Rozpoczynamy parafialne rekolekcje wielkopostne. Szczegółowy plan;

Sobota g. 18 oo Msza Św. i nauka ogólna

Niedziela g. 8 3o, 10 oo Czarna Łąka, 12 oo i 18 oo Msza Św. i nauka ogólna

Poniedziałek, Wtorek, Środa Msza Św. i nauka ogólna g. 9 oo, 17 3o Cz. Łąka i 19 oo.

Sakrament pokuty wtorek 8 oo -10 oo Czarna Łąka 17 oo – 18 3o i Załom 18 oo -20 oo.

Zapraszam!!!!


Małgorzata Laskowska
Jałmużna tylko dla bogaczy?
Różaniec

fot. Javier Molina | Unsplash (cc)

Czym tak naprawdę jest jałmużna? Czy warto ją praktykować, a jeśli tak, to dlaczego? Jeżeli jednak nie mamy pieniędzy i żyjemy bardzo skromnie? Czy wówczas możemy łatwo się z niej zwolnić, mówiąc, że jałmużna jest tylko dla tych, którzy mają się czym dzielić?

Modlitwa, post i jałmużna to podstawowe praktyki dobrze przeżywanego Wielkiego Postu. To również trzy filary życia duchowego, wizytówka chrześcijaństwa.
Po jałmużnie ich poznacie 
Życie duchowe ma to do siebie, że nie wszystkie jego aspekty są widoczne na zewnątrz. Przykładem tego są m.in. modlitwa i post. Owszem, ich owoce prędzej czy później stają się dostrzegalne, jednakże niewiele osób widzi nas modlących się czy poszczących. Taka bowiem jest natura modlitwy osobistej, szczególnie porannej i wieczornej, ale także tej odmawianej w ciągu dnia, a nawet w czasie pracy. I taka jest natura postu. Niekiedy, gdy pościmy, jesteśmy jedynie trochę bardziej bladzi niż zwykle i może odrobinę spokojniejsi, ale osoby z naszego otoczenia raczej nie domyślają się przyczyny tego stanu.
Jałmużna natomiast tym się różni od modlitwy i postu, że jest widoczną, namacalną, najczęściej zmaterializowaną pomocą na rzecz drugiego człowieka. Ma ona postać jakiegoś datku (np. pieniędzy, ubrań), który przekazujemy potrzebującym.
Szukając zatem chrześcijanina, często rozpoznajemy go w codziennym życiu właśnie po tym, że dzieli się czymś z innymi, pomaga, wspiera na wszelkie sposoby. Czyni tak nawet wtedy, gdy sam nie ma zbyt wiele. Zawsze jest w nim jednak gotowość niesienia pomocy.
Bł. ks. Kłopotowski – wielki jałmużnik ubogich
Bez wątpienia ikoną trzeciego filaru Wielkiego Postu był bł. ks. Ignacy Kłopotowski. Przez sobie współczesnych zapamiętany został jako człowiek wszelkich akcji, mających na celu pomaganie innym. I to także w sensie materialnym. Dziś, w XXI w., gdy próbujemy odczytać na nowo istotę jałmużny, możemy się od niego nauczyć przede wszystkim dwóch jej form: dzielenia się nie tylko swoim „wdowim groszem”, lecz także jedzeniem i czasem.
Możemy przecież zaprosić na posiłek do domu kogoś skromniej żyjącego. Możemy też zrobić dla niego zakupy i zanieść je pod drzwi lub po prostu podzielić się jedzeniem, które nam zostało. Bo przecież wciąż jeszcze tak wiele żywności wyrzucamy do kosza, zwłaszcza w okresie świątecznym.
Bł. ks. Ignacy dokarmiał głodnych i, co więcej, oddawał im też swój czas! Wzruszający gest, szczególnie dziś, w dobie samotności na wielką światową skalę! Poświęcić komuś swój czas, uwagę to także widoczny, namacalny dar – piękna wielkopostna jałmużna.
Małgorzata Laskowska
Różaniec 3/2019 

Dariusz Kowalczyk SJ
Nie przegap Wielkiego Postu!
Idziemy

fot. Colin Yuan | Unsplash (cc)

Może przystąpić każdy 

Współbrat Amerykanin powiedział mi, że w Stanach Zjednoczonych w żadnym dniu katolickie kościoły tak się nie wypełniają, jak w Środę Popielcową. Nawet na Wielkanoc nie ma takich tłumów. W Polsce Popielec też jest bardzo popularny i wielu ludzi idzie tego dnia do kościoła. Tym, co tak przyciąga, jest prosty ryt posypania głów popiołem i słowa: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz” albo „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Ryt ten wyraża kruchość życia i nieuchronne przemijanie, ale zarazem daje nadzieję, że jest Ktoś mocniejszy od śmierci. Zauważmy ponadto, że do rytu posypania popiołem może przystąpić każdy, również ci, którzy z różnych powodów nie przystępują do Komunii Świętej.

Będzie lepiej…
Lubię czas Wielkiego Postu. Napawa mnie ufnością. Że można coś poprawić. Że będzie lepiej… Były lata, w których Wielki Post marnowałem. Na szczęście budziłem się wówczas na Triduum Paschalne. Pozostawał jednak żal, że dane przez Boga i Kościół tygodnie przeleciały między palcami, że nie wykorzystałem danej mi szansy. Dlatego wiem, że Wielki Post warto sobie zaplanować. Pomaga nam w tym Kościół, zapraszając na rekolekcje i do wielkopostnej spowiedzi. W Polsce mamy w parafiach nabożeństwa Gorzkich Żali i Drogi Krzyżowej. Możemy też sami coś wymyślić. Na przykład lekturę Biblii. Każdego dnia mały fragment Ewangelii. Jeśli trudno nam znaleźć czas, to taka modlitewna lektura może trwać jedynie kilka minut. W ręku miejmy ołówek, by podkreślić to, co nas uderzyło, lub zapisać na marginesie jakąś myśl, która przyszła nam do głowy. Można też zaplanować odwiedzenie kogoś, komu sprawi to przyjemność, a z kim już dawno się nie widzieliśmy. Wielki Post wymaga od nas osobistej kreatywności.
Pan Jezus podczas czterdziestodniowego pobytu na pustyni był kuszony przez diabła (Mt 4, 1-11). My też będziemy kuszeni w Wielkim Poście. Zły duch będzie nas na różne sposoby przekonywał, że nie mamy czasu, aby podjąć i realizować w tym okresie jakieś postanowienia. To prawda, że generalnie brakuje nam czasu, ale jak się zastanowimy, to jakiś czas na wielkopostne spotkanie z Bogiem i bliźnimi znajdziemy.
Jezus w Kazaniu na Górze zachęca nas do jałmużny, modlitwy i postu (Mt 6, 1-18). To Jezusowe zaproszenie Kościół przypomina nam szczególnie w Wielkim Poście. Ojcowie Kościoła zachęcali do praktykowania tych trzech uczynków razem, gdyż wówczas tłumaczą się one i wzmacniają nawzajem. Nie jemy posiłku i w ten sposób oszczędzamy czas i pieniądze. Zaoszczędzone pieniądze przeznaczamy na biednych, wrzucając je np. do puszki św. Antoniego w parafii, a zaoszczędzony czas przeznaczamy na chwilę modlitwy.

Pokusa chleba, pokusa cudowności, pokusa idola

Trzy pokusy, którym poddany był Chrystus na pustyni, są swoistym streszczeniem wszystkich pokus pozostających w diabelskim repertuarze. Możemy je nazwać: pokusa chleba, pokusa cudowności, pokusa idola. Pokusa chleba (Powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem) jest typem pokusy posiadania, złożenia ufności w zdobywanych dobrach, wygody i konsumpcji. By zdobywać dobra, człowiek jest gotowy porzucić Boga, krzywdzić bliźnich. Ewentualne wyrzuty sumienia ucisza przekonywaniem się, że trzeba walczyć o swoje. Pokusa cudowności (Rzuć się w dół, a aniołowie na rękach nosić cię będą) jest typem wszelkiego rodzaju ucieczek od rzeczywistości, od własnej historii w iluzję (np. wygórowane mniemanie o sobie, nadużywanie alkoholu, uzależnienie od seksu). Trzecia pokusa to pokusa idola i władzy (Dam ci wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon), która symbolizuje żądzę kariery i panowania za cenę złych kompromisów, sprzedania się, utraty własnej tożsamości.
Jezus na pustyni nie wchodził z szatanem w dyskusje, ale odpowiadał mu słowami Pisma Świętego, wyrażającymi prymat Boga. Najlepszą obroną przed złym duchem jest bowiem stawianie Boga na pierwszym miejscu. Wielki Post to czas przywracania Bogu należnego Mu w naszym życiu miejsca.
Dariusz Kowalczyk SJ
Idziemy nr 8 (491), 22 lutego 2015 r. 

Media i religia, czwarte kuszenie Chrystusa?
Kwartalnik Homo Dei

fot. Elijah ODonnell | Unsplash (cc)

Wprowadzenie

Avery Dulles, amerykański jezuita i nestor wielkich teologów katolickich, od 2001 r. kardynał, w artykule Religia i media opowiedział zasłyszaną przygodę, jaka w USA miała się przytrafić pewnemu biskupowi z Europy [1]. Hierarcha udał się do Nowego Jorku. Bezpośrednio po przybyciu na miejsce jeden z dziennikarzy obcesowo zapytał go, czy ma zamiar odwiedzić jakiś nowojorski nocny klub. W odpowiedzi hierarcha, by nie zaogniać sytuacji, pozorując naiwność i nie bez dowcipnej ironii, odpowiedział pytaniem: „Czy w Nowym Jorku są nocne kluby?” Następnego dnia biskup przeżył szok, gdy przeczytał w gazecie tytuł newsa z nim samym w głównej roli: Pierwsze pytanie biskupa: „Czy w Nowym Jorku są nocne kluby?” Dziennikarz nie kłamał. Hierarcha rzeczywiście zaczął od pytania o nocne kluby, ale – znając sytuację – zdajemy sobie sprawę, że dziennikarz dokonał manipulacji. Tytuł – komentuje Dulles – nie był nieprawdziwy, ale jak w przypadku wielu newsów, nie komunikował prawdy.
Opowiedziana anegdota posłużyła amerykańskiemu teologowi za punkt wyjścia do rozważań na temat relacji między religią a mass mediami informacyjnymi. Jezuita uważa, że charakteryzuje ją duży stan napięcia, który jest czymś jak najbardziej normalnym. Przyczyny napięć nie są przypadkowe, chociaż i takie się zdarzają; napięcia mogą wynikać – przykładowo – ze złej woli mediów, które mają krytyczny stosunek do religii i z upodobaniem dają temu wyraz w swoich informacjach, a na dodatek sami wierzący swoim życiem od czasu do czasu podrzucają im co pikantniejsze pomysły. Niemniej jednak poważniejsze przyczyny napięć tkwią dużo głębiej. Dulles uważa, że opozycja między mass mediami informacyjnymi i religią istnieje nie tylko de facto, ale de iure, tj. wynika z istoty (czy natury) samych tych mediów i religii. Wiele trudności między Kościołem a mediami można wytłumaczyć, gdy uwzględnimy naturę przesłania Kościoła i komunikacyjne moce dziennikarstwa. Sądzę, że obie pozostają w koniecznym napięciu.
To, co istotne w Kościele, trzeba się zgodzić z Dullesem, jest święte, media zaś z istoty są obrazoburcze – z reguły kierują się zasadą good news no news (dobre wiadomości to żadne wiadomości). Kościół głosi to, co stare (objawione przed wiekami), media szukają tego, co nowe, nowinkarskie. Uzasadnienie nauczanie Kościoła w sprawach wiary i moralności często jest złożone, subtelne, wieloaspektowe, po prostu trudne, tymczasem media gustują przede wszystkim w tym, co łatwe, proste, jednoznaczne i bez niuansów. Przesłanie Kościoła promuje harmonię i pokój, a media interesują się konfliktami, walką i niezgodą – bad news good news (złe wiadomości są dobrymi wiadomościami). Kościół żyje tym, co niewidzialne i duchowe, media zaś tym, co widzialne i zjawiskowe, sensacyjne. Kościół jest hierarchiczny, tymczasem medialnym kryterium oceny działalności wszystkich instytucji jest demokratyczność. Ergo: mass media informacyjne – z natury rzeczy – nie są w stanie przekazywać pełnej prawdy o religii, a nawet są skazane na jej zniekształcanie.
Stanowisko Dullesa można uznać za ostrożne – jezuita swoją diagnozę ogranicza do mass mediów informacyjnych. Pokaźna część badaczy jednak utrzymuje, że współczesne media elektroniczne w ogóle i z natury rzeczy są opozycyjne, przeciwstawne czy wręcz wrogie religii. Czy rzeczywiście istnieje naturalna przeciwstawność lub wrogość między mass mediami i religią? W niniejszym artykule wskażę na zaledwie niektóre – teoretyczne i praktyczne – zagadnienia i problemy, które kryją się za tym pytaniem.
Medialno-religijni ikonoklaści
Stanowisko „media z natury przeciwko religii” reprezentują – bardziej lub mniej wyraźnie i zdecydowanie – tacy autorzy, jak: William Bennett, Daniel J. Boorstin, Jacques Ellul, William F. Fore, Michael Medved, Ken Meyers, Malcolm Muggeridge, Jay Newman, Neil Postman czy Quentin Schultze. Muggeridge nazywa mass media – co dla stanowiska „media przeciwko religii” brzmi wręcz symbolicznie – „czwartym kuszeniem” Chrystusa [2], które Rabbi z Nazaretu, oczywiście, także by odrzucił. Zdaniem brytyjskiego autora, długoletniego pracownika radia i telewizji, media z istoty zajmują się fantazją, produkują obrazy i wyobrażenia, które nie są prawdziwe i które nie mają i nie mogą mieć większego związku z rzeczywistością. Chrystus – Muggeridge, dodajmy, analizuje przede wszystkim telewizję, i to w kontekście chrześcijaństwa – nie da się wtłoczyć w fantazyjne ramy mediów, produkujących pozory rzeczywistości. I nie poradzą tu nawet chrześcijańscy ludzie mediów, starający się o ich odnowę.
Chrześcijańska reforma mediów z góry skazana jest na niepowodzenie. Środki masowego przekazu z samej swojej natury nie nadają się do celów konstruktywnych, a wręcz przeciwnie, oferują chrześcijańskiej społeczności coś, co – z religijnego punktu widzenia – jest niebezpiecznie destrukcyjne.
Wydaje się, że najgłośniejszym echem w świecie odbiła się krytyka mediów głoszona przez Neila Postmana, amerykańskiego badacza kultury. Zawarł ją przede wszystkim w słynnej książce Zabawić się na śmierć [3]. Nie zapomniał w niej również o religii.
Postman stawia tezę, że wraz z rewolucją technologiczną XX w. – wynalazczynią mediów wizualnych, które zdetronizowały medium drukowane, czyli słowo – Zachód przeżywa (przykrą) rewolucję, która dotyka wszystkich dziedzin naszej kultury, w tym również religii. Cel mediów, którymi rządzą – inaczej niż w mediach typograficznych – obrazy, a takie media dominują w naszym świecie, sprowadza się do zapewnienia masowym odbiorcom rozrywki i zabawy, uczty przyjemnych i/lub mocnych wrażeń. Nasza polityka, religia, programy informacyjne, sport, oświata i handel zostały przekształcone w przyjemne dodatki do show-businessu […]. Telewizyjny sposób poznawania świata jest bezwzględnie wrogi w stosunku do sposobu poznawania świata proponowanego przez typografię [przeważa w nim rozum, wysiłek intelektualny – J. M.]; […] telewizyjne rozmowy propagują chaos i banał; […] wyrażenie „poważna telewizja” jest antynomią; […] telewizja przemawia tylko jednym uporczywym głosem – głosem rozrywki [4].
Postmanowi nie chodzi tylko o to, że media elektroniczne, których żywiołem są obrazy, nie zaś słowo (druk), oferują nam tematykę rozrywkową, ale przede wszystkim o to, że uczyniły one z rozrywki naturalny format, w którym przedstawia się wszelkie doznania, a wszelka tematyka przedstawiana jest jako rozrywka [5]. Takie media nawet wydarzenia najtragiczniejsze i najbardziej dramatyczne, bolesne czy okrutne przedstawiają w sposób rozrywkowy. Ryszard Kapuściński, który inspirował się stanowiskiem Postmana, dobrze wyraził to rozrywkowe spojrzenie na ludzkie dramaty i wielkie tragedie na przykładzie medialnych relacji z wojny w Zatoce Perskiej: Był to bardzo specyficzny zabieg [zastosowany przez CNN – J. M.], pokazywanie wojny jako widowiska, doskonale pasującego do filozofii konsumeryzmu. Takie relacjonowanie wojny, które nie przeszkadza nam w kolacji czy lunchu. To jest uestetycznienie zdarzenia, które w rzeczywistości jest krwawe i okrutne. […] Masowe media coraz bardziej będą się stawały częścią przemysłu rozrywkowego [6].
Potęga współczesnych mediów jako rozrywki jest ogromna – uważa Postman. Niczym wszechpotężny walec zgniatają i przekształcają na swoją modłę wszystkie dziedziny ludzkiej kultury i ludzkich zachowań – w tym religię! Także ona zostaje sprowadzona do zabawy i rozrywki. Religia w mediach elektronicznych staje się rzeczywistością, która nie ma wiele wspólnego z tym, co – jak dotychczas uważano i nadal się uważa – tradycyjnie rozumie się przez religię; zostaje odarta z tego, co jest w niej najgłębsze i co (tradycyjnie) stanowi o jej naturze. Religia w telewizji, tak jak wszystko inne, przestawiana jest po prostu i bez apologii – w formie rozrywki. Wszystko, co nadaje religii charakter historycznej, głębokiej i kultowej ludzkiej działalności, zostaje tu odrzucone; nie ma żadnego obrządku, dogmatu, tradycji, żadnej teologii, a przede wszystkim – żadnej duchowej transcendencji [7]. Religia w mediach elektronicznych ulega spłyceniu, spłaszczeniu, mistyfikacji, wynaturzeniu.

Jaki pan, taki kram
Kluczem do zrozumienia prezentowanego tu stanowiska „media przeciwko religii” jest klasyczne adagium Marshalla McLuhana, wielkiego kanadyjskiego teoretyka mass mediów: The medium is the message [8]. Zwykle frazę tę tłumaczy się na polski przez: „środek przekazu jest przekazem” lub „środek komunikowania jest komunikatem”. Wydaje się, że z perspektywy stanowiska „media przeciwko religii” sens słów McLuhana można trafnie oddać z pomocą choćby takiego przysłowia: „Jaki pan, taki kram”. To, jaki jest środek przekazu (jaka jest natura medium), sprawia, że jest on bardziej lub mniej odpowiedni do przekazywania konkretnych treści, a jednocześnie wpływa on na jakość i zawartość tych treści. Jeden i ten sam dyskurs jest komunikowany i odbierany przez odbiorców na różne sposoby w zależności od rodzaju medium – czy jest to internet, radio, telefon komórkowy, prasa, kino, fotografia czy telewizja.
By jakaś rzeczywistość mogła być przekazywana przez medium i jawić się odbiorcom w sposób integralny, nie skażony czy nie zafałszowany, między tym medium a tą rzeczywistością musi istnieć jakieś pokrewieństwo, zgodność, współgranie, bliskość i kompatybilność. Otóż mass media elektroniczne to kanał, którym nie jesteśmy w stanie przepuścić wód religii w taki sposób, by dotarły do odbiorców choćby tylko nie zanieczyszczone, a co dopiero krystalicznie czyste. Religia, która dostaje się w tryby mass mediów, doznaje takiego przekształcenia, że wychodzi z nich w postaci, która ma niewiele wspólnego z religią. A wszystkiemu winna przede wszystkim obrazowa, wizualna natura mediów elektronicznych – dominacja obrazu-wizji nad słowem. Gdy słowo przegrywa z obrazem, budzą się wszelkie demony wrogie religii i w ogóle zresztą kulturze racjonalnej. W tym kontekście znacząco brzmi tytuł książki francuskiego myśliciela Jacques’a Ellula: La parole humiliée – Upokorzenie słowa.
Słowo, szczególnie drukowane (jak dowodzi choćby N. Postman), będąc nośnikiem idei i myśli, odwołuje się przede wszystkim do rozumu – po grecku logos, co oznacza też „słowo”. Słowo „zmusza” odbiorcę do logicznego i spójnego dyskursu, angażuje jego intelekt i inteligencję. Obraz zaś ma to do siebie, że zasadniczo nie angażuje rozumu, nie jest nośnikiem idei i myśli, nie wymaga od nas logicznego dyskursu, nie angażuje intelektu i inteligencji, ale odwołuje się przede wszystkim do uczuć.
Apeluje do sfery emocjonalnej, niewiele robiącej sobie z logosu. Jako takie, elektroniczne media nie mogą nie być rozrywką, której żywiołem są przecież emocje. Skoncentrowane na uczuciach odbiorców, z konieczności oferują im zabawę. Tymczasem religia nie jest rozrywką i zabawą (choć i one mogą się w niej znaleźć), a do jej istoty należy logos – słowo, rozum. Takie rozumienie istoty religii – dodajmy – potwierdza Benedykt XVI, który w 2006 r. powiedział w słynnym wykładzie na uniwersytecie w Ratyzbonie: Bóg działa przez logos. „Logos” oznacza zarazem rozum i słowo – rozum, który jest twórczy, ale może się udzielać właśnie jako rozum. […] Działanie niezgodne z logosem jest sprzeczne z istotą Boga. […] Podstawowe decyzje, właśnie te, które dotyczą związków wiary z poszukiwaniami ludzkiego rozumu, są częścią samej wiary i jej rozwoju, zgodnie ze swą naturą. […] Głęboko religijne kultury świata widzą właśnie w […] wykluczeniu pierwiastka boskiego z uniwersalizmu rozumu atak na ich najgłębsze przekonania. Rozum głuchy na to, co pochodzi od Boga, i starający się zepchnąć religię do sfery subkultury nie jest w stanie włączyć się do dialogu kultur [9].
Fides quaerens intellectum: wiara (ze swej istoty) szuka zrozumienia, ale problem w tym – słyszymy w stanowisku „media przeciwko religii” – że media elektroniczne nie są w stanie jej w tym pomóc, raczej stanowią na tej drodze przeszkodę.
Wiara tylko ze słyszenia?
Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz 10,17) – ta wypowiedź św. Pawła jest szczególnie bliska (chrześcijańskim) przedstawicielom stanowiska „media przeciwko religii”. Mogą oni powoływać się także i między innymi na wypowiedź papieża Pawła VI: Słowo zawsze posiada swą wyższość i skuteczność, zwłaszcza gdy niesie z sobą moc Bożą. Z tego powodu i w naszych czasach zachowuje swą aktualność Pawłowa „wiara ze słuchania”: usłyszane słowo prowadzi do wierzenia (adhortacja Evangelii nuntiandi, nr 42).
Siła stanowiska „media przeciwko religii”, jego przekonująca moc bierze się przede wszystkim z faktu, że to, co oferują nam dziś media, rzeczywiście we wręcz monstrualnej skali jest rozrywką. Rozrywka nie tylko dominuje w mediach, ale zdaje się z nimi wręcz utożsamiać. Elektroniczne media, szczególnie wizualne, przypominają wielką, ogromną fabrykę rozrywki, bawiącej i straszącej. Zalewa nas istny medialny potop zabawy, śmiechu, przyjemności, ekstazy, wzruszenia, sensacji, blichtru, świecidełek, ale i seksu, perwersji, łez, skandali, przemocy, krwi, trupów, przerażenia, strachu, horroru. Diagnoza ta nie potrzebuje dowodów. To jest oczywiste, przerażająco oczywiste, wystarczy włączyć telewizor czy wejść do internetu. I media ten – rozpisany na nieskończenie wiele głosów – rozrywkowy format narzucają każdej dziedzinie naszej kultury. Także religii.
Czy jednak to wszystko musi oznaczać, że taka właśnie, rozrywkowa jest natura tych mediów, że wszystko, czego się tylko one dotkną, z istoty swej musi się zamienić w rozrywkę? A jeśli w ofercie np. telewizji znajdą się religijne programy poważnie traktujące dyskurs logiczny i racjonalny, nie fałszujące prawdy i przesłania religii (czy takie się nie zdarzają? [10]) – to co? Mielibyśmy traktować je jako wyjątki potwierdzające zatrważającą (dla religii) regułę? I jaka liczba takich poważnych religijnych programów stanowiłaby jeszcze wyjątek, a jaka już nie? No i kto miałby o tym decydować?
Czy rzeczywiście w mediach elektronicznych, w których dominuje obraz, religia z konieczności musi się przekształcać się w quiz, cyrk, show czy zabawę? Czy obraz z istoty zagraża religii, sprzeciwia się jej lub ją wynaturza? Na pierwszy rzut oka Biblia zdaje się nie pozostawiać co do tego wątpliwości, podnosząc do rangi przykazania Bożego zakaz robienia obrazów: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! (Wj 20,4). To cytat, na który z upodobaniem odwołuje się stanowisko „media przeciwko religii”.
Co jednak w tym kontekście – i w odniesieniu przynajmniej do chrześcijaństwa [11] – począć z tymi wypowiedziami Nowego Testamentu, które akcentują także niezbywalną dla wiary wagę obrazu, wzroku i widzenia? Oto kilka przykładów:
– W Ewangelii Jana Jezus mówi: Kto Mnie widzi, widzi i Ojca (14,9).
– W ścisłym związku z tymi słowami Paweł z Tarsu napisze: On [Chrystus] jest obrazem Boga niewidzialnego (Kol 1,15).
– Paweł w Liście do Rzymian: [Bóg] tych, których od wieków poznał, tych też przeznaczył na to, by się stali na wzór obrazu Jego Syna (8,29).
– U Mateusza Rabbi z Nazaretu powiedział: Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą (5,8).
– W Ewangelii Łukasza Jezus zwrócił się do samych uczniów i rzekł: „Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. […] Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli” (10,23-24).
– W 1 Liście Jana czytamy: [To wam oznajmiamy], co było od początku, cośmy usłyszeli […], co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce (1 J 1,1).
– Jezus uzdrawiał i tych, którzy byli niemi, i tych, którzy byli ślepi – przywracał mowę, ale też wzrok: Wówczas przyprowadzono Mu opętanego, który był niewidomy i niemy. Uzdrowił go, tak że niemy mógł mówić i widzieć (Mt 12,22).
Te i inne podobne biblijne teksty stały się jedną z zasadniczych racji za chrześcijańską ikonografią mimo „sprzeciwu” Księgi Wyjścia. Nie wdając się w zawiłości teologiczne, przypomnijmy trzy wielkie wydarzenia-procesy w dziejach chrześcijaństwa, których głównym bohaterem stały się obrazy.
1. Wielkie i burzliwe starożytne spory między ikonoklastami, negującymi wszelkie przedstawienia rzeczywistości sakralnej, i ikonodulami, zwolennikami obrazów przedstawiających Chrystusa. II Sobór Nicejski opowiedział się za ikonodulią, uzasadniając ją realizmem Wcielenia, które unieważnia zakaz tworzenia obrazów z Księgi Wyjścia.
2. Średniowieczna Biblia pauperum, „Biblia ubogich” – księga z przedstawieniami wydarzeń z życia Chrystusa i innych bohaterów Pisma Świętego, przeznaczona dla religijnej edukacji illiteratorum, tych, którzy nie umieli czytać, a więc ówczesnej absolutnej większości chrześcijan.
3. Spory o obrazy w czasach reformacji. Część protestantów odrzuciła je, jako sprzeczne z zakazem Księgi Wyjścia. Niemniej Marcin Luter w 1522 r. uznał ich istnienie: obrazy w świątyniach to „widzialne słowo”, które buduje i poucza wiernych. Podstawowe księgi wyzna-niowe luteranizmu – Konfesja augsburska i Artykuły szmalkaldzkie usankcjonowały stanowisko ojca reformacji.
Jeśli w religii obraz może odgrywać pozytywną rolę, choćby edukacyjną i pouczającą, to rodzą się pytania: czy stanowisko „media przeciwko religii” nie przeocza czegoś istotnego w swoich analizach antyreligijnego znaczenia obrazu? Czy nie grzeszy jednostronnością, „wywyższając” w religii słowo, a „poniżając” obraz? Czy – przynajmniej z chrześcijańskiego punktu widzenia – w nieuprawniony sposób nie absolutyzuje w religii słowa, przyjmując, że obraz z natury i istoty ją „zanieczyszcza”? Czy stanowisko to nie absolutyzuje intelektualnego, racjonalnego i teoretycznego wymiaru religii ze szkodą dla wymiaru uczuciowego, emocjonalnego, doświadczeniowego i pozasłownego?
Pius XII w encyklice Miranda prorsus pisał: Wśród różnych sposobów przekazu szczególne miejsce zajmują dzisiaj […] techniki audiowizualne, pozwalające przekazywać na wielką skalę wszelkie treści za pomocą obrazu i dźwięku. Ten sposób przekazywania wartości duchowych jest całkowicie zgodny z naturą człowieka […]. Zwłaszcza zaś wzrok, jako szlachetniejszy i godniejszy niż inne zmysły, łatwiej niż one prowadzi do poznania rzeczy duchowych. Wspomniane trzy audiowizualne środki technicznego przekazu, a mianowicie film, radio i telewizja, nie powinny służyć tylko rozrywce i wypoczynkowi (choć wielu ze słuchaczy i widzów tego jedynie w nich szuka), ale bardziej do przekazywania myśli i uczuć. Mają zatem stanowić nową i skuteczną formę rozbudowy kultury w łonie nowoczesnego społeczeństwa (nr 46-47) [12].
Jan Paweł II mówił do ludzi kultury, sztuki i mediów (Monachium, 19 listopada 1980 r.): Kościół potrzebuje słowa, które zdolne będzie świadczyć i przekazywać słowo Boże i które jednocześnie będzie słowem ludzkim. […] [Ale] Kościół potrzebuje [także] obrazu. Ewangelia wyraża się w wielu obrazach i porównaniach. Ewangelia powinna i może być ukazywana w formie obrazów. W liście Novo millenio ineunte pisał: Ludzie naszych czasów proszą dzisiejszych chrześcijan, aby nie tylko „mówili” o Chrystusie, ale w pewnym sensie pozwolili im Go „zobaczyć” (nr 16) [13].
Biskupi Azji – mając na uwadze główne narzędzie ewangelizacyjnej działalności Kościoła na swoim kontynencie – podkreślają istotną rolę nie tyle słowa czy mówienia, jak w Kościele świata Zachodu, ile widzenia i świadectwa. W przeciwieństwie do upodobania Kościoła Zachodu w przepowiadaniu werbalnym, mentalność azjatycka preferuje widzenie. W przesłaniu z Siódmego Zgromadzenia Plenarnego Federacji Konferencji Biskupów Azji (3-12 stycznia 2000 r. [14]) czytamy: Gdybyśmy odważyli się na dodanie czegoś do słów św. Pawła o początkach wiary, to – z perspektywy Azji – uzupełnilibyśmy je w taki sposób: wiara bierze się ze „słuchania” i „widzenia” (III,3) [15].
Cnota umiaru
Zasadnicza słabość stanowiska „media przeciwko religii” polega również na tym, że nie oddaje ono (lub sprawia takie wrażenie) sprawiedliwości skali dokonującej się na naszych oczach technologicznej rewolucji w świecie mediów. Znajdujemy się obecnie w tyglu niewyobrażalnych technologicznych przekształceń, tak wielkich, że zmianom podlega – można powiedzieć – sama natura mediów. Trudno jasno i dokładnie przewidzieć, w jaką stronę będzie zmierzał ten zdumiewający proces, ale zapewne jeszcze nie raz będziemy świadkami niejednej niespodzianki. W każdym razie z dotychczasowego rozwoju wypadków w najnowszej historii rewolucji technologicznej płynie wołanie o umiar w formułowaniu „ostatecznych” wyroków co do natury mediów i charakteru relacji media – religia. Wydaje się, że stanowisko „media przeciwko religii” w jakiejś mierze sprzeciwiło się tej cnocie umiaru.
Klarownie a syntetycznie o rewolucyjnych zmianach w technologii medialnej pisał Ryszard W. Kluszczyński: Współczesna technologia cyfrowa łączy mikroprocesor, kable światłowodowe, technologie laserowe i transmisję satelitarną, jak również burzy tradycyjne różnice pomiędzy telewizją, systemami audialnymi i telefonicznymi oraz komputerami. Nowe aplikacje i nowe sposoby integrowania istniejących technologii są dzisiaj głównymi obszarami rozbudowy i rozwoju. Łącząc komputer z systemem telekomunikacyjnym, otrzymaliśmy Internet.
Technologia CD odbyła drogę od płyty dźwiękowej do komputera multimedialnego. […]. Szczególnie ważną rolę odgrywają dziś technologie związane z Internetem. Ta globalna sieć komunikacyjna zyskała szczególnie na znaczeniu od chwili, kiedy Tim Berners-Lee stworzył w 1989 roku język komputerowy łączący teksty, obrazy i dźwięki – HTML (Hypertext Markup Language). Od tego czasu pojawiła się możliwość lokowania w Internecie baz danych (stron internetowych, witryn, web-sites) interaktywnie dostępnych dla każdego odbiorcy niezależnie od jego miejsca pobytu, o ile oczywiście miejsce to pozostaje w granicach funkcjonowania układu telekomunikacyjnego [16].
Współczesna, ale wciąż zmieniająca się (!), technologia mediów – z internetem, hipertekstami (tekst + obraz + dźwięk) czy multimediami, a ostatecznie z mediami audiowizualnymi, łączącymi różne środki przekazu i komunikacji – sprawia, że słowo-logos, wyrzucane za drzwi w epoce triumfu mediów wizualnych, niespodziewanie powraca dzisiaj – w epoce mediów audiowizualnych – na scenę drzwiami i oknami. W mediach audiowizualnych obraz integruje się ze słowem mówionym (dźwięk) i pisanym (druk). Zdaniem niektórych badaczy Zachód wchodzi obecnie na drogę ku nowej „kulturze słyszenia” [17], staje się kulturą „wtórnej oralności” [18]. Wydaje się, że przedstawiciele współczesnego „medialno-religijnego ikonoklazmu” nie dostrzegają lub nie doceniają tych kulturowo-medialnych przemian.
Internetowe strony i witryny zawierają niebotyczną ilość tekstów, gazet, czasopism, artykułów i rozpraw naukowych, książek i manuskryptów, które można czytać na ekranie komputera lub na papierze, po skorzystaniu z drukarki. Oczywiście, zdecydowana większość tych internetowych tekstów oferuje rozrywkę i zabawę, ale przecież znajdują się tam całe (wielkie i mniejsze) biblioteki świętych pism religii, wielkich ich postaci, jak choćby ojców Kościoła (w oryginale i w przekładach), dokumentów Kościołów (np. znakomita strona Watykanu z papieskimi dokumentami w kilku językach), artykułów, rozpraw i dzieł teologicznych czy mediologicznych (również, a jakże, medialno-religijnych ikonoklastów!). Skrzętnie i obficie sięgałem do tekstów internetowych przy pisaniu niniejszego artykułu (zob. przypisy).
Medialna atrakcyjność religii?
Tezy o naturalnej – de iure – przeciwstawności czy wrogości mediów elektronicznych do religii nie da się – jak sądzę – obronić. Tym niemniej w praktyce – de facto – media te bardzo często są opozycyjne wobec religii, przeciwstawne jej, a nawet wrogie. W mediach wiele dziś treści przeciwnych religii, prezentujących ją jednostronnie, ośmieszających, szydzących z tego, co w niej najświętsze, czy po prostu ukazujących ją w krzywym zwierciadle. To jednak, że taka sytuacja nie jest generowana naturą mediów, uzasadnia nadzieję na lepsze czasy dla religii w mediach audiowizualnych, chociaż „najlepsze” to one chyba nigdy nie będą. Pociąg mediów do rozrywki – sensacyjności, skandali czy konfliktów, a tych w religii (ściślej: we wspólnotach religijnych, ale dla uproszczenia będę się posługiwał określeniem „religia”) nie brakuje – w praktyce wydaje się nieusuwalny.
W tym też miejscu dochodzimy do pierwszej – z zaledwie kilku, o których wspomnę – lekcji, jaka dla religii wynika z tej sytuacji: jeśli nie ma nadziei na pełne przezwyciężenie napięcia między mediami a religią, to jednak religia może próbować osłabiać to napięcie. Najważniejsze, by ludzi wierzący potrafili minimalizować w swoim życiu to, co jest żywiołem mediów: skandale, konflikty, a ostatecznie zło. Im mniej w życiu ludzi religii zła, tym mniej złych religijnych newsów w mediach. Zasadniczo odpowiedzialność za złe newsy o religii lokuje się po stronie ludzi religii, nie zaś mediów.
Oczywiste jest jednak, że zła nie da się w pełni usunąć z religii. Chcemy czy nie, złe newsy o religii nie znikną z mediów. Religia jednak może osłabiać ich destrukcyjną wymowę. Medialna atrakcyjność religijnych skandali czy konfliktów wiąże się z faktem jakże częstego otaczania ich przez ludzi religii swoistą aurą tajemniczości: np. publiczne przemilczanie, tuszowanie, zakrywanie, chowanie głowy w piasek, udawanie, że nic złego się nie dzieje, wykrętne tłumaczenia itp. Tego rodzaju tajemniczość jest tylko wodą na medialny młyn. Religia musi nauczyć się, odważnej i szczerej, medialnej (tj. zgodnej z zasadami funkcjonowania mediów) prezentacji zła, jakie się w niej zdarza. To sposób na minimalizowanie złych religijnych i społecznych skutków tego zła. Chcemy czy nie, publiczna prezentacja utożsamia się dzisiaj z prezentacją w mediach, a to znaczy, że religia potrzebuje religijnych ludzi mediów, takich, którzy pracują z mediami i w mediach nie z przypadku, ale z powołania (!), wspartego jak najbardziej profesjonalnym przygotowaniem [19].
Religia potrzebuje ludzi mediów, którzy ją reprezentują, rzecz jasna, nie tylko do przedstawiania i tłumaczenia w mediach skandali czy konfliktów w religii, ale również i przede wszystkim do przedstawiania i tłumaczenia dobra, jakie jest obecne i wydarza się w religii. Religia oferuje ludziom ogromne pokłady dobra, nieskończenie wielkie i głębokie, bo zakorzenione w nieskończonym dobru samego Boga: sens życia, nadzieję, wspólnotę, pomoc i oparcie w cierpieniu, głęboką radość i świętowanie w „szarej” codzienności, klucz do fundamentalnych egzystencjalnych pytań, obecność Boga i Jego „dotyk” (łaska), autentyczną i najgłębszą tajemniczość, godność, moce do (dobrego) przemieniania świata… Czy można wyobrazić sobie rzeczy większe w ludzkim życiu? Ale jak medialnie mówić i pisać o dobru religijnym, jak dobro to pokazywać, by przyciągało, pociągało, skłaniało i przekonywało do siebie? Ostatecznie: co robić w mediach, by dobro to było dla ludzi – nie waham się napisać – atrakcyjne? W tym miejscu mogę sobie wyobrazić reakcję (oburzenie?) przynajmniej części Czytelniczek i Czytelników: religia i atrakcja? – przecież to sprzeczność! Trzeba jednak pamiętać, że słowo „atrakcyjny” pochodzi od łacińskiego attraho – ad + traho – co oznacza właśnie: pociągać, przyciągać, skłaniać, przekonywać.
Jezus w Ewangelii Jana mówi: Ja, gdy z ziemi zostanę podniesiony, wszystkich przyciągnę do siebie – w wersji łacińskiej (Wulgata): Ego si exaltatus fuero a terra omnia traham ad me ipsum (12,32). Gdy w tej samej Ewangelii Jezus, po zmartwychwstaniu, wskazał uczniom, gdzie mają łowić ryby (czyli – taka jest wymowa tego opowiadania – doprowadzać ludzi do wiary), bo nic nie złowili, to jak czytamy: Zarzucili sieć i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć [łac. trahere]. […] Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc [łac. trahentes] za sobą sieć z rybami. […] Rzekł do nich Jezus: „Przynieście jeszcze ryb […]”. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął [łac. traxit (od traho)] na brzeg sieć pełną wielkich ryb (21,36.8.10). Czy zatem to, co robią i głoszą uczniowie i uczennice Chrystusa, nie powinno być atrakcyjne, „pociągające”, „przyciągające”, „przekonujące”, „skłaniające” do wiary? Czy atrakcyjność nie da się pogodzić z religią?
By znaleźć właściwe odpowiedzi na postawione wcześniej pytania, nieodzowna jest (techniczna, technologiczna itp.) znajomość mediów, ich możliwości, specyfiki, sposobów działania, „blasków i cieni”, natury. Fakt, że natura mediów wciąż się zmienia, nie ułatwia religii zadania – dlatego też nie da się znaleźć jednej ostatecznej i wszechogarniającej odpowiedzi. To zadanie „na zawsze” dla religii. Jakiekolwiek okażą się jednak te odpowiedzi, nie będą one wystarczające, jeśli zabraknie im wymiaru teologicznego, a więc właściwego dla religii. Religia potrzebuje teologii mediów! Z tym jednak nie jest najlepiej. Wyobrażenie o sytuacji w tej dziedzinie można sobie wyrobić – przynajmniej w jakiejś mierze – zaglądając do internetu.
W chwili kiedy piszę te słowa, wyszukiwarka Google’a znalazła 936 mln linków do hasła media – po angielsku i 2,63 mln – po polsku, do theology – 28,5 mln i do „teologia” – 1,84 mln. Tymczasem angielska fraza theology of media (plus media theology) ma tylko nieco ponad 23 tys. linków, podczas gdy polskie hasło „teologia mediów” – uwaga (!) – zaledwie 7 (słownie: siedem), a „teologia środków społecznego przekazu” (lub „społecznej komunikacji”) – 134 (sto trzydzieści cztery). Do myślenia daje fakt, że w Polsce tylko na jednym jedynym uniwersyteckim wydziale teologicznym istnieje ośrodek prowadzący pięcioletnie studia magisterskie w zakresie edukacji medialnej i dziennikar-stwa o profilu teologiczno-kulturowym: Instytut Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa na Wydziale Teologicznym UKSW, kierowany przez ks. profesora Antoniego Lewka. Na stronie internetowej tego instytutu nadzwyczaj szczerze opowiada się historię jego powstania. Mówi się o wielkich początkowych kłopotach i problemach w przekonaniu władz wydziałowych i uniwersyteckich o potrzebie utworzenia takiego ośrodka (sic!). Jeszcze w 1992 r. Rada Wydziału nie zgodziła się na powołanie do istnienia specjalności teologia środków społecznego przekazu, uznając, że studia dziennikarskie po prostu nie mieszczą się w programach kierunku teologia ani w ogóle na Wydziale Teologicznym [20].
Wydaje się, że i dzisiaj pogląd taki w Kościele nie jest odosobniony.
Teologia mediów dopiero raczkuje, i to nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Jak jednak bez niej odpowiedzieć choćby na fundamentalne – jak widzieliśmy wcześniej – pytania o rolę słowa i obrazu w religii? O relację między słowem i obrazem? O znaczenie kultury słowa (mówionego i pisanego), kultury wizualnej i kultury audiowizualnej dla kształtu religii? O atrakcyjność w religii? O przeobrażenia religijności pod wpływem mediów?… A mówiąc konkretniej i przykładowo: czy można (należy?!) klękać przed telewizorem podczas transmisji Mszy? Czy do pomyślenia jest spowiedź przez telefon lub internet? [21]. Jaką wartość ma uczestnictwo we Mszy radiowej czy telewizyjnej? Co myśleć o reklamowaniu się religii? Czy tzw. Kościół elektroniczny to Kościół prawdziwy?…
Ks. A. Lewek w książce Podstawy edukacji medialnej pisał: Kościół musi umieć dostosować tradycyjną „religię słowa”, jak nazywa się chrystianizm i judaizm, do współczesnego „człowieka obrazu i wyobraźni” (homo videns bardziej niż homo audiens).
Pawłowa zasada fides ex auditu (Rz 10,17) domaga się dziś pewnego uzupełnienia zasadą fides ex visu. Ale jak to osiągnąć? Bez teologii mediów próżno myśleć o znalezieniu właściwej, integralnej odpowiedzi na to pytanie, podobnie jak w przypadku pytania o medialną edukację wiernych, zarówno duchownych, w tym biskupów, jak i świeckich. Coraz częściej – dzięki Bogu – postuluje się taką edukację, ale wciąż w parafiach, diecezjach, zborach, klasztorach, zakonach, wspólnotach religijnych, na katechezie jest jej jak na lekarstwo [22].
Zakończenie
Religia żyje w konkretnej kulturze, ale nie w ten sposób, że obie są od siebie niezależne czy przedzielone murem i tylko wtedy wchodzą w interakcję, gdy tego chcą. Religia ze swej istoty jest rzeczywistością kulturową, a ściślej in-kulturową, wcieloną w konkretną kulturę, kształtującą ją i przez nią kształtowaną. Religia jest częścią kultury, jednym z jej wielu współelementów, pozostających w złożonej i wielowymiarowej sieci dynamicznych oddziaływań i wzajemnego przenikania czy odpychania. Wśród tych elementów media audiowizualne odgrywają współcześnie chyba najważniejszą rolę. To one w głównej mierze decydują o kształcie naszej kultury.
Media audiowizualne dostarczają podstawowego języka wspólnego kulturowego doświadczenia poprzez słowo, obrazy i idee. […] Te media są również podstawowym językiem dla znaczenia (meaning), dzięki któremu „religia” jest doświadczana, rozumiana i zyskuje wagę (made meaningful) po stronie tych [żyjących] w tradycyjnych religijnych kontekstach – mówiła w 1998 r. badaczka relacji media – religia Lynn Schofield Clark do członków Katolickiego Teologicznego Towarzystwa Ameryki [23]. Chcemy czy nie, język i dyskurs mediów audiowizualnych, w dominujący sposób kształtujący dziś dominującą kulturę masową, przenika do religii, współokreśla religijne doświadczenie.
Taki zdumiewająco nowy – i stale zmieniający się – kontekst kulturowy stał się i staje kontekstem życia i działalności religii. Jan Paweł II mówił o konieczności nowej ewangelizacji w świecie o kulturze niegdyś chrześcijańskiej. Dzisiaj jednak – jak sądzę – konieczna jest tu także nowa inkulturacja, re-inkulturacja – z zasadniczo pozytywnym spojrzeniem na kulturę, w fundamentalnym stopniu współtworzoną przez współczesne media. Gdyby media te z natury były przeciwstawne czy wrogie religii, jasne (i zatrważające) byłoby, że generowane przez nie wielkie procesy kulturowe, którym podlega także religia, są tylko i wyłącznie zagrożeniem dla niej. Media te należałoby uznać za „czwarte kuszenie Chrystusa” i robić wszystko, by minimalizować ich destrukcyjny wpływ na religię. Zamiast „nowej inkulturacji” bylibyśmy skazani na obronę starej inkulturacji, tj. starej wersji religii, tej sprzed epoki mediów audiowizualnych (chyba jednak bez większych szans na przekonujące dotarcie z jej przesłaniem do większości ludzi, przynajmniej w świecie Zachodu). Taka postawa jednak grzeszyłaby – jak sądzę – brakiem realizmu, na co religia nie może sobie pozwolić. Bo w końcu i – właśnie – realnie patrząc, współcześnie kulturowy kontekst dla religii w decydującym stopniu tworzą media.
Bardziej lub mniej bezpośrednio albo tylko pośrednio, ale jakże realnie, język i dyskurs mediów i kultura, jaką one kształtują, dotyka i wciąga w siebie praktycznie wszystkich ludzi religii i instytucje religijne, nie wyłączając przedstawicieli stanowiska „media przeciwko religii” i tych, którzy nie korzystają z telewizora, komputera, internetu czy telefonu komórkowego. Warto przywołać tu ostrzeżenie sformułowane przez A. Dullesa już w 1971 r.: Kościół nie może zamknąć się w kulturowym getcie w czasach, kiedy ludzkość jako całość wchodzi w wiek elektroniczny [24].
Niemniej jednak – podkreślmy raz jeszcze – media nie są z natury przeciwstawne religii. Mogą jej zagrażać i de facto często zagrażają, ale tak być nie musi. Nie trzeba ich widzieć jako „czwartego kuszenia Chrystusa”, ale należy [je] uważać za „dary Boże” – jak napisał Jan Paweł II w 1991 r. [25]. Nowa inkulturacja – poprzez media – jest dziś dla religii wielkim wyzwaniem i zadaniem.
Religii potrzebny jest zasadniczy krytyczny i twórczy optymizm w odniesieniu do mediów. Optymizm ten charakterystyczny jest dla biskupów Azji. Chociaż – w cytowanym już tu przesłaniu z 2000 r. – dostrzegają oni w mediach poważne zagrożenia dla religii i etyki, to jednak z realizmem piszą: Ewangelizacyjna misja Kościoła znajduje się pod głębokim wpływem mass mediów i nowych technologii informacyjnych. Media te jednakże mogą w znacznym stopniu wspierać głoszenie Ewangelii w każdym zakątku naszego kontynentu […]. Niemniej nie wystarczy posługiwać się mediami do rozpowszechniania przesłania chrześcijańskiego i autentycznego nauczania Kościoła. Konieczne jest, by integrować to przesłanie z „nową kulturą” tworzoną przez ws
Józef Majewski
Kwartalnik „Homo Dei” (IV 2009)

ks. Mirosław Tykfer
Taki banał: uwierz w siebie!
Przewodnik Katolicki

fot. Jason Blackeye | Unsplash (cc)

Będziesz miłował… jak siebie samego. To przykazanie bywa rozumiane na setki sposobów. Od banalnych uproszczeń, po głęboko duchowe analizy. Bez niego nie ma jednak prawdziwego nawrócenia.

Nawrócenie zwykle kojarzy się z odnowieniem wiary w Boga. Po zastanowieniu się zaczynamy dodawać jeszcze miłość do drugiego człowieka. Zasada „nie można kochać Boga, nie kochając drugiego człowieka” jest dla chrześcijan fundamentalna. To integralne rozumienie nawrócenia posiada jednak jeszcze trzeci element: „Będziesz miłował… jak siebie samego”. I to on budzi najwięcej pytań i generuje również wiele upraszczających odpowiedzi. Zaczynając od prostego poradnika psychologii w rodzaju „Uwierz w siebie, jesteś wielki!”, który tylko banalizuje problem poczucia własnej wartości. Pytanie o miłość siebie jest jednak ważne. Bo jak patrzeć z akceptacją na innych, wciąż im zazdroszcząc i negując siebie? Taka miłość bliźniego nie działa. Stąd pytanie nie tyle o to, czy kochać siebie należy, ile co to tak naprawdę znaczy. Czy najpierw trzeba pokochać siebie, a dopiero potem innych? A może należy zacząć od Boga?
Bez lusterka
Podczas pobytu we Wspólnocie Baranka w klasztorze w Choroniu koło Częstochowy odkryłem ciekawą rzecz. W tej radykalnie ubogiej, monastycznej wspólnocie francuskiej nie używa się luster. Mogłem używać jedynie małego lusterka do golenia. Przez zaledwie kilka dni odniosłem wrażenie, że niepatrzenie na własną twarz spontanicznie kierowało moją uwagę na innych. I że jest w tym rzeczywiście jakiś posmak wolności od skupienia się w relacjach z innymi na autoprezentacji. Łapałem się jednak i na tym, że w ciągu dnia powracałem myślami do uczesania. No, ale przecież się czesałem… A może nie widziałem dokładnie, bo lusterko zbyt małe? Z wolności szybko popadałem więc w jeszcze większą niewolę, w sidło nieustannie powracającego pytania, jak wyglądam. Brak lustra nie uwolnił mnie od siebie, sprowokował jednak do przemyślenia mojej nieuświadomionej i dość natarczywej koncentracji na sobie. Pewnie ćwiczenie z lusterkiem musi potrwać dłużej, aby przynieść odpowiedni efekt. Pozostawiło we mnie jednak usilne przekonanie: możliwa jest teza, że brak akceptacji siebie może być efektem koncentracji na sobie. A więc i miłość do siebie powinna oznaczać najpierw miłość do drugiego człowieka.
Patrzenie sobie w oczy
Kolejnym krokiem w szukaniu odpowiedzi był dla mnie zdumiewający w swoich skutkach eksperyment: patrzenie sobie w oczy przez co najmniej cztery minuty. Opiera się on na teorii, że długie patrzenie w czyjeś oczy sprawia, że budzą się w nas silne emocje wobec tej osoby. I jest to faktycznie eksperyment zupełnie niecodzienny, bo zazwyczaj w oczy długo potrafią patrzeć sobie tylko zakochani. Podczas spotkań formalnych, a nawet czasem w relacjach rodzinnych nie uchodzi patrzeć na innych zbyt długo. Zwykle uciekamy wzrokiem. Bywają osoby, które w ogóle w oczy nie patrzą. Teoria postuluje natomiast potrzebę takich wzrokowych kontaktów dla podtrzymania jakości relacji. Znalazła ona swoje potwierdzenie już w badaniu przeprowadzonym przez trzech naukowców: J. Kellermana, J. Lewisa, J.D. Lairda w 1989 r. Okazało się, że odwzajemniony nieprzerwany kontakt wzrokowy wytwarza więź emocjonalną i poczucie bliskości. W powtórzonym współcześnie eksperymencie, opublikowanym na kanale YouTube, można przekonać się, że teoria rzeczywiście działa.
Dlaczego patrzenie sobie w oczy jest takie ważne? Nie ma jednej odpowiedzi. Duża grupa naukowców twierdzi, że w ten sposób odkrywamy wartość innej osoby. Że jest jakieś piękno w jej niepowtarzalności, do której mamy dostęp właśnie przez głębokie spojrzenie. Natomiast chęć zerwania tego kontaktu, objawiająca się na przykład przez bieganie wzrokiem po ścianach czy nawet agresywną minę, oznacza brak zgody, aby tę wartość przed innymi odsłonić. W tym kontekście powrócił do mnie temat braku lusterka. I pomyślałem: a może najlepszym lustrem są oczy drugiego człowieka? Może w nich widzimy nie tyle własną twarz, ile lepiej poznajemy siebie w relacji do drugiego? Może istotą miłości siebie i drugiego jest przełamywanie bariery udowadniania sobie wzajemnie, że warto się nami interesować? A wszystko za sprawą prostego spojrzenia, w którym liczy się już tylko drugi?
Nie ma „przed” i „po”
Wiele wskazuje na to, że dopiero wzajemna bliskość między ludźmi jest sposobem, aby odsłoniła się ważna prawda o nich; prawda o tym, że każdy człowiek jest ważny i wartościowy, a nawet jakoś piękny; prawda, że aby być kochanym, nie musimy nikomu najpierw udowadniać, że na to zasługujemy. Nie musimy też najpierw kochać innych, poświęcać się dla nich, aby w sposób ukryty kolejny raz jednak na miłość zasługiwać. Pytanie „Kogo mam pokochać najpierw: siebie czy innych?” nie ma sensu. Jezus nie mówi: najpierw siebie, a potem innych. On mówi: …innych jak siebie.
Słowa Jezusa znajdują potwierdzenie w życiu wspólnym z osobami z niepełnosprawnością intelektualną we wspólnocie L’Arche. Jean Vanier, założyciel wspólnoty, twierdzi, że tylko nieoceniająca bliskość, prosta otwartość na drugiego budzi pragnienie większego bycia dla innych. I że paradoksalnie tej nieosądzającej bliskości uczą nas ci, których wypychamy na margines społeczny. „Kiedykolwiek odwiedzałem małą wspólnotę w Betanii, byłem poruszony pięknem Ghadir. Cierpiała z powodu porażenia mózgowego i nie mogła mówić, ale jej uśmiech, ufność i błyszczące oczy witały mnie za każdym razem, gdy przyjeżdżałem. Za pomocą swojego ciała mówiła tak czule – pisze Vanier w swojej książce Becoming human (Stać się człowiekiem). – W spotkaniu z Ghadir odkryłem, że ci, którzy są słabi i potrzebujący, mają sekretną siłę poruszania naszych serc i budowania wzajemnej do siebie przynależności”. Vanier zdaje się temu pięknu coraz bardziej ulegać. Przekonuje się, że jego przyjaciele z niepełnosprawnością intelektualną pozwolili mu dojrzeć. Bo także on, człowiek wydawałoby się w pełni z siebie zadowolony: zdrowy, wykształcony, pełen marzeń o przyszłości, stał się dzięki tym spotkaniom nowym człowiekiem. Mimo pozorów zewnętrznego zadowolenia z siebie Vanier wciąż o siebie pytał, nie mogąc uwolnić się od przejmującego poczucia braku przynależności, czasami objawiającego się głębokim poczuciem opuszczenia. „Dopiero tam, wśród osób z niepełnosprawnością intelektualną, poczułem się naprawdę szczęśliwy” – mówi Vanier.
Zgoda na ryzyko
Nieoceniająca bliskość nie jest więc możliwa zupełnie spontanicznie. Ona wymaga zgody na ryzyko odrzucenia. Ryzyko odsłonięcia własnego piękna, które ktoś może uznać za brzydotę. Nie dlatego, że tego piękna w kimś nie ma, ale że oczy patrzącego były zbyt skażone kulturą pogardy i wzajemnego osądu. Ten lęk jest ukryty w nas wszystkich. I bardzo głęboko zakorzeniony jest w kulturze, która nie promuje wartości człowieka w jego niepowtarzalności, ale wręcz przeciwnie, nieustannie podpowiada: będziesz wartościowy dla innych tylko wtedy, gdy się dostosujesz do wymogów powtarzalności, jeśli przejdziesz pozytywnie test przygotowany równo dla wszystkich: poziomu wykształcenia, osiągnieć w pracy, wyglądu czy zawartości konta. Inaczej mówiąc, jeśli udowodnisz powód, dla którego kochać ciebie warto. Odsłania się w ten sposób choroba społecznie ugruntowanej konkurencji, w jakiej żyjemy. I że to ona nie pozwala przekroczyć granic samotności, w której nieustannie odgrywamy rolę bohaterów. Obciąża nas ta izolacja. Boimy się opowiedzieć innym własną historię, odkryć przed nimi prawdę o naszych uczuciach. Nie potrafimy zgodzić się na własne słabości, bo przyznanie się do nich mogłoby oznaczać spadek jakości oceny tego, kim jesteśmy, odebrać jedyny namacalny powód, że zasługujemy na uwagę innych.
Humanizm wiary

Pozostaje jeszcze jedno pytanie: jak miłość do siebie i innych prowadzi do Boga? O. Enzo Bianchi, założyciel monastycznej wspólnoty Bose we Włoszech, odpowiada: nie można pokochać Boga, nie wierząc w siebie i drugiego człowieka. Tę wiarę w siebie i innych nazywa „humanizmem wiary”. Przekonuje, podobnie jak Vanier, że żaden człowiek nie będzie zdolny pokochać siebie bez relacji zaufania do drugiego człowieka. Ale nie takiej relacji, w której dominuje wzajemne stawianie sobie wymagań, ale gdzie jest obecna najpierw nieoceniająca bliskość. To ona powoli odsłania wzajemną potrzebę siebie, sprawia, że ludzie stają się dla siebie jakoś atrakcyjni. O. Bianchi uważa, że dopiero tak utrwalony humanizm wiary, wrażliwość na drugiego człowieka i odkrywanie piękna samego siebie, prowadzi do nawrócenia na wiarę w prawdziwego Boga. Że dopiero taka wiara jest w pełni chrześcijańska. Natomiast brak humanizmu wiary prowadzić może do wynaturzenia religijności. Objawia się ono tym, że ktoś wierzy w Boga i praktykuje swoją religijność, ale jednocześnie gardzi i sobą, i drugim człowiekiem. I tworzy zafałszowany obraz Boga: despotycznego i niemiłosiernego sędziego. A wierząc w taką karykaturę „Boga”, nigdy nie będzie w stanie naprawdę uwierzyć w siebie. I zgubi prawdę, która jest dla chrześcijaństwa jej sercem: „Chwałą Boga żyjący człowiek”.
ks. Mirosław Tykfer
Przewodnik Katolicki 50/2018