Intencje Mszy Św.

Sobota g. 18 oo I Komunia Św.

V Niedziela Wielkanocny 29 kwietnia 2018.

8 3o ++ Skurzewskich +Jerzy, Czesław, +Małgorzata

10 oo Czarna Łąka……………………………………….

12 oo 6 rocznica ślubu o Boże błogosławieństwo dla rodziny Śliżewskich

18 oo +Ryszard Orlon, +Irena, +Jan Kubiak

 

Wtorek 1 Maja g. 19 oo +Stanisława(k), +Franciszek, +Józef

Środa g. 19 oo Za dzieci komunijne od Róży Różańcowej

Czwartek 03 Maja NMP Królowej Polski

8 3o int. wolna…………………………….

10 oo Czarna Łąka……………………….

12 oo I Komunia Św.

19 oo O szczęśliwe rozwiązanie dla Joanny

 

Piątek g. 19 oo………………………………………….

Sobota g. 19 oo  Franek z okazji 3 urodzin

 

VI Niedziela Wielkanocny 06 maja 2018.

8 3o ++ Rodziców (Stanisława (k), +Stanisław

10 oo Czarna Łąka……………………………………….

12 oo Komunia Św. (Imieninowa Stanisławów zmarłych w rodzinie, prośba o zmianę terminu)

18 oo Małgorzata Świderska 1 miesiąc po pogrzebie


Nauki ślubne sobota g. 9 oo. Zapraszam zainteresowanych

Ks. Dariusz Kiljan


Zapowiedzi Ślubne I 22 kwietnia 2018 r.

  1. Czuber Kamil Marcin zam. Szczecin Lubczyńska 65/5 rz-k, stan wolny

Kowalska Patrycja Anna zam. Szczecin Lubczyńska 65/5, rz-k. stan wolny

 

  1. Głowacki Bartosz zam. Pucice Wrzosowa 9 B rz-k, wdowiec

Cuper Magdalena Anna Pucice Wrzosowa 9B rz-k , stan wolny

 

  1. Zimoń Maciej Bartosz Szczecin Lubczyńska 67/3 rz-k, stan wolny

Kornalewicz Elżbieta Justyna Przyjezierze Letniskowa 3 rz-k stan wolny

 

  1. Woźniak Piotr Bogusław Morgonin Cmentarna 8 rz-k, stan wolny

Sławińska Angelika Szczecin Wielkopolska 29/2 rz-k, stan wolny


Co zrobić, żeby znowu nie było już „po świętach”?

Jeszcze w Wielkim Tygodniu postanawiamy odbyć jakieś „rekolekcje ostatniej szansy”, chcąc podciągnąć się trochę wyżej na drabince. Bo może usłyszymy coś, co uczyni cud w naszym życiu, co pozwoli nam przeżyć Triduum tak jak nigdy wcześniej? Występują w nas takie naprężenia, takie nagromadzenie treści i emocji, że Liturgia Wielkiej Soboty niczym ostra igła przebija balon. Jest huk, jest radość i są po wszystkim emocjonalne zgliszcza.

„W życiu najlepsze jest czekanie” – tak myślałem jako dziecko i do pewnego czasu też jako dorosły. Od samych urodzin wolałem te kilka dni poprzedzające je; w Bożym Narodzeniu najbardziej ceniłem adwent; a z każdym kolejnym dniem Triduum czułem smutek, że kończy się coś niepowtarzalnego. Poranki po takich wydarzeniach zaczynają się tak podobnie: pełne tęsknoty wspomnienia; kac emocjonalny po intensywnych przeżyciach; spokój, w którym trudno się odnaleźć, bo nie ma już właściwie na co czekać. Po Liturgii Wielkiej Soboty szybko wyznaczamy sobie nowy punkt zaczepienia w Niedzieli Zesłania Ducha Świętego. I choć bardzo się denerwujemy, gdy kolejny raz słyszymy przy świątecznym stole, jak ciotki i wujkowie z namaszczeniem powtarzają „święta, święta i po świętach”, to podświadomie realizujemy właśnie ten plan. A może chciałbyś czegoś innego?

Wielkopostni aktywiści

Lubimy doświadczać dobrych rzeczy bardziej, głębiej i intensywniej. W Wielkim Poście jak grzyby po deszczu pojawiają się tysiące pomysłów na rekolekcje, przeżycia i postanowienia. Wszystkie kuszą nas wyjątkowością i mnogością duchowych darów, jakie możemy otrzymać po ich przejściu. W duchowym pędzie chwytamy się nie tylko rzeczy potrzebnych, ale też przypadkowych. Pomimo wielu poczynionych kroków, jeszcze w Wielkim Tygodniu postanawiamy odbyć jakieś „rekolekcje ostatniej szansy”, chcąc podciągnąć się trochę wyżej na drabince. Bo może usłyszymy jeszcze coś, co uczyni cud w naszym życiu, co pozwoli nam przeżyć Triduum tak jak jeszcze nigdy wcześniej? Występują w nas takie naprężenia, takie nagromadzenie treści i emocji, że Liturgia Wielkiej Soboty niczym ostra igła przebija balon. Jest huk, jest radość i są po wszystkim emocjonalne zgliszcza. Oktawa Wielkanocy wydaje się mało kusząca, poświęcamy ją na złapanie równowagi i harmonii. W takim stanie łatwo ją potraktować jako czas na dojadanie sałatek i serników, żeby jak najszybciej zapomnieć o wcześniejszym intensywnym okresie. Tymczasem środek ciężkości jest zupełnie gdzie indziej. Na nic nam Wielki Post, jeśli nie przygotował nas na przeżywanie radości Zmartwychwstania każdego dnia. Takiej prawdziwej, nieudawanej.

Twarz Piotra wyraża wszystko

Mi trochę czasu zajęło zanim odkryłem piękno okresu wielkanocnego. Ale dzisiaj to jedne z moich ulubionych dni w roku. Zbudowane są na najpiękniejszych fragmentach Ewangelii. Przed laty zainspirował mnie do takich rozmyślań obraz Eugena Burnanda „Apostołowie Piotr i Jan biegną do grobu w poranek dnia zmartwychwstania”. Wyraz twarzy Piotra był na nim bezcenny. Po kolejnym ciężkim Triduum, gdy szukałem głębszego sensu, nie zatrzymując się wyłącznie na przeżyciach, czułem się jak Piotr tego pierwszego poranka po szabacie. On wiedział, że wszystko jest możliwe, skoro Go nie ma w grobie. Miał wypisane na twarzy jednocześnie niedowierzanie i pewność, bo przecież Jezus obiecał, że powróci i nigdy nie będziemy już sami. Czułem się jak Piotr, który jeszcze dobrze się nie obudził ze złego snu Wielkiego Piątku, ale biegł na spotkanie czegoś większego niż nadzieja. Jak Piotr, który po trzykrotnym zaparciu się przyjaciela, pobiegł bez strachu, bo miał pewność, że zostanie wzięty w objęcia. Jak zaspany Piotr, który uwierzył, że to, co mówił mu Jezus, jest większe i prawdziwsze niż jego zdrady i grzechy. On już wtedy był gotowy wyciągnąć swoje ręce i uzdrawiać w imię Jezusa. To widać w tym spojrzeniu. Niewiele wiedział i miał masę pytań, ale prawdziwa wiara nie tylko ich się nie boi, ale też nie oczekuje odpowiedzi. W jego oczach jest cała prawda minionych trzech dni i cała nadzieja wieczności. Ten człowiek jeszcze nie wiedział, że za chwilę stanie się głową Kościoła i księciem Apostołów. Nie wiedział, że zginie przybity do krzyża głową w dół. Ale był już na to gotowy. To wszystko doprowadziło mnie do pytania, czy ja z taką samą wiarą i fascynacją podchodzę do tego, że Jezus jest wśród żywych. Czy to tylko piękna tradycja, wiele wylanych łez i uniesień, które zostały zamknięte w grobie i miały już nigdy nie ujrzeć światła dnia? Każdy następny dzień tego okresu opowiada naprawdę niesamowite historie. Słuchając ich, widzę twarze ludzi, którzy dowiadują się o tym, co zrobił Jezus. I twarze tych, którzy Jezusa spotykają. Szok, niedowierzanie, a jednocześnie radość, spełnienie marzeń z kategorii tych niemożliwych, bo wątpili w Jego powrót i nie potrafili odczytać słów. Na ich oczach wypełniają się obietnice, wiara znalazła swoje potwierdzenie. Zapewne było wiele łez, które Jezus otarł najnormalniej na świecie – bo był naprawdę, tuż obok. A pośród wielu podobnych historii jest ta, dla mnie najpiękniejsza, o drodze do Emaus. Uczniowie zaślepieni wydarzeniami ostatnich dni nie zauważyli momentu zmartwychwstania. Coś usłyszeli, biegli, by to wyjaśnić lub raczej zdementować. Jezus szedł z nimi, tłumaczył im pisma, przez całą drogę mieli przeczucie, ale bali się temu zaufać. Jak pisze ewangelista „ich oczy były na uwięzi”. To też opowieść o niezwykłych facetach, bo nie bali się swojej wrażliwości. Zaprosili nieznajomego, żeby spędził z nimi noc. W relacji z Nim mieli poczucie wspólnoty, które wcześniej zostało zrównane z ziemią, gdy Judasz wydał Jezusa, Piotr się go zaparł, a większość z dwunastu nie miała odwagi nawet pojawić się pod krzyżem. I nagle poczuli, że jednak wspólnota jest możliwa. Rozpoznali Jezusa po łamaniu chleba. To bardzo intymny gest, który mogli dostrzec tylko domownicy. Ludzie będący blisko Jezusa, dla których On ten chleb łamał i cudownie rozmnażał. Tak jak smak chleba i gesty rodziców przypominają nam dom rodzinny.

On sam nadaje sens i smak wszystkiemu

Okres wielkanocny to powinien być czas, w którym wieść o zmartwychwstaniu Jezusa rozchodzi się po świecie, a radość udziela bliźnim. Jak nigdy wcześniej powinniśmy wtedy wychodzić na ulice między ludzi i o tym mówić. Dzielić się naszym doświadczeniem tych dni. Mamy w pełni uzasadnione prawo, aby głosić wszystkim, wszędzie i na wszelkie sposoby. Tymczasem najłatwiej przychodzi nam… zamknięcie się w sobie. Wielu nie marzy o niczym innym jak o świętym spokoju. Bo przecież za rok też jest Wielkanoc. I tak mijają kolejne lata. Każdy okres liturgiczny jest na swój sposób niepowtarzalny. Nawet okres zwykły ma nam wiele do zaproponowania. Jeśli kolejny raz w życiu doświadczamy zniechęcenia, to warto zadać sobie pytanie o to, jak wygląda nasze przygotowanie do świąt. Może poświęcamy na to zbyt wiele energii i uwagi? Może nie chodzi o to, by dążyć do doskonałości, ale dać się prowadzić właśnie przez swoje słabości? Jakąkolwiek drogę obraliśmy, jeśli dziś czujemy, że jest już po wszystkim, to z dużym prawdopodobieństwem straciliśmy po drodze coś najcenniejszego – poczucie bliskości Boga. On sam nadaje sens wszystkiemu i naprawdę więcej nie trzeba. Wtedy nawet przypadkowa świecka książka może być rekolekcjami życia. Za niespełna 50 dni obchodzić będziemy Zesłanie Ducha Świętego, pojawią się nowenny, modlitwy i rekolekcje przygotowujące. Powróci też znany nam problem „i co dalej?”. Może im mniej w tym naszych pomysłów i biegania za cudami, tym większa przestrzeń do działania dla Boga? Każdego dnia należy do nas jedynie chwila, która właśnie trwa. Spróbuj jej doświadczyć.

 


Jak przeżyć święta w nieświętej rodzinie?

Nadchodzi Wielkanoc – już na kilka tygodni przed świętami uszy psychologów nabrzmiewają od wyznań pełnych złości, żalu i niepokoju. Frustrujemy się, że musimy odwiedzić nasze nieświęte rodziny, tak boleśnie grzeszne i niedoskonałe. Te, które dla wielu z nas stanowią źródło krzywd, z którymi kontakt rozjątrza już zagojone rany, które wzbudzają w nas trudne emocje i jakby cofają nas w czasie, czyniąc z nas rozżalone i niedojrzałe dzieci.

 

Nie chcę tam jechać. Najchętniej w tym roku olałabym ich wszystkich.

Nie wiem, jak przeżyję te Święta. To moja rodzina, ale są dla mnie jak obcy.

Wiadomo, trzeba jechać… Gdybym jednak miał wybór, wolałbym nawet być sam ze sobą.

Z nimi nigdy nie mogę dobrze przeżyć tych Świąt – ciągle tylko kłótnie, sprzątanie, nerwówka.

 

Chcielibyśmy, by było inaczej – by relacje z rodziną stały się w końcu partnerskim układem dorosłych ludzi, by Święta faktycznie były święte, byśmy po tych kilku dniach nie wracali do swoich domów zupełnie rozsypani. Chcielibyśmy. A Jezus? On spożywa wieczerzę wśród zdrajców. Niepokój, rozżalenie, smutek – to są prawdopodobnie Jego emocje. Nie ma tam spokoju, nie ma beztroskiej radości. Napięcie jest wszechobecne, wszyscy pewnie siedzą jak na szpilkach.  Czy apostołowie nie kłócili się o to, kto zdradzi Jezusa? Czy nie pobiegli za Judaszem, który wybiegł w noc? Czy nie byli pogrążeni w chaosie płynącym z niezrozumienia sytuacji? W końcu czy Judasz nie pogrążył się w najgłębszej z głębokich depresji, Piotr nie był pochłonięty poczuciem winy, a Jan nie doświadczał przeraźliwego lęku przed utratą Tego, którego miłość była dla niego źródłem życia?

Swoje ostatnie dni Jezus spędzał w bardzo nieświętej rodzinie. Nie doświadczał zrozumienia i wsparcia, był głęboko osamotniony, wokół Niego toczyła się beznadziejna szarpanina ludzi pogrążonych w swoich słabościach. Wydaje się, że nie miał z kim porozmawiać, przed kim wylać swojego żalu i lęku. A jednak to właśnie w takim położeniu i w takich okolicznościach zdecydował się największe w historii czyny miłości wobec człowieka. To właśnie będąc najbardziej odrzuconym – najbardziej ukochał. To właśnie wtedy umiłował nas do końca.

Tam, gdzie już nie sięga nasza akceptacja, przebaczenie, poświęcenie – On idzie dalej.

Tam, gdzie my się złościmy – On rozumie bardziej.

Tam, gdzie wolelibyśmy odpuścić – On podejmuje jeszcze większy wysiłek.

Tam, gdzie wiedzeni swoim rozżaleniem chcielibyśmy wycofać się do własnego, opancerzonego świata – On wystawia się na razy.

Tam, gdzie chcemy zachować dla siebie jak najwięcej – On traci wszystko na krzyżu.

Jezus – bardzo podobny do nas, a tak kompletnie inny. To właśnie w trakcie najtrudniejszych dla siebie momentów pokazuje nam, na czym polega prawdziwa miłość. To właśnie w obliczu śmierci dostajemy od Niego najistotniejsze wskazówki, jak należy zachowywać się wobec naszych bliskich.

NIE STAWIAJ WARUNKÓW

Jezus zasiada ze swoimi przyszłymi zdrajcami do stołu. My często nie mamy na to ochoty – unikamy kontaktu i rozmowy, chowamy się po kątach, nie mówiąc o walecznym nastroju, który nas przepełnia. Choć Jezus wie, co się wydarzy, i zna serca ludzi, którzy Go otaczają, chce z nimi spędzić czas, zjeść kolację, porozmawiać i pośmiać się. To są Jego bracia – nic, co zrobili lub zrobią, nie przekreśla Jego miłości do nich. My niestety jesteśmy bardziej skłonni do machania szabelką naszych oczekiwań i rozżaleń, zamiast do pokornego przyjmowania naszych rodzin takimi, jakie są. Trudno nam je kochać dopóki nie spełnią naszych wstępnych warunków. A Jezus pokazuje nam, że prawdziwa miłość nie stawia warunków – ona rzeczywiście jest pierwsza i wyprzedza wszystko.

ROZDAJ SIEBIE

Być może nasze problemy z relacjami wynikają stąd, że zamiast dawać wolelibyśmy brać. Nasze nastawienie, że w końcu ktoś z naszej rodziny zachowa się inaczej, dzięki czemu my poczujemy się lepiej, naprawdę rujnuje całą szansę na miłość. W rzeczywistości miłość zachowuje się inaczej – Jezus podczas wieczerzy dosłownie rozdaje siebie. To jest moje ciało, jedzcie wszyscy. Rozdawać się zdrajcom, głupcom, niewdzięcznikom? Poświęcać całego siebie na rzecz ludzi, którzy i tak nie zrozumieją? No właśnie, a gdybyśmy zrobili tak w stosunku do tych, którzy tak bardzo nas złoszczą lub tak bardzo ranią?

NIE OCZEKUJ WDZIĘCZNOŚCI I WZAJEMNOŚCI

Czasami robimy. Przyjmujemy święty uśmiech na twarzy, zaciskamy zęby i obiecujemy sobie, że będziemy dla siebie dobrzy. A jednak nie czujemy żadnej różnicy, żadnej satysfakcji, właściwie nie zmienia się nic. Czemu? Bo oczekujemy wzajemności lub wdzięczności. Pomogliśmy mamie w gotowaniu, a ona tylko krzyczała, że ciągle robimy coś nie tak. Wyszliśmy na spacer z dziećmi siostry, a dostaliśmy burę za to, że dzieciaki nie miały czapek na głowach. Zachęcaliśmy do wspólnej modlitwy przy wielkanocnym stole, a wszyscy tylko niecierpliwie się kręcili i czekali, aż skończymy. To boli, gdy nasz gest dobroci zostanie odrzucony. Jednak czy Jezus nie był największym przykładem znoszenia takiego bólu?

UNIŻ SIĘ PRZED TYMI, KTÓRZY CIĘ ZDRADZAJĄ

Jezus dawał za darmo. Jego łaska była dla każdego bez żadnych warunków. Dał siebie nawet Judaszowi, który za chwilę miał Go wydać. To nie jest logiczne – to głupie. Tak naiwnie wystawiać się na pogardzenie? Tak, Jezus to potrafił. My zazwyczaj nie potrafimy przełknąć własnej dumy – nie wychodzimy jako pierwsi z przeprosinami, bo wiemy, że to druga strona zawiniła. Potrafimy wypominać sobie winy w nieskończoność. Czasem przebaczymy, ale gdy nadarzy się okazja i poniosą nas emocje (a w Święta jest takich sporo), jesteśmy pierwsi, by rzucić kamień. Nie mieści nam się w głowie, że moglibyśmy wyciągać do siebie rękę do zgody bez ustalenia kryteriów tejże zgody. Nasza logika jest zimna i wyrachowana, logika Jezusa – pokorna i cicha. Uznajemy Jego logikę za naiwną, ale czy to nie ona właśnie zwyciężyła śmierć?

Maria Krzemień – psycholog chrześcijański i trener. W praktyce i codzienności jest po prostu wierzącym psychologiem, bo jakiś czas temu postanowiła połączyć nie tylko swoje życie, ale też pracę na dobre z Panem Bogiem. Prowadzi warsztaty psychologiczne w oparciu o Słowo Boże. Jej teksty można przeczytać na blogu Żyj po Bożemu.