Czy warto mieszkać razem przed ślubem?

Zachowanie „wyjścia awaryjnego”, czy „próba generalna”? Co motywuje parę do wspólnego zamieszkania? Wiesz, że to może być objawem ukrywania poważnego problemu w związku?

Współczesny człowiek ma skłonność do unikania wysiłku w złudnej nadziei, że można osiągnąć jakiekolwiek rezultaty bez zaangażowania. Zjawisko to dotyczy wszystkich dziedzin życia, nie tylko sfery uczuć. Dzisiaj obowiązuje zasada wszystko i natychmiast. Zgodnie z tą logiką maksimum rezultatów powinno osiągać się przy minimum wysiłku. Prawa się nam należą, ale obowiązki podlegają negocjacji. Taki sposób myślenia, który jest dzieckiem niedbalstwa i postawy konsumpcyjnej, może się również przekładać na sferę uczuć. Łączy nas zakochanie, jeżeli jednak coś się nie układa, jeżeli dochodzi do najdrobniejszej różnicy zdań, nie potrafię mężnie stawić czoła sytuacji, lecz opuszczam pole bitwy! Ludzie są ze sobą pod pewnymi warunkami, gotowi dzielić ze sobą wszystko, ale tylko w pewnych granicach. A granice zazwyczaj nie są wyraźnie wyznaczone. Nie mówią o nich nawet sami partnerzy. Oboje zachowują dla siebie wyjście awaryjne, aby w razie czego uciec ze związku, który okazał się niezadowalający. Prawdziwy jakościowy skok w rozwoju związku następuje wtedy, gdy oboje partnerzy doświadczają własnych ograniczeń i ograniczeń drugiej osoby, także w bolesnych konfliktach. Kiedy po poznaniu ciemnych stron swojej osobowości i osobowości partnera, mimo wszystko postanawiają wspólnie zainwestować w przyszłość. Miłość może rozwijać się tylko wtedy, kiedy podejmujemy trud i wysiłek. Zejście z boiska w złudnej nadziei, że mecz można wygrać przy zielonym stoliku lub że uda się znaleźć bardziej ugodowego przeciwnika, oznacza przyjęcie stereotypowej, zgnuśniałej postawy wobec samego siebie i wobec małżeńskiego życia. Jednym z największych paradoksów współczesnego zachodniego świata jest właśnie złudzenie, że można żyć i nawiązywać relacje, nie angażując się, nie zmieniając swojej postawy, nie szukając porozumienia i sposobu na wspólne życie. Trzeba, oczywiście, przyznać, że społeczeństwo, w którym żyjemy, nie ułatwia ludziom żyjącym w związku rozwiązywania ich problemów! Jeżeli chcemy, aby nasz związek się rozwijał, musimy być gotowi na podjęcie wysiłku. Ma rację Erikson: że miłość najpierw jest złudzeniem, później rozczarowaniem, a w końcu poświęceniem. Każdy z tych rozwojowych etapów jest konieczny. W danym momencie nie da się wybiec myślą do następnego etapu, można tylko ponownie przeżywać poprzednie. Dopiero po przejściu tej drogi docieramy do miłość dojrzałej, wolnej, niezależnej i kreatywnej. W pierwszym etapie doświadcza się szczęścia posiadania, w drugim bólu straty, w trzecim radości dawania. Oczywiście, o ile wcześniej nie zejdzie się z drogi… Kiedy ludzie się spotykają, zakochują się w sobie, coraz lepiej się poznają, doświadczają wad partnera i własnych, mogą podjąć decyzję o małżeństwie: z tobą chcę spędzić resztę życia, ciebie biorę za żonę/męża. Rozwód zawsze jest niezwykle bolesnym doświadczeniem, ponieważ oznacza zniweczenie marzeń.

Czy musimy z góry skazywać marzenia na porażkę?
Przesłanie ewangeliczne jest inne: marzenia trzeba realizować, trzeba być im wiernym, trzeba nadawać im konkretną formę poprzez podejmowanie codziennych wyborów i trzeba je karmić nadzieją. Zakochanie to niekontrolowane uczucie, natomiast małżeństwo zawiera się z wyboru, dlatego jest mocno związane z wolną wolą. Co robić, aby doświadczać satysfakcji, przez całe życie pozostając w jednym związku? Jak nie ulec zwątpieniu lub – co gorsza – złości?Kościół nie chce, abyśmy się przez całe życie tolerowali, lecz chce, abyśmy się kochali do końca swoich dni! Zawarcie małżeństwa jest i zawsze będzie wyznaniem wiary. W siebie, w ciebie, w Boga. Jest to jednak wyznanie świadome, a nie działanie szaleńca. Składamy je świadomie i z użyciem rozumu, ponieważ przekonaliśmy się, że dążymy do tego samego dobra, ponieważ wyrażamy gotowość zaangażowania swoich sił, ponieważ mamy odwagę marzyć. W naszych niespokojnych czasach, w których tak niewiele jest rzeczy pewnych, wszyscy marzymy o spadochronie, który zabezpieczałby przed upadkiem z wysoka; wszyscy pragniemy jakiejś asekuracji, jakiejś gwarancji. Nie okłamujmy się – wielu ludzi uważa, że małżeństwo zawierane w kościele i ślubne błogosławieństwo to katolicki zabobon, swoista forma katolickiego ubezpieczenia… Owocem takiego sposobu myślenia są nierozważne decyzje o wspólnym życiu bez ślubu. W ostatnich latach wiele par decyduje się na wspólne mieszkanie jako etap przygotowujący do małżeństwa.

Konkubinat staje się swojego rodzaju „próbą generalną” Próba ta ma  pozwolić na poznanie, czy rzeczywiście jesteśmy sobie przeznaczeni. Takie połowiczne angażowanie się stwarza jednak ryzyko, że nigdy nie pozbędziemy się lęku przed podjęciem pełnej odpowiedzialności. Założenie, że wspólne mieszkanie może być okresem przygotowującym do małżeństwa, jest całkowicie błędne. Małżeństwo jest bowiem prawdziwym skokiem jakościowym i oznacza przyjęcie nowego stylu życia! Dopóki nie wykonamy tego skoku, nie dowiemy się, czy nas na niego stać! Właśnie ten skok wyzwala nowe siły i daje nową motywację, jakiej konkubinat dać nie może, ponieważ zawsze pozostawia otwarte drzwi, przez które można uciec. Kiedy świadomie decyduję, że nie zamierzam uciekać; kiedy zamykam drzwi i przestaję myśleć, że gdzieś tam być może istnieje dla mnie lepsze miejsce do życia (a jest to myśl jak najbardziej uzasadniona – istnieją tysiące lepszych miejsc!), sam przemieniam przestrzeń, w której żyję, w najlepsze miejsce na świecie! Można ćwiczyć, ile dusza zapragnie, można oglądać wszystkie dostępne zdjęcia i filmy o górach, dopóki jednak nie wyjdzie się na szlak z plecakiem i mocnym postanowieniem dotarcia na sam szczyt, dopóty tego szczytu się nie zdobędzie! Złoto topi się w określonej temperaturze – nieco ponad tysiąc stopni Celsjusza. Nie stopi się tylko dlatego, że przez wiele lat pozostawimy je w rozgrzanym piekarniku! Czas nie jest jedynym czynnikiem, który wpływa na intensywność doświadczenia, liczy się również gotowość wykonania jakościowego skoku!  Uważam więc, że wspólne mieszkanie może ukrywać prawdziwą naturę problemu, przed którym staje dwoje ludzi. Chodzi bowiem o gotowość całkowitego poświęcenia się dla związku. Być może powrót do narzeczeństwa jako okresu pośredniego między zakochaniem a małżeństwem dałby młodym ludziom możliwość lepszego wzajemnego poznania się. Wiem, że rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, i nie chciałbym, żeby pary żyjące w konkubinacie miały poczucie, że oceniam ich wybór. Nie ulega jednak wątpliwości, że podjęcie decyzji z pełną świadomością jej nieodwracalności wyzwala w człowieku pokłady energii, o które się nie podejrzewaliśmy, i pozwala przyjąć zupełnie niespodziewany punkt widzenia na życie.
Ludziom, którzy żyją w konkubinacie i – prędzej czy później – mają zamiar się pobrać, życzę, aby odkryli w sobie siły pozwalające im wspiąć się na każdą górę! Razem.

 

Więcej w książce – Miłość i inne sporty ekstremalne.


 

„W ten sposób zakochałem się w Jezusie

„Jak łatwo było zakochać się w Jezusie Chrystusie!”. Andrew Garfield o cierpiącej miłości, własnych ograniczeniach i o tym jak Bóg łapie za kark

 

Zaskoczony miłością

 

Kiedy zapytałem go, co wydało mu się najbardziej wyjątkowe w „Ćwiczeniach”, zapatrzył się niewidomym wzrokiem w pustkę przed sobą i powędrował myślami do jakiegoś miejsca w pamięci. Potem, tak jakby moje pytanie sprowadziło go z powrotem na ziemię, uśmiechnął się i powiedział: „Okazało się, że bardzo łatwo jest zakochać się w tej osobie. Zakochać się w Jezusie Chrystusie. To było najbardziej zaskakujące.”

 

Zamilkł głęboko poruszony tą myślą. Przyłożył rękę do klatki piersiowej, gdzieś pomiędzy żołądkiem i sercem, i powiedział raz po raz wybuchając śmiechem: „Boże! To była najbardziej niesamowita rzecz – zakochać się! Jak łatwo było zakochać się w Jezusie Chrystusie.”

 

Nagle zacząłem doceniać autentyczność, z jaką doświadczał radości wypływającej z miłości, cierpienia wynikającego z frustracji oraz bólu z powodu nieobecności.

 

„Poczułem się smutny i zły za Jezusa, kiedy już Go spotkałem, bo wszyscy tak bardzo Go oczerniają. Tak wielu ludzi Go k***ewsko oczernia. Jego imię wykorzystywano do okropnych rzeczy.”

 

Kiedy mówię o tym, że Garfield odniósł sukces w „Ćwiczeniach”, to chodzi mi właśnie o to, czego dowodzą jego wyznania miłości: on zakochał się w Jezusie. Cierpiał z i dla swojego ukochanego. Jego współczujące cierpienie objawiało się w jego powołaniu, w którym ma za zadanie pomagać innym w przeżywaniu miłości i jej braku. „Dla mnie to jest właśnie ta piękna agonia tworzenia.” – mówił dalej Garfield – „Piękna agonia zawarta w tym, że nigdy nie będziemy w stanie w pełni wyrazić możliwości tej miłości, o której On uczy, że mamy nią żyć. Moje poczucie konieczności pracy bierze się z tęsknoty za wyrażeniem właśnie tego.”

 

Poszukując swego miejsca w świecie

 

Doświadczenie zakochania się w Jezusie było dla Garfielda najbardziej zaskakujące może dlatego, że jak wielu ludzi, on rozpoczął „Ćwiczenia” poszukując czegoś więcej. To z czym zaczynał „Ćwiczenia” nie było wyraźnym pragnieniem poznania Chrystusa, ale raczej ciągłym, bolesnym uczuciem jego własnej niewystarczalności.

 

Tak jak kiedyś Ignacy, Garfield był młodym człowiekiem szukającym swojego miejsca na świecie. I tak jak wielu z nas pod warstwą tęsknoty ukrywał głęboki strach: obawę, że nie jest wystarczająco dobry. „Głównym problemem, który chciałem uleczyć, który przyniosłem do Jezusa i nad którym pracowałem poprzez «Ćwiczenia», było uczucie «niewystarczalności».” – mówił Garfield – „To uczucie ciągłego pragnienia, aby wyrazić w sposób doskonały to, co jest w każdym z nas. Tę ranę bycia «niedostatecznym». Tę ranę, wynikającą z odczucia, że to, co mam do zaoferowania nigdy nie jest wystarczające.”

 

Wielu z nas żyje w strachu przed porażką, ale często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to nie porażka nas przeraża, ale to, że wszyscy się o niej dowiedzą. Nie jest ciężko poradzić sobie z niepowodzeniem, każdemu z nas czasem coś się nie udaje. Chodzi raczej o ludzi, którzy to widzą. Bycie rozpoznanym jako ktoś, kto upadł tak naprawdę nas boli. Kiedy wszyscy chcemy być docenieni, zostanie dostrzeżonym jest tym, za czym tęsknimy. Jeśli boimy się, że nie jesteśmy warci zobaczenia, bo strach przed demaskacją przeraża nas najbardziej. Andrew Garfield rozumiał to wewnętrzne tarcie bardzo dobrze.

 

Modlitwa w ciemności

 

Moment, który aktor zapamiętał jako najgłębsze doświadczenie Bożej obecności w jego życiu zdarzył się tuż przed jego pierwszym publicznym wystąpieniem, kiedy kończył szkołę teatralną. Miał grać Ofelię w „Hamlecie” Szekspira w Teatrze Globe w Londynie. „Na około dwie godziny przed spektaklem nagle poczułem się jakbym umierał.” – wspominał aktor – „Poczułem, że jeśli wyjdę na scenę, to cały się spalę. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiego śmiertelnego przerażenia, takiego terroru wewnętrznego, braku wiary w siebie, poczucia niewystarczalności. Takiego strachu przed byciem zauważonym. Lęku przed odsłonięciem się i oddaniem mojego serca. Przed zdemaskowaniem się i powiedzeniem: «Patrzcie na mnie!»”.

 

Aby się uspokoić, spacerował tam i z powrotem wzdłuż południowego brzegu Tamizy. To był dzień, w którym sztuka miała dodatkową obsadę i myśli aktora zaczynały kierować się w stronę ucieczki. Opowiadał: „Zacząłem myśleć o rzuceniu się do rzeki. Myślałem, że nie mam nic do pokazania, nic do zaoferowania. Jestem oszustem.” Teraz już rozumie, że tamta chwila była momentem modlitwy: „Prosiłem o coś. Prosiłem o pomoc.”

 

I wtedy usłyszał ulicznego śpiewaka, śpiewającego – raczej nie idealnie – znajomą piosenkę „Vincent” Dona McLeana. Aktorowi najbardziej zapadło mu w pamięć to, że piosenka nie była wykonywana perfekcyjnie. „Jeśli ten śpiewający człowiek zostałby tego dnia w łóżku myśląc: «Nie mam nic do zaoferowania, mój głos wcale nie jest dobry, nie jestem gotowy, aby występować publicznie. To, co mam nie wystarczy», gdyby posłuchał tych głosów wewnątrz siebie, ja nie dostałbym tego pocieszenia, którego potrzebowałem. – opowiadał Garfield. „Jego gotowość do tego, aby się odsłonić, zdemaskować, naprawdę zmieniła moje życie. Myślę, że po raz pierwszy zrozumiałem w jaki sposób sztuka nabiera znaczenia, jak sztuka zmienia życie ludzi. Z pewnością zmieniła moje życie.”

 

„Poczułem się jakby Bóg nagle złapał mnie za kark”

 

Ten zasłyszany moment artystycznej niedoskonałości go uratował: „Chmury dosłownie się rozstąpiły i wyszło słońce, a jego promienie mnie oświeciły. My obaj, ten śpiewak i ja, nagle zaczęliśmy płakać. Poczułem się jakby Bóg nagle złapał mnie za kark i powiedział: «Myślałeś, że jak wejdziesz na scenę, to umrzesz. Ale tak naprawdę umrzesz, jeśli na nią nie wejdziesz».”

 

Od tamtej pory Garfield żyje w poczuciu tego twórczego tarcia – w strachu przed odsłonięciem się, ale i z wielką potrzebą bycia zauważonym. Jeśli to zauważenie przez innych naszych niedoskonałości tak nas przeraża, to trwanie w byciu wyeksponowanym nas wybawi.

 


Uwaga Krynica!!!!!!!!Wyjeżdżający do Krynicy!!! Torby proszę przynieść w Czwartek od 16 oo do 18 oo na plebanię.  Wyjazd w Sobotę Szczecin Dąbie.  Zbórka g. 19 oo


W tym tygodniu patronują nam:

  • 6 II – św. Paweł Mika i jego Towarzysze, pierwsi męczennicy Dalekiego Wschodu (wspomnienie obowiązkowe);
  • 10 II – św. Scholastyka (†542), dziewica, siostra św. Benedykta, wielkiego założyciela zakonu benedyktynów i patrona Europy; na wzór brata założyła zakon żeński według reguły benedyktyńskiej i całkowicie poświęciła się Panu Bogu (wspomnienie obowiązkowe).

 


Uwaga !!! Zmiana terminu wyjazdu na Rekolekcje na Nartach Krynica 2017

Termin wyjazdu 18 lutego. Powrót 25 lutego 2017 r.