ks. Dariusz Dogondke. Czy w Biblii jest mowa o tatuażach?

Katecheta

f

W rozmowie z młodzieżą, pytającą o tatuaże w Biblii, trzeba mieć na uwadze to, że za tego rodzaju pytaniami kryje się na ogół poszukiwanie odpowiedzi na inny, często konkretny, życiowy dylemat: Czy dać sobie zrobić tatuaż? Oznacza to również, że młodzi ludzie chcąc podjąć taką ważną i „nieodwracalną” decyzję, chcą to uczynić w oparciu o argumenty przemawiające za i przeciw, odwołując się przy tym także do pouczenia płynącego z wiary i z nauki Pisma Świętego. Jakiekolwiek jednak byłoby podłoże pytania młodzieży o tatuaże – które należy wziąć pod uwagę – jest ono godne podjęcia tego tematu w szerszym kontekście, z uwzględnieniem oczywiście odpowiedzi na pytanie o obecność tatuaży w Biblii. 

Wprowadzenie do tematu Odpowiadając na pytanie o tatuaże w Biblii na samym początku trzeba zaznaczyć, że słowo „tatuaż” w Biblii nie występuje, ponieważ pochodzi ono z całkowicie innego kręgu kulturowego, a mianowicie z jednego z narzeczy języka tahitańskiego. Do naszego kręgu kulturowego słowo tatuaż weszło za sprawą Jamesa Cooka, słynnego angielskiego żeglarza i podróżnika, który trzykrotnie wyprawiał się na wody południowego Pacyfiku, docierając m.in. do Tahiti [1]. Stamtąd też jeden z okrętów, uczestniczących w drugiej wyprawie (1771-1775), przywiózł do Anglii Polinezyjczyka o imieniu Omai. Zainteresowanie, jakie w Anglii wzbudziło wytatuowane ciało Omaia, spowodowało, że używane przez niego tahitańskie słowo tatau – „znak”, „malowidło”, którym nazywał on pokrywające ciało tatuaże, zaczęło funkcjonować najpierw w języku angielskim (tattoo), a następnie przeszło do wielu innych języków, w tym także do języka polskiego. Omai powrócił na swoją rodzinną wyspę, gdy James Cook dotarł tam po raz kolejny w czasie swej ostatniej, trzeciej wyprawy (1776-1780). Nie wrócił z niej natomiast inicjator podróży, który zginął w potyczce z tubylcami na Hawajach w 1779 r. To ciekawe opowiadanie o pochodzeniu słowa tatuaż pokazuje wyraźnie, że nie znajdziemy go w Biblii, ponieważ w XVIII w., gdy słowo to pojawiło się w naszym kręgu kulturowym, biblijne słownictwo już dawno dobrze radziło sobie bez tego słowa. Nie oznacza to jednak, by zrezygnować z poszukiwania innych słów, które w Biblii mogłyby oznaczać to samo, czyli znaki, pismo lub obrazy uczynione na ludzkim ciele, powstałe przez wprowadzenia pod skórę jakiegoś barwnika. Nasze poszukiwania są o tyle uzasadnione, że choć samo słowo tatuaż pojawiło się u nas dość późno, zjawisko tatuowania ciała było znane bardzo dawno i w wielu kulturach na całym niemal świecie. Ponadto, zwłaszcza w starych kultach inicjacyjnych, tatuaże często miały znaczenie religijne. Znak – znamię Szukając w Piśmie Świętym czegoś, co odpowiadałoby tatuażom, należy przeanalizować bardzo wiele różnych pojęć biblijnych. Pierwszym z nich powinno być słowo „znak”, które posiada wiele znaczeń, od znaku w rozumieniu cudu, poprzez np. znaki czasu, aż do tego, co interesuje nas najbardziej, czyli znaku jako zewnętrznego charakterystycznego znamiona na ciele [2]. Pierwszym z takich miejsc jest znak – znamię, które otrzymał Kain: Dał więc PAN Kainowi znamię, by ludzie, których spotka, nie zabili go (Rdz 4,15) [3]. Czy za tym tajemniczym znamieniem kryje się jednak tatuaż? Choć niektórzy tak właśnie sądzą, chyba na zawsze znak ten pozostanie dla nas nierozwiązaną zagadką [4]. Podobnie tajemniczym znakiem o charakterze ochronnym był „znak Taw” [5] wypisany przez „człowieka ubranego w lnianą szatę” (z wizji proroka Ezechiela) na czołach ludzi bogobojnych, którzy dzięki temu znakowi w czasie zagłady Jerozolimy mieli znaleźć ocalenie (por. Ez 9). Ale i tym razem można mieć wątpliwości czy, aby w znaku tym, na pewno chodzi o rodzaj tatuażu? Symbolika „znaku Taw”, który swym kształtem przypominał krzyż, była przez chrześcijan od zawsze interpretowana jako zapowiedź znaku zbawienia, co ma swoje potwierdzenie w Apokalipsie (czyli znowu w wizji) zapowiadającej ocalenie wiernych świadków Chrystusa: Nie niszczcie ziemi, ani morza, ani drzew, dopóki nie opieczętujemy na czołach sług naszego Boga (Ap 7,3). Innym ważnym pojęciem, które padło przed chwilą w ostatnim z cytatów (por. Ap 7,3), jest słowo „pieczęć”. Słowo o tyle ważne, że – w pewnych sytuacjach – można w nim dopatrywać się terminu odpowiadającego naszemu pojęciu tatuaż. Pieczęć była bowiem symbolem osoby, jakby jej podpisem, znakiem przynależności i władzy nad…, czasami wytatuowana na ciele. Noszony zaś przez ważne osoby pierścień służył do pieczętowania, co oznaczało branie w posiadanie czegoś lub kogoś, sprawowanie nad nim władzy [6]. Słowo pieczęć w Biblii było też używane w bardzo pozytywnym – często przenośnym – znaczeniu wzajemnej przynależności, np. oblubieńczej miłości: Połóż mnie jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu (Pnp 8,6). Z takiego pozytywnego znaczenie słowa „pieczęć / pieczętować” można nawet wywodzić tak ważne teologiczne tematy jak posłannictwo Jezusa, na którym Bóg Ojciec wycisnął swoją pieczęć (J 6,27), czy posłannictwo Ducha Świętego, dzięki któremu również chrześcijanie zostają opieczętowani: W Nim (Chrystusie) uwierzyliście i zostaliście naznaczeni pieczęcią, Świętym Duchem obietnicy (Ef 1,13). Można by tak z pewnością szukać dalej i rozpatrywać kolejne pojęcia, takie jak „namaszczenie”, „charyzmat”, „charakter” itp., ale mimo wszystko wydaje się, że ciągle nie ma w nich tego, czego tak naprawdę szukamy. Dlatego na tym zakończmy nasz krótki przegląd najważniejszych terminów, w których niestety tatuażu – w naszym pojęciu – raczej nie ma. 

Zakaz tatuowania ciała Wyrażeniem bodajże najbliższym tatuowaniu ciała w Biblii jest z pewnością „wypalanie piętna”, o którym mówi m.in. prorok Izajasz. W jednym z miejsc swej księgi, posługując się grą słów, prorok porównał ze sobą dwa podobnie brzmiące słowa „piękno” i „piętno”, by zapowiedzieć uprowadzenie do niewoli kobiet, których piękno ozdób zostanie zastąpione wypalonym na ciele piętnem niewolnicy: …zamiast upiętych włosów – ogolona głowa, zamiast szat wytwornych – ciasny wór na biodra, zamiast piękna – piętno (Iz 3,24). To piętno niewolnika [7], wypalane na ciele, nie wypływało jednak z własnego wyboru, jak przy tatuażu w naszym rozumieniu, lecz było znakiem wyraźnie upokarzającym, o którym warto tu wspomnieć, dodając od razu, że nie o to nam chodziło. Nawet gdyby to niewolnicze piętno było tatuażem – to, ze względu na odniesienie do niewolnictwa, znak ten nie odpowiada naszej mentalności, kojarząc się bardziej z wytatuowanym na ramieniu numerem w obozie koncentracyjnym, niż z rzeczywistym tatuażem, który – w założeniu dzisiejszej młodzieży – postrzegany jest jako znak zdobiący ciało. Znowu więc musimy odejść od tego obrazu wypalonego lub wytatuowanego piętna jako znaku niewolnictwa. Wydaje się, że powód, dla którego w Biblii tak trudno odnaleźć odniesienia do rzeczywistych tatuaży, jest banalnie prosty. Religijne Prawo Starego Testamentu zabraniało „nacinania”, co należy rozumieć także jako zakaz nakłuwania, ciała. Zakaz ten został wyrażony wprost i zapisany w Prawie Mojżesza, najpierw w Księdze Kapłańskiej, a potem także w Księdze Powtórzonego Prawa: Nie będziesz nacinał ciała na znak żałoby po zmarłym ani umieszczał na ciele znaków tatuażu (Kpł 19,28; por. Kpł 21,5 i Pwt 14,1). Z powyższego zdania wynika, że owo nacinanie ciała wiązało się przede wszystkim z praktyką żałobną [8], prawdopodobnie pochodzenia kananejskiego [9] lub ogólnie pogańskiego. To dlatego, z motywów czysto religijnych, tego typu samookaleczenie zostało w Izraelu zabronione. Podobny zwyczaj, poświadczony w Biblii, mówi o rytualnym nacinaniu swojego ciała przez fałszywych, pogańskich proroków, którzy w ten sposób chcieli przywołać uwagę i działanie swego bożka Baala: Oni zaś, krzycząc głośno, nacinali się według zwyczaju mieczami i włóczniami, aż się pokrwawili (1Krl 18,28). Choć jednak nacinanie, o którym mowa, nie oznacza automatycznie tatuowania, uważny czytelnik na pewno zauważył, że w przytoczonym wcześniej zdaniu z Księgi Kapłańskiej, w którym zakazano nacinania ciała, słowo „tatuaż” wreszcie padło (por. Kpł 19,28). Jest to jedyne w całym Piśmie Świętym miejsce, w którym tłumacze posługują się niekiedy takim właśnie przekładem, choć trzeba przyznać, że istnieją duże wątpliwości dotyczące słuszności użycia tu tego określenia. W tekście hebrajskim chodzi bowiem o termin qa̔aq̔a [10], który w całej Biblii występuję tylko jeden raz i tak naprawdę nie wiemy dokładnie, co on oznacza. Słowniki wskazując na niepewną etymologię słowa podkreślają, że niekoniecznie musi ono oznaczać tatuaż, może chodziło tu po prostu o jakąś ozdobę na ciele albo amulet odstraszający duchy zmarłych [11]. I znowu kwestii tej do końca nie rozwiążemy. Dlatego jako wniosek końcowy, po całościowym przyjrzeniu się wszystkim wyrażeniom w Biblii mogącym oznaczać tatuaż, musimy stwierdzić, że Biblia nigdzie nie mówi o tatuażach w sposób pewny. Jedynym pewnikiem wynikającym z Pisma Świętego jest zakaz nacinania ciała, co należy interpretować również jako zakaz czynienia tatuaży. * * * W świetle tego, co zostało powiedziane, należy stwierdzić, że Biblia zabrania tatuowania swego ciała. Kwestia ta jednak dla nas chrześcijan nie ma właściwie większego religijnego znaczenia, a jedynie wiąże się mniej lub bardziej z panującą w pewnych środowiskach i czasach modą. Stąd też trzeba mieć zawsze na uwadze ten środowiskowy charakter tatuowania ciała. Tak jest np. w środowisku więźniów, gdzie określone tatuaże mają swoje znaczenie. Może oczywiście pojawić się tatuaż o charakterze religijnym, ale – moim zdaniem – będzie to zawsze świadczyć o niezrozumieniu tego, czym tak naprawdę jest wiara, bo choć wiara posiada i potrzebuje zewnętrznych znaków, nie wymaga od wierzących w Chrystusa, by w taki sposób znaczyli oni swoje ciała. Jako chrześcijanie wszyscy zostaliśmy na Chrzcie Świętym naznaczeni nieusuwalnym znamieniem Ducha Świętego [12], które świadczy o naszej przynależności do Chrystusa i  żaden zewnętrzny znak tego ani nie zastąpi, ani nie wyrazi lepiej. A zatem posiadając już w sobie owo „znamię Ducha Świętego” zadbajmy o to, aby to właśnie ten niewidzialny znak stawał się w nas coraz bardziej wyraźny przez szukanie w swym życiu woli Bożej i doskonałe jej wypełnienie. Na zakończenie warto jeszcze powiedzieć, że to, co dzisiaj ludzie myślą i czują niekoniecznie będzie przez nich podzielane przez całe ich życie. Dlatego byłoby nieroztropnością znaczenie swego ciała czymś, co w danym momencie wydaje się nam rzeczą najważniejszą na świecie, ale za jakiś czas, gdy to się zmieni, będziemy żałować pochopnego kroku, o czym niestety już wielu, na własnej skórze, bardzo boleśnie, się przekonało. Jeżeli rzeczywiście chcemy, by jakiś znak towarzyszył nam stale w życiu, poszukajmy „duchowego sposobu” noszenia w swym sercu kogoś lub czegoś, tym bardziej, że takiego „uduchowionego” sposobu wyrażania uczuć uczy nas nasza wiara. W rozmowie z Samarytanką Jezus powiedział: Bóg jest duchem, stąd też ci, którzy Go wielbią, winni to czynić w Duchu i w prawdzie (J 4,24). ks. Dariusz Dogondke 

Katecheta 10/2012_________________________

Przypisy: [1] Temat wypraw Jamesa Cooka podejmuje np. A. MacLean, Kapitan Cook, Warszawa 1994.[2] Z tego powodu, że chodzi tu o znaki uczynione na ciele w sposób świadomy, pominiemy np. „znamiona chorobowe”, czy inne tego rodzaju znaki, których obecność na ciele nie ma nic wspólnego z tatuażem.[3] Wszystkie teksty biblijne za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem (Edycja Świętego Pawła), Częstochowa 2008.[4] Por. J.H. Walton – V.H. Matthews – M.W. Chawalas, Komentarz historyczno-kulturowy do Biblii Hebrajskiej, Warszawa 2005, s. 14.[5] Czyt. „Tau” – ostatnia litera hebrajskiego alfabetu.[6] Por. C. Lesquivit – M.-F. Lacan, Pieczęć, [w:] Słownik Teologii Biblijnej, X. Leon-Dufour (red.), Poznań 31990, s. 656-657.[7] Nie zawsze jednak wypalano na ciele niewolnika piętno, lecz najprawdopodobniej dotyczyło to takich sytuacji, w których miała miejsce np. próba ucieczki lub podejrzewano niewolnika o taki zamiar. Por. R. de Vaux, Instytucje Starego Testamentu, Poznań 2004, s. 95. Bywały też mniej drastyczne formy naznaczania niewolników, np. w Babilonii tatuowano imię właściciela na ręce jego niewolnika, do czego najprawdopodobniej nawiązuje prorok Izajasz zapowiadając tych, którzy będą chcieli należeć kiedyś do ludu Bożego: inny na swej ręce wypisze: «Własność PANA» (Iz 44,5).[8] Na temat praktyk żałobnych w Izraelu zob. R. de Vaux, Instytucje Starego Testamentu, Poznań 2004, s. 69.[9] Ten pogański ryt mógł mieć na celu zawarcie przymierza krwi ze zmarłym, por. S. Łach, Księga Powtórzonego Prawa. Wstęp – przekład z oryginału – komentarz – ekskursy, KUL – Pismo Święte Starego Testamentu II/3, Poznań 1971, s. 183.[10] Czyt. „Kaaka” – drugie z dwóch kolejno następujących po sobie „a” jest krótkie.[11] Por. L. Koehler – W. Baumgartner – J.J. Stamm, Wielki słownik Hebrajsko-Polski i Aramejsko-Polski Starego Testamentu, t. II, Warszawa 2008, s. 180.[12] Trzy sakramenty: chrzest, bierzmowanie i sakrament święceń kapłańskich wyciskają takie właśnie nieusuwalne znamię (charakter), por. KKK §1121.


Przemysław Artemiuk Demokracja w Kościele?

Głos Ojca Pio

fCzy Kościół powinien się demokratyzować, czy też ma zachować zdrowy dystans do każdego systemu społeczno-politycznego? Wydawać by się mogło, że skoro demokracja jest najlepszym z możliwych rozwiązań politycznych, tym bardziej Kościół powinien jej się poddać. Tak się jednak nie dzieje. Dlaczego? Aby znaleźć odpowiedź, musimy wrócić do początków Kościoła i zbadać jego genezę. Mądrość Sokratesa Zacznijmy jednak od Sokratesa. Filozof ten wyjątkowo nie lubił demokracji. Żywił do niej głęboką nieufność. Z czego ona wynikała? Gdzie miała swoje źródło? Ateński filozof, który sam siebie nazywał akuszerem myśli lub gzem kąsającym intelektualnie swoich rodaków, uważał, że demokracja po prostu nie uczy myślenia. Sokrates, wiodąc zasadniczy i głęboki spór z Ateńczykami, „nie zastanawiał się, który ustrój i z jakiego powodu ma wyższość nad którym. Pytania takie stawiali Platon i Arystoteles, udzielając na nie rozmaitych odpowiedzi, z których przynajmniej jedna miała odegrać fundamentalną rolę w teorii i praktyce politycznej świata zachodniego. Odpowiedź ta wskazywała na ustrój mieszany jako rozwiązanie optymalne. Ale nie taka była perspektywa Sokratesa. (…) Jego niechęć do demokracji była innego rodzaju. Podstawowym przedmiotem zainteresowania Sokratesa był człowiek i jego dusza, a filozofia, jaką proponował, miała pokazać drogi do rozwinięcia tego, co w człowieku najlepsze (to beltiston). Refleksja tego dotycząca nie powstawała wyłącznie poprzez abstrakcyjne wywody. Zrodziło ją też doświadczenie, a tym doświadczeniem była demokracja, szczególnie zaś typ ludzki, który ten ustrój obsługiwał, tworzył go i był przez niego tworzony. Takiego człowieka demokratycznego obserwował Sokrates, a wnioski, jakie wyciągał, nie były krzepiące”. Co w takim razie odnalazł ateński filozof? Po pierwsze, skonstatował, że w tym systemie trzeba brać pod uwagę opinię szerokich mas, które będą żądały od wszystkich, by upodobnili do nich swoją naturę (Gorgias). Po drugie, odkrył, że nie ma związku między kreatywnością myślenia a swobodą działania. Dobitnie ukazały to także przyszłe dzieje świata. Wobec ateńskiego systemu Sokrates pozostał nieufny, „nie lubił człowieka demokratycznego, ponieważ odnajdywał w nim głęboką niechęć do filozofii, do refleksji i autorefleksji, do poszukiwania prawdy. Dlatego uleganie demosowi stanowiło śmiertelne zagrożenie dla duszy”. Intuicja Wildsteina Z pewnością dzisiejsza postać demokracji zdecydowanie różni się od ateńskiego wzorca. Bronisław Wildstein dostrzega jej skarłowacenie, zepsucie i pozorność. „Żyjemy – zauważa publicysta – w świecie przebierańców i odwróconych pojęć. To, co deklarowane jest oficjalnie jako oczywistość, oczywiste wcale nie jest. Dominująca ideologia występuje w szatkach wolności, pluralizmu i dialogu, a stanowi zaprzeczenie tych idei; narzuca nam dyktat politycznej poprawności, cenzuruje język i odbiera możliwość wyboru. Zgodnie z nią odwróceniu ulec mają zasadnicze postawy cywilizacyjne. Seks ma stać się rzeczą publiczną, a religia – prywatną. Idea demokracji doprowadzona została do absurdu i funkcjonuje jako fetysz, czego przejawem jest próba przeniesienia jej zasad do rodziny, szkoły czy kultury. Jednocześnie we właściwej dla niej sferze politycznej coraz bardziej przekształca się w formalny rytuał, który skrywa zupełnie niedemokratyczne praktyki”. Cóż więc powinien zrobić Kościół w odpowiedzi na ekspansję demokratycznych procedur? Czy ma ulegać politykom domagającym się większej demokratyzacji struktur kościelnych? Odpowiedź tkwi w historii Kościoła. Wystarczy dobrze odczytać jego genezę, by zdać sobie sprawę, jak bardzo różni się on od demokracji. Geneza Kościoła Kościół nie powstawał z woli człowieka ani na drodze demokratycznych wyborów. Do połowy XX wieku w teologii katolickiej obowiązywała teza, iż Jezus, przekazując św. Piotrowi „władzę kluczy” (Mt 16,18 – „Ty jesteś Piotr, czyli Skała i na tej skale zbuduję Kościół mój”), wprost i bezpośrednio ustanowił Kościół. Z czasem, odwołując się do najnowszych badań historycznych i biblijnych, poszerzono perspektywę teologiczną. Dzisiaj mówimy o procesie rodzenia się Kościoła, na który składają się ściśle ze sobą powiązane fazy: zrealizowanie przez Jezusa obietnic dotyczących ludu Bożego zawartych w Starym Testamencie; adresowane do wszystkich wezwanie do nawrócenia i wiary w Niego; ustanowienie Dwunastu jako szczególnej wspólnoty; wybór Piotra i nadanie mu misji; odrzucenia Jezusa przez przywódców żydowskich; ustanowienie Eucharystii; odnowienie przez Chrystusa w fakcie zmartwychwstania swojej wspólnoty z uczniami; zesłanie Ducha Świętego, które staje się proklamacją istnienia Kościoła; wyjście uczniów do pogan i formowanie się wśród nich Kościoła. „Jezus chciał założyć swój Kościół” i wprowadzić tym samym zgromadzonych wokół siebie ludzi w porządek królestwa. Wspólnota wierzących nie jest zatem wymysłem uczniów, którzy pragnęli jedynie przechowywać pamięć o swoim Mistrzu. Początek Kościoła należy widzieć w planie Bożym, który stopniowo ujawniał się w historii. Dzieło budowy tej wspólnoty to proces złożony, a nie jednorazowe wydarzenie. W jego centrum stoi osoba Jezusa, którego całe ziemskie życie było ukierunkowane na powołanie ludu Nowego Przymierza. Tajemnicze słowo: sukcesja Aby uchwycić różnicę między Kościołem a demokracją, należy przywołać jeszcze jedno słowo, które także dzisiaj determinuje sposób kierowania wspólnotą kościelną. Jest nim sukcesja. W tradycyjnym rozumieniu to następstwo, dziedzictwo, spadek po kimś, prawo do objęcia tronu. Termin ten w chrześcijaństwie posiada jednak szczególne znaczenie. Pojawił się po raz pierwszy około 165 roku. Wyraża on zasadę, zgodnie z którą biskupi z woli Chrystusa są następcami apostołów. Według Henryka Seweryniaka sukcesja apostolska „oznacza nieprzerwany proces przekazu posłannictwa Dwunastu, dokonujący się w mocy Ducha Świętego przez sakramentalny akt święceń biskupich dla zachowania tożsamości ewangelicznej Kościoła”. Jan Paweł II widział w niej „wywodzącą się od samych początków nieprzerwaną ciągłość ważnych święceń biskupich”. Benedykt XVI również zwraca uwagę na tę cechę: sukcesja „jawi się jako kontynuacja posługi apostolskiej, gwarancja trwania w Tradycji apostolskiej, słowa i życia, powierzonej nam przez Pana”. Jest to ciągłość zarówno historyczna, jak i duchowa. Sukcesja wyraża się najpierw „w tym historycznym łańcuchu, jest gwarancją trwania we wspólnocie kościelnej kolegium apostolskiego zgromadzonego przy Chrystusie przez Niego samego”. Ma również wyraźny wymiar duchowy, ponieważ „w posłudze uważana jest za szczególne miejsce działania i przekazywania Ducha Świętego”. Sukcesję wyraża gest nałożenia rąk, którego dokonuje biskup konsekrator wraz biskupami danej prowincji. Jest ona również poświadczona listami sukcesyjnymi przechowywanymi w poszczególnych Kościołach. Zwraca na to uwagę św. Ireneusz z Lyonu: „Otóż każdy, kto chce zobaczyć prawdę, może stwierdzić w każdym Kościele tradycję apostołów na całym świecie. I możemy wyliczyć tych, których apostołowie ustanowili biskupami w kościołach, oraz ich następców aż do nas”. W przypadku sukcesji możemy mówić o jej wymiarze indywidualnym: „sięgająca w swoim źródle do konkretnego imienia apostoła, przysługuje tylko biskupowi Rzymu jako następcy św. Piotr Apostoła”, a także kolegialnym: „poszczególni biskupi nie są […] następcami konkretnych apostołów, chociażby sprawowali urzędy w Kościele bezpośrednio przez nich założone”. Szukając podstaw sukcesji, należy widzieć jej źródło w dziele Chrystusa (ustanowienie Dwunastu, akt przekazania im Eucharystii – Mk 14,17; uniwersalizm misji apostolskiej – Mt 28,19 i wiecznotrwałość Kościoła). Początki tej praktyki sięgają Nowego Testamentu (pierwszeństwo św. Jakuba Młodszego w Jerozolimie, wybór Siedmiu, obecność starszych), a rozwój przypada na czas poapostolski (List Klemensa Rzymskiego, Listy Ignacego Antiocheńskiego).        Kościół i demokracja O kształcie Kościoła nie zdecydowały więc procedury demokratyczne, ale pragnienie Jezusa, który chciał powołać wspólnotę uczniów. Dwunastu stało się komórką-matką. Na mocy sukcesji, o czym świadczą nowotestamentalne teksty, przekazali oni Chrystusową Ewangelię całemu światu, budując równocześnie trwałe struktury. Także dzisiaj Kościół, pielęgnując pamięć o swoich początkach, strzeże tej pierwotnej Tradycji, co nie oznacza jednak wrogości wobec demokracji. To prawda, że Kościół w epoce rodzenia się współczesnych systemów demokratycznych (XVIII-XIX w.) pozostawał do nich raczej zdystansowany, a momentami nawet bardzo krytyczny, dzisiaj jednak jego stosunek jest pozytywny, chociaż niepozbawiony ostrożności. Co niepokoi we współczesnych demokracjach? Na pewno chodzi o zbyt mocny akcent położony na wolność człowieka. Niekiedy może być ona mylona z wszelką formą niezależności od władzy, z odrzuceniem ograniczeń ze strony społeczeństwa, tworzeniem własnych systemów wartości. Czasami z demokracji wyłania się nawet anarchizm zabarwiony nihilizmem. Drugim niebezpieczeństwem pozostaje relatywizm. Joseph Ratzinger w debacie z Jürgenem Habermasem przekonywał, że nowoczesne pojęcie demokracji jest nierozdzielnie związane z tym terminem. Relatywizm zdaje się być dzisiaj gwarantem wolności. A przecież „państwo, także demokratyczne, nie może trwać, nie będąc wspólnotą przekonań etycznych, nie mając ugruntowanego fundamentu aksjologicznego”. Demokracja bez wartości, zauważył Jan Paweł II, „łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. Oznacza to, że „państwo dla swej egzystencji potrzebuje ostatecznych kryteriów prawdy, dobra i sprawiedliwości. Ich źródłem nie może być demokracja – podstawową zasadą jest w niej przecież zasada większości, na jakiej zatem zasadzie demokracja miałaby podtrzymywać wartości wyznawane przez mniejszość? W rezultacie także demokratyczne państwo musi czerpać z zewnątrz niezbędną dla siebie miarę poznania i prawdy o dobru”. Istnieją bowiem, stwierdza J. Ratzinger, „prawa, wartości podstawowe, które nie podlegają dyskusji”. Czy zatem nie powinniśmy pytać raczej o wkład Kościoła w demokrację, aniżeli o demokratyzowanie się struktur kościelnych? Co może chrześcijaństwo dać systemom demokratycznym? Przede wszystkim wartości. Kościół zawsze uczył „ludzi idei i wartości przeddemokratycznych, które później okazały się istotne dla sukcesu myśli demokratycznej”.  O jakie wartości chodzi? Po pierwsze, o moralność. Skoro wiara chrześcijańska okazała się najbardziej „uniwersalną i racjonalną kulturą religijną […], również dzisiaj może oferować rozumowi podstawowe zręby wglądu moralnego, które uzasadniają nieodzowną dla życia społeczeństwa rozumną wiarę moralną”. Po drugie, o sprawiedliwość. Kościół zawsze pokazywał, że „istnieją moralne kryteria sprawiedliwości, niezależne od prawodawców, że można je poznać i że powinno się je stosować w życiu publicznym”. Po trzecie, o wolność wyznania: „Religie mogą wnieść swój wkład w rozwój demokracji pod warunkiem, że Bóg znajdzie miejsce również w sferze publicznej”. Benedykt XVI w encyklice Caritas in veritate stwierdził, że „wykluczenie religii ze sfery publicznej […] uniemożliwia spotkanie osób oraz ich współpracę dla rozwoju ludzkości. Ubożeją motywacje życia publicznego, a polityka wyraża się w formie ucisku i agresji”. Demokracja nie powinna w żadnym razie bać się religii, bowiem „obiektywne normy rządzące prawym działaniem są dostępne dla rozumu niezależnie od treści Objawienia”. Rolą religii w debacie publicznej nie jest proponowanie konkretnych rozwiązań politycznych, ale „pomaganie w oczyszczeniu i rzucaniu światła na stosowanie rozumu do odkrywania obiektywnych zasad moralnych”. Religia spełnia więc rolę korekcyjną względem rozumu, która niestety nie zawsze jest mile widziana. A przecież „«bez korekt, jakie daje religia, także rozum może paść ofiarą wypaczeń», ulegając manipulacji przez ideologie nieuwzględniające w pełni godności osoby ludzkiej”. Kościół z pewnością poradzi sobie bez demokracji, o czym mogliśmy się przekonać, żyjąc w Polsce komunistycznej. Nie jestem jednak pewien, czy demokracji wyjdzie na dobre odrzucenie kościelnej perspektywy.

 Przemysław Artemiuk 
Głos Ojca Pio | 10 maj 2019


„Zapraszamy wszystkich na Forum Charyzmatyczne, które odbędzie się w Netto Arena w Szczecinie od 31 maja do 2 czerwca br. W programie ewangelizacyjnym będzie m.in.: słuchanie Słowa Bożego, Msze Święte, różaniec i adoracja. Do udziału w Forum są zaproszeni wszyscy, także rodziny z dziećmi. Zapisy uczestników odbywają się na stronie www.lewjudy.org.

„Zapraszamy wszystkich do udziału w spotkaniu z bratem Elia, współczesnym włoskim mistykiem – stygmatykiem, które w naszej Archidiecezji odbędzie się 29 maja br. w parafii pw. Matki Bożej Bolesnej w Mierzynie. Brat Elia będzie uczestniczył we Mszy Świętej o godz. 18.00. Druga część spotkania rozpocznie się o godz. 19.30 w auli Szkół Salezjańskich, przy ul. Ku Słońcu 124 w Szczecinie, gdzie będzie miało miejsce spotkanie modlitewne z bratem Elia.”


Zapowiedzi ślubne II 19 maja 2019 rok Pysar Karolina c. Bogumiła stan wolny Rz-K Załom Akacjowa 3 Raj Paweł Marek s. Marka stan wolny Rz-K Warzymice 23


Majowe

Nabożeństwa majowe – znaczenie i tradycja

Liturgia.pl

Maj jest w Kościele katolickim miesiącem szczególnie poświęconym czci Matki Bożej. Słynne „majówki” – nabożeństwa, odprawiane w tym miesiącu wieczorami w kościołach, przy grotach, kapliczkach i przydrożnych figurach, na stałe wpisały się w krajobraz Polski. Centralną częścią nabożeństwa jest Litania Loretańska. Początków tego nabożeństwa należy szukać w pieśniach sławiących Maryję Pannę znanych na Wschodzie już w V w. Na Zachodzie poświęcenie majowego miesiąca Matce Bożej pojawiło się dopiero na przełomie XIII i XIV w., dzięki hiszpańskiemu królowi Alfonsowi X. Zachęcał on by wieczorami gromadzić się na wspólnej modlitwie przed figurami Bożej Rodzicielki. Nabożeństwo majowe bardzo szybko stało się popularne w całej chrześcijańskiej Europie. Jeden z mistyków nadreńskich, dominikanin bł. Henryk Suzo, w swoich tekstach wspomina, że jeszcze jako dziecko w maju zbierał na łąkach kwiaty i zanosił je Maryi. W XVI w. upowszechnieniu nabożeństwa sprzyjał wynalazek druku. Po raz pierwszy maj został nazwany miesiącem Maryi w wydanej w 1549 r. w Niemczech książeczce „Maj duchowy”, która była odpowiedzią na Reformację. W wielu żywotach świętych oraz kronikach zakonnych można wyczytać o majowym kulcie Maryi Panny. Dobrym przykładem jest św. Filip Nereusz, który gromadził dzieci przy figurze Matki Bożej, zachęcał do modlitwy i do składania u jej stóp kwiatów. Podobne zwyczaje opisują XVII wieczne kroniki włoskich dominikanów. Ojcem nabożeństw majowych jest żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku w Neapolu jezuita o. Ansolani. Organizował on w kaplicy królewskiej specjalne koncerty pieśni maryjnych, które kończył uroczystym błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Wielkim propagatorem tej formy czci Matki Bożej był jezuita, o. Muzzarelli, który w 1787 r. wydał specjalną broszurkę, którą rozesłał do wszystkich włoskich biskupów. Po mimo kasaty jezuitów przez Klemensa XIV, o. Mazurelli wprowadził nabożeństwo majowe w kościele Al Gesu w Rzymie. Rozpowszechnił je również w Paryżu, towarzysząc papieżowi Piusowi VII podczas koronacji Napoleona Bonaparte. To właśnie Pius VII obdarzył nabożeństwo majowe pierwszymi odpustami. W 1859 r. kolejny następca św. Piotra – Pius IX, zatwierdził obowiązującą do naszych czasów formę nabożeństwa, składającego się z Litanii Loretańskiej, nauki kapłana oraz uroczystego błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. W Polsce pierwsze odnotowane nabożeństwa majowe zostały wprowadzone w 1838 r. przez jezuitów w Tarnopolu. W połowie XIX w. „majówki” odprawiane już były w wielu miastach, m.in. w Warszawie w kościele Św. Krzyża, w Krakowie, Płocku, Toruniu, Nowym Sączu Lwowie i Włocławku. Litania Loretańska, która jest główną częścią nabożeństw majowych, powstała prawdopodobnie już w XII w. we Francji. Zebrane wezwania sławiące Maryję Pannę zatwierdził 11 czerwca 1587 r. papież Sykstus V. Swoją nazwę zawdzięcza włoskiej miejscowości Loretto, gdzie była niezwykle popularna. Ponieważ często modlący się dodawali do niej własne wezwania, w 1631 r. Święta Kongregacja Obrzędów zakazała dokonywania w tekście samowolnych zmian. Nowe wezwania posiadały aprobatę Kościoła i wynikały z rozwoju Mariologii. W Polsce jest o jedno wezwanie więcej. W okresie międzywojennym, po zatwierdzeniu przez Stolicę Apostolską uroczystości Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, za zgodą papieża Piusa XI, do Litanii dołączono wezwanie „Królowo Polski”.

f