święty Tomasz z Akwinu traktuje ten typ grzechu jako grzech bałwochwalstwa, grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu. Człowiek stara się wejść w kompetencje Pana Boga. Ostatecznie chce wywyższyć siebie, pragnie mieć władzę nad tym, co przed nim zakryte, posiąść taką wiedzę, która jest zastrzeżona dla Boga.

 

Obecnie bardzo popularne są horoskopy czy wróżenie. Czy tego typu praktyki są zupełnie obojętne dla mnie, dla mojej duszy, dla mojego przeżywania relacji z Panem Bogiem?

 

Popularność tych technik związanych z przepowiadaniem przyszłości wiąże się przede wszystkim z lękiem, który nas coraz częściej dotyka. Z jednej strony brak nam wiary, a z drugiej przeżywamy ciężar codzienności. Pojawia się w nas pragnienie, żeby wiedzieć, co będzie w przyszłości. Boimy się relacji z ludźmi, a więc chcemy wiedzieć, czy dana osoba będzie nam rzeczywiście wierna. Boimy się różnych sytuacji; chcemy wiedzieć, jak to będzie w pracy.

 

Często uważamy, że wgląd w przyszłość jest bardziej skuteczny niż powierzenie swojej przyszłości Panu Bogu, która przecież jest w Jego ręku. Myślę, że to właśnie lęk jest powodem, że częściej sięgamy po techniki, które mają nam pomóc w przepowiadaniu przyszłości, jak horoskop, numerologia czy wróżenie.

 

Chcąc wyleczyć kogoś z wiary w horoskop, proponuję, żeby w danym tygodniu kupił sobie kilka różnych gazet, w których zamieszczane są horoskopy. Zobaczy, że dla jednego znaku zodiaku znajdzie przeróżne, wręcz przeciwne sobie przepowiednie, lub tak ogólne, że mogą znaczyć niemal wszystko. Jeden z moich przyjaciół dziennikarzy mówił, że praca w gazecie nieraz wygląda tak: „Ty jesteś najmłodszy, więc będziesz pisał horoskopy”. Zatem ktoś początkujący w piśmie siada i na podstawie stu piętnastu horoskopów pisze sto szesnasty.

 

A jak jest z kartami tarota?

 

Karty tarota mogą być traktowane bardzo różnie. Może być tak, że jakaś pospolita „wróżka”, nauczywszy się nieco symboliki kart, siada na stołku na rogu ulicy i próbuje coś przepowiadać z ich układu. Ludzie zajmujący się tym poważniej mówią jednak, że karty to jedynie moment inicjacji, moment, który ma wprowadzić wróżącego w świat specyficznej empatii czy intuicji – niektórzą kartomanci mówią o „diagnozie intuicyjnej“. Ta empatia pozwala wnikać wróżącemu w stany psychiczne tej osoby, której wróży. W ten sposób próbuje stawiać „diagnozę” dotyczącą podstawowych wymiarów życia, jak władzy, posiadania, sfery seksualnej itd.

 

Oczywiście w tym momencie pojawia się pytanie: jakie działają tam siły? Są różne koncepcje próbujące odpowiedzieć na to pytanie. Istnieje koncepcja psychoanalityczna, mówiąca, że jest to wejście w najgłębsze pokłady własnej osobowości. Jest i koncepcja demoniczna, która ma o tyle uzasadnienie, że jeśli czyni się to świadomie, praktyka taka jest bez wątpienia grzechem ciężkim, gdyż jest praktyką magiczną. Rzeczywiście może tu zaistnieć jakieś działanie demoniczne.

 

Wyobraźmy sobie zatem, że przychodzi do Ojca człowiek, który mówi, że miał systematyczny kontakt z tarotem. Co by Ojciec powiedział takiemu człowiekowi?

 

Trzeba najpierw zapytać o motywy. Sytuacja grzechu to nie tylko popełnienie zła, ale też moje nastawienie. Musi pojawić się pytanie: dlaczego? Dlaczego ten człowiek chodził do wróżki, dlaczego prosił o położenie dla niego kart tarota? Bywa tak, że człowiek opuszczony, odczuwający samotność lub przeżywający jakąś tragedię życiową stara się chwytać czegokolwiek, co może przynieść ulgę, co da choćby złudzenie rozwiązania problemu. Szczególnie jeśli człowiek ma słabą wiarę, a nie ma środowiska, które by go wspierało.

 

Nie można od razu potępiać takich osób. Trzeba pomóc, pokazać, że to są bardzo marne podpórki. Gdy spotykam takie osoby, staram się opowiadać o Chrystusie, o relacji z Nim. Trzeba pamiętać, że tego typu zachowanie, jak sięganie po tarota, może być wierzchołkiem całkiem pokaźnej góry różnych problemów. Problemy nierozwiązane nawarstwiają się, zranienia duchowe nieprzepracowane coraz bardziej przeszkadzają i końcem jest poszukiwanie pomocy np. u wróżki.

 

Czasem wynika to również ze zranienia przez księdza, szczególnie w konfesjonale. Są takie sytuacje, że ktoś doświadczył jakieś agresji w sakramencie pokuty i nie ma odwagi iść do kapłana. Potrzeba zatem dużo cierpliwości. Jeśli ktoś z czytelników ma znajomą lub znajomego, którzy korzystają z takich technik, to niech ich nie straszy piekłem, ale cierpliwie zachęca do spowiedzi lub najpierw rozmowy z duchownym, z kimś, kto pomoże wyjść z tej sytuacji, rozezna, czy nie pozostawiło to jakichś złych skutków w człowieku. Zazwyczaj pytam takie osoby o ewentualne skutki negatywne. Jeśli są, szukamy pomocy poprzez modlitwę wstawienniczą, a jeśli jest taka potrzeba, także pomocy egzorcysty.

 

Czasem magicznie traktujemy sny, przywiązujemy do nich wielkie znaczenie, staramy się z nich wywróżyć coś na dany dzień, wyjaśnić je, czy czasem nie ukrywają dla nas jakiejś prawdy.

 

Ten sam sen można interpretować bardzo różnie. Pojawiał mi się jakiś czas temu sen, w którym gdzieś spadałem. Kiedyś wspomniałem o tym w rozmowie z moim kardiologiem. On odparł, że jest to prawdopodobnie spadek ciśnienia krwi. Po ciężkim posiłku też mamy trudne, uciążliwe sny. Organizm odreagowuje przeciążenie żołądka. Sny także bardzo często odzwierciedlają po prostu stresy przeżywane na co dzień. Trzeba też dodać, że sny nie są objęte kategorią grzechu i to, co mi się śni, nie jest grzechem.

 

Byłbym zatem bardzo ostrożny w odczytywaniu snów jako głosu Pana Boga, który chce mi teraz coś w tym śnie wyjaśnić. Lepiej sięgnąć do Pisma Świętego – tam Pan Bóg mówi najwyraźniej.

 

Ostatnio pewna osoba opowiadała mi, że w czasie pielgrzymki śladami św. Pawła starsze małżeństwo szukało na straganach jakiegoś amuletu, który przynosi szczęście. Była co najmniej zdziwiona.

 

Granica między zabobonem a sympatyczną pamiątką z jakiegoś ważnego miejsca jest cienka. Problem leży nie w samym przedmiocie, ale w wierze, jaką się w nim pokłada, w przekonaniu o jego szczególnym działaniu. Ktoś może potraktować ten przedmiot jako coś zapewniającego działanie jakichś sił, które mają chronić, oddalać nieszczęścia, czy wręcz przyciągnąć kogoś, jeśli jest to np. amulet miłosny.

 

Także tutaj źródłem jest lęk: muszę mieć coś, co mnie ochroni, musi coś na mnie wisieć, żebym się nie bał złych wpływów, albo żebym zapewnił sobie przychylność czegoś lub kogoś. Wypływa to z niewiary i często jest zakorzenione w magii. Niektórzy zaopatrują się wręcz w amulety przygotowywane przez maga w czasie jakichś rytuałów. Rzeczywiście może to być niebezpieczny grunt; trzeba też uważać, by nie dać się naciągnąć oszustom.

Jeszcze gorzej, gdy ktoś np. walczy o życie i chwyta się każdej nadziei. Łatwo wówczas poddać się kierownictwu takich magów czy wróżek, choć czasem jest ono sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Rozmawiałem z onkologiem, który powiedział, że takie sytuacje pojawiają się dość często. Przyszła kiedyś młoda osoba; diagnoza – nowotwór na nadgarstku. Pojawiła się konieczność amputacji dłoni, ale była prawie pewność, że nowotwór zostanie pokonany. Kobieta ta spotkała maga, który zakwestionował decyzję lekarzy i zaproponował leczenie innymi środkami. Po ośmiu miesiącach trzeba było amputować całą rękę, jednak nawet to już nie pomogło; ostatecznie ta osoba po miesiącu zmarła.

 

Zostańmy w sferze medycyny. Duże kontrowersje wzbudzają leki homeopatyczne. Można je stosować czy nie?

 

Nie potrafię ocenić wartości terapeutycznych tych leków, to zresztą nie moja rola. Ja pytam o otoczkę religijną. Jeśli wraz z homeopatią proponuje się mantrę lub jakiś inny rytuał albo działanie religijne czy parareligijne, zdecydowanie trzeba to odrzucić.

 

Nie tak dawno temu Polska Izba Lekarska wypowiedziała się bardzo negatywnie na temat stosowania homeopatii. Ta dyskusja w środowisku lekarskim trwa, podkreśla się, że jest sporo nadużyć.

 

W tej dziedzinie nie jestem kompetentny, wolę zostawić to medykom. Mogę natomiast powiedzieć, skąd wynika podejrzliwość w stosunku do homeopatii. Christian Hahnemann, twórca homeopatii, wierzył w magię, żył magią. Jego sposób przygotowywania leków miał związek z magią.

 

Trudno powiedzieć, czy obecnie produkowane w fabrykach i sprzedawane w aptekach leki homeopatyczne są przygotowywane w sposób magiczny. Myślę, że to raczej biznes. Trzeba jednak uważać na magów, którzy proponują jakieś leki.

 

Czasem chrześcijanie magicznie traktują różne przedmioty religijne: szkaplerz, różnego rodzaju medaliki, obrazki. Wydaje się im, że posiadając daną rzecz, są dzięki temu jakoś automatycznie bezpieczni.

 

Rzeczywiście to jest bardzo ważna sprawa. Cały czas brakuje dobrej katechezy na temat sakramentaliów. Czasem zapominamy, że sakramentalia, różnego rodzaju pokropienia, namaszczenia różnymi olejami, szkaplerze i inne przedmioty nie działają same z siebie. Odniesieniem jest wiara Kościoła. Sakramentalia działają, ponieważ my wierzymy, że Bóg działał i działa w swoim ludzie. Dlatego sakramentalia zatwierdza władza kościelna, są one odniesieniem do wiary Kościoła, jej wyrazem.

 

Nie jest dobrze, gdy jakieś zachowania, które mogą być religijne, traktujemy magicznie. Ponieważ mąż jest alkoholikiem, żona wszywa mu niepostrzeżenie w kołnierz jakiś medalik. Może to być oczywiście wyraz wiary tej kobiety, która omadla swojego męża, ale może to być też takie spojrzenie magiczne – niech ten medalik zadziała sam z siebie. Bardzo podobnie może być z praktyką pierwszych piątków lub sobót. Nie jest to załatwienie sobie polisy bezpieczeństwa u Pana Boga – ma raczej pogłębić z Nim relację.

 

Rozmawiał Krzysztof Górski OCD
Głos Karmelu 3/2009


Wypominki

Sobota 14. 11. 2020 r. 18 oo 1-20

Niedziela 15.11.20

g. 8 3o 21-30

12 oo 31-42

18 oo 43-60

Poniedziałek 61-80

Wtorek 81-99

Środa 100- 108

Czwartek 109 – 124

Piątek 128 – 151 i bez numeracji

Sobota 1-16

Niedziela 22.11.20.

8 3o 17-29

12 oo 30 – 42

18 oo 43-60


Wypominki

Sobota 07. 11 nr 114 -124 i bez numeracji

Niedziela 08.11.20

g. 8 3o bez numeracji

  12 oo 1-20

 18 oo 21-30

Wtorek 31-42

Środa    11.11.20 

 8 3o 43-70

12 oo 71-9

18 oo 91-108

Czwartek 109 -124

Piątek bez numeracji

Sobota 1-20

Niedziela 15.11.20.

8 3o 21-30

12 oo 31-42

18 oo 43- 70


Szanowni Państwo! ? Wielką radością dla mnie jest utożsamianie się z rolą Wolontariusza Szlachetnej Paczki, która daje szansę na zmianę w życiu potrzebujących rodzin, seniorów czy niepełnosprawnych? Razem z zespołem docieramy z pomocą tam, gdzie jest najbardziej potrzebna. Naszym celem jest przywrócenie godności i nadziei ? Przez nas nikt nie jest oceniany a wysłuchany. Niestety warunkiem do przystąpienia w akcji jest zgłoszenie rodziny/seniora przez osoby trzecie. Wierzę, że ludzka krzywda zwłaszcza w tym trudnym okresie napawa wszystkich chęcią niesienia pomocy?

Pamiętajcie, że nie każdy bohater nosi pelerynę! 

Zgłaszajcie zatem potrzebujących do mnie, a ja zrobię co w mojej mocy by poprawić warunki każdego kto tego potrzebuje✌️  Kinga, tel: 609-084-312.

Proszę dodać, że oferuję również pomoc seniorom w każdej innej formie jak zrobienie zakupów, prace porządkowe, wspólne spędzenie czasu etc. 🙂