Rekolekcje  adwentowe 2014.  Ks. Proboszcz  Dariusz zaprasza na rekolekcje adwentowe. Kaznodzieja –  Ks. Jan Jermak proboszcz z Różycy. Znajdź czas i przyjdź, warto  rozpocząć Adwent od zasłuchania w Słowo Boże i nawrócenie!!!

Plan Rekolekcji Św.:

I Niedziela Adwentu 30 listopada 2012

Msza Św. z kazaniem rekolekcyjnym 8 3o, 10 (Czarna Łąka), 12 oo i 18 oo

Poniedziałek, Wtorek i Środa 6 oo Roraty, 17 3o Czarna Łąka  i 19 oo Załom

Wtorek dzień spowiedzi Św.  6 oo – 7 oo,  i przed lub po Mszy Św. wieczorem.


Katechetka w konkubinacie i co z tym zrobić?

Obraz 1: Krakowska kuria powoduje zwolnienie z pracy kobiety w ciąży, co sprawia wrażenie jakby Kościoła nie obowiązywało prawo o ochronie ciężarnych. Obraz 2: Praca katechetki to nie tylko przekazywanie wiedzy, ale również wzbudzanie wiary chrześcijańskiej i dawanie świadectwa, zatem życie w konkubinacie oraz nieślubne dziecko przeszkadzają w wypełnianiu tej misji. Obydwa obrazy są częściowo prawdziwe. I jednocześnie fałszywe, ponieważ spór o zasady stawiają ponad troskę o dobro człowieka.

 

Druga zaprezentowana postawa pomijają kwestię pierwszorzędną. Otóż pani Sylwia już w pierwszym materiale „Gazety Wyborczej” wyraźnie powiedziała, że po porodzie nie zamierza kontynuować pracy katechetki. „Nie mam ślubu z ojcem dziecka i rozumiem, że dla kurii to może być problem. Obiecałam, że odejdę” – wyjaśniła. Zapewnienie to zdaniem katechetki usłyszał od niej w telefonicznej rozmowie ks. Krzysztof Wilk z wydziału katechetycznego kurii.

 

Jeśli tak, to dylemat duchownego nie polegał na tym czy może do katechizowania dopuścić osobę żyjącą w konkubinacie, czy też nie. Taki scenariusz w ogóle nie istniał z woli samej kobiety. Faktycznym dylematem było to czy może przedłużyć jej misję kanoniczną. Ale nie po to, by uczyła, lecz by szkoła jej nie zwolniła z pracy, a więc de facto by mogła zachować prawo do urlopu macierzyńskiego oraz ubezpieczenia.

 

Bezpodstawne oskarżenia

 

Pierwsza postawa też jest nieuczciwa, bo od razu na barykady wyciąga Kościół, który jakoby mógł bezkarnie omijać prawo. Tu również zapomina się o tym, że pani Sylwia sama widzi problematyczność swojej sytuacji i sama rozumie, że w tych okolicznościach nie może katechizować. W tym kontekście wciąganie jej na sztandary walki z Kościołem i tłumaczenie, że konkubinat oraz nieślubne dziecko w niczym właściwie tu nie przeszkadzają, jest bez sensu. Przecież kobieta wcale nie broni możliwości uczenia religii w takich realiach.

 

Dodatkowo sugerowanie przez dziennikarkę „Gazety Wyborczej”, że faktycznym powodem całego zamieszania był kurialny plan oddania części etatu księdzu z lokalnej parafii (czyli chodzi o pieniądze) wydaje się bardzo naciągane. Teza jest mocna, a na jej poparcie są tylko słowa samej poszkodowanej, nawet nie skonfrontowane z opinią ks. Wilka. To zdecydowanie za mało, by formułować oskarżenie. Czy sygnalizowany wątek miał wpływ na ostateczną decyzję kurii, czy też nie, tego na ten moment nie wiemy.

 

Wiemy natomiast jakimi motywami kierowała się pani Sylwia. Zostało to od razu powiedziane otwartym tekstem we wspomnianym artykule. „Odejdę, ale teraz zależy mi na utrzymaniu pełnego etatu, ponieważ od niego będzie zależeć wysokość świadczeń, jakie dostanę podczas urlopu macierzyńskiego”. Czyli po prostu chodziło jej o zapewnienie materialnego bezpieczeństwa na czas ciąży i po urodzeniu. Tym bardziej, że będzie to jej trzecie dziecko.

 

Jak się okazuje kuria dostrzegła ten problem. Decyzja o tym, by nie przedłużyć misji kanonicznej katechetce zaowocowała odebraniem jej etatu w szkole, więc sytuacja kobiety zrobiła się dramatyczna. Ks. Wilk w imieniu archidiecezji krakowskiej zadeklarował więc pomoc. Tu jednak pojawiają się istotne pytania.

 

Czy nie można było inaczej?

 

Po pierwsze: jeśli pani Sylwia zadeklarowała wolę odejścia z zawodu i nie istniało niebezpieczeństwo stworzenia niejasnej sytuacji w szkole czy też antyświadectwa, to czy kuria jednak nie mogła tej misji na rok przedłużyć? Nie byłaby to wszak decyzja o faktycznym zezwoleniu na katechezę osobie żyjącej w konkubinacie (bo poszłaby na roczny urlop macierzyński), tylko pomoc kobiecie znajdującej się w trudnej sytuacji w zachowaniu materialnego bezpieczeństwa.

 

Po drugie: jeśli już to wszystko potoczyło się w ten sposób, to czy deklarowanie kościelnej pomocy za pomocą komunikatów i mediów to jest faktycznie odpowiednia droga? Skoro decyzja kurii spowodowała odebranie katechetce etatu, to niezależenie od tego, czy to była decyzja słuszna czy niesłuszna, jej nastawienie do archidiecezji może być negatywne. Nie ma co się więc dziwić, że na tak przekazaną ofertę padła następująca odpowiedź: „Propozycja, bym po tym wszystkim, co się stało, zwróciła się o pomoc do kurii, jest dla mnie upokarzająca. Dziękuję, nie skorzystam” – powiedziała pani Sylwia. Czy ks. Wilk nie mógł jednak najpierw spotkać się z katechetką, osobiście wysłuchać jej pretensji, przedstawić okoliczności, które zapewne miały wpływ na taką a nie inną decyzję i dopiero wtedy zaproponować dyskretnie pomoc materialną?

 

Po trzecie: gdy kobieta w ciąży i z dwójką dzieci traci pracę, to chyba oczywistym jest, jakiego rodzaju pomocy potrzebuje. Tymczasem ks. Wilk dziennikarce mówi tak: „Pani Sylwii nie widzieliśmy od września. Jeśli się do nas zwróci o wsparcie, to jej go udzielimy. Nie wiemy, czego i czy w ogóle czegoś potrzebuje. Czekamy na nią. Nie będziemy wychylać się przed szereg”. Przykro tak pisać, ale to nie są słowa duszpasterza tylko urzędnika. Nawet zakładając scenariusz, iż kuria generalnie postąpiła słusznie, to takie wypowiedzi pokazują szerszy problem: Kościoła, który kieruje się zasadami, a zapomina o miłości, która owym zasadom winna towarzyszyć. Tu miłości zabrakło. Czym bowiem w tej sytuacji Kościół różni się od państwowej opieki społecznej?

 

Smutni pasterze

 

Ciekawym zbiegiem okoliczności wyżej przytoczone słowa o czekaniu na panią Sylwię wypowiedziane zostały mniej więcej w tym samym czasie, co jedna z homilii papieża. „Smutny jest pasterz, który otwiera bramy Kościoła i pozostaje w nich, czekając” – powiedział Franciszek. I dodał, że bycie pasterzem „na pół drogi” jest klęską.

 

Gdy kończę pisanie tego tekstu, przychodzi nagle informacja z KAI-u: zwolniona katechetka z Krakowa będzie pracować w Katolickim Centrum Edukacyjnym Caritas. Można? Można.

 

———————-

Konrad Sawicki – absolwent teologii na UKSW, publicysta, redaktor „Więzi”, współpracownik Deon.pl, „Tygodnika Powszechnego” i „W drodze”, twórca projektu Kościół dla mniej praktykujących na FB. Twitter: @Konrad_Sawicki


Bycie chrześcijaninem to nie jest frajerstwo

W trakcie jednej rozmowy on zaczął kląć, mówiąc: „Kur…” i coś tam dalej. Byłem zszokowany, słysząc przekleństwa z ust jezuity. Nie wiedziałem, jak mam się zachować – z reżyserem „Pitbulla” i „Służb specjalnych” rozmawia Piotr Żyłka.

Piotr Żyłka: Patrzę na ciebie. Wielki, łysy facet. Twoje filmy są, delikatnie mówiąc, bardzo mocne. W życiu bym się nie spodziewał, że znajdę w jednym z nich kilka scen tak głęboko poruszających problemy związane z wiarą. Skąd taki pomysł?

Patryk Vega: Wiesz co, opowiadam w filmie o ludziach, którzy zajmują się zabijaniem. I tak naprawdę wszystkie wątki w „Służbach specjalnych” dotyczą dawania albo odbierania życia. Od początku wiedziałem, że nie da się opowiedzieć o śmierci, nie poruszając kwestii wiary i Boga. Wydaje mi się to naturalne.

Niby tak, ale wiara i Bóg często są w filmach traktowane z przymrużeniem oka albo w ogóle tego typu tematyka jest przedstawiana w negatywnym świetle.

To jest kwestia momentu życiowego, w którym się jest, robiąc dany film. Ja po różnych poszukiwaniach duchowych od dwóch lat jestem w Kościele. Myślę, że mogę powiedzieć, że jestem praktykującym katolikiem, staram się żyć według Dziesięciu Przykazań, dlatego jest to obszar życia dla mnie bardzo istotny.

No właśnie. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedziałeś: „To, co mnie naprawdę w życiu interesuje, to relacja z Jezusem Chrystusem i to jest dla mnie istotne”. Możesz rozwinąć tę myśl?

Dziennikarka zapytała mnie, czy się czegoś boję. Skąd taka odpowiedź? Kluczowym momentem w moim życiu był wypadek samochodowy, który przeżyłem jakieś trzy lata temu. Wcześniej, kiedy zostałem ojcem, pojawiła się u mnie bardzo silna potrzeba zbudowania bezpieczeństwa dla mojego dziecka. Jak ci się rodzi dziecko, to zazwyczaj jest taki moment, że ci to daje kompletnie nowy kręgosłup. Przestajesz być w centrum. To dziecko staje się najważniejsze. I ja chciałem za wszelką cenę doprowadzić do takiej sytuacji, w której córce nigdy niczego nie zabraknie. Spisałem testament, jak miała miesiąc. Chciałem ją tak zabezpieczyć, żeby jej się nigdy nic złego nie stało.

I kiedy jechaliśmy na wigilię do Radomia z żoną i z dzieckiem, wjechaliśmy na lodowisko. Od strony lasu nie docierało słońce, w związku z czym ulica zamieniła się w lodowisko. Pędząc terenowym mercedesem, uderzyłem czołowo w pędzące z naprzeciwka infiniti. Gdybym jechał osobowym samochodem, to prawdopodobnie byśmy tutaj nie siedzieli. Podwozie mojego auta pękło na pół, urwało mi pedały, nie zadziałał ładunek pirotechniczny w pasie. Na szczęście to lodowisko spowodowało, że samochody po zderzeniu czołowym odbiły się od siebie i poleciały dobrych 200 metrów w dwie różne strony, wpadając do rowów. Patrząc na te samochody, nie powiedziałbyś, że wszyscy mogli wyjść z tego wypadku bez szwanku.

A tak się stało?

Tak. Co prawda kierowca drugiego samochodu był na obserwacji przez trzy dni w szpitalu, ale nie miał żadnych poważnych obrażeń, stracił tylko przytomność. Gdyby nie lód, to cała siłą uderzenia poszłoby w samochody. Pamiętam, że syn tego kierowcy wyskoczył z samochodu i zaczął krzyczeć: „Zabiłeś mi ojca!”. Nasz samochód leżał na boku. Zacząłem wyciągać dziecko i żonę. I przyszła mi taka myśl: kurczę, miałem jechać do Radomia, zjeść pierogi z rodziną na wigilii, ale nic takiego się nie wydarzy, bo zabiłem człowieka i prawdopodobnie zaraz pójdę do więzienia. Moje życie właśnie się w tym momencie skończyło.

To wtedy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie jestem w stanie stworzyć sytuacji, w której się zabezpieczę. Bo nawet jeśli sobie ustawię kwestie materialne w życiu, to i tak w ciągu ułamka sekundy mogę stracić wszystko. Zrozumiałem, że prawdziwe bezpieczeństwo to nie jest kasa, tylko polega ono na relacji z Bogiem.

A przed wypadkiem byłeś wierzący?

Chodziłem wcześniej do kościoła, ale to wydarzenie uświadomiło mi, że jeżeli mam zbudowaną relację z Jezusem Chrystusem, to się nie muszę niczego bać. Przecież On jest miłosierdziem i chce mojego dobra. A cokolwiek mi się w życiu przydarza, jest po coś – żeby stać się lepszym człowiekiem i iść coraz głębiej w relację z Bogiem. I dlatego nie muszę się niczego obawiać, bo nawet te pozornie tragiczne wydarzenia mogą mnie zmieniać i sprawiać, że będę się stawać lepszym człowiekiem.

Tamtego dnia przypomniałem sobie wszystkie sytuacje z mojego życia, wszystkie głupstwa, rzeczy, które mogły mnie doprowadzić do więzienia, a nawet do śmierci. Pan Bóg wyciągał mnie z tak beznadziejnych sytuacji, że doszedłem do takiego momentu w życiu, w którym wiedziałem, że muszę podjąć decyzję: albo Mu wierzę, albo nie. On wie, co robi. W przeciwieństwie do mnie. Poczułem, że nie jest istotny mój plan, tylko Boski plan. To, czego najbardziej bym w życiu chciał, to żeby moje wszystkie działania coraz lepiej się pokrywały z Jego planem. Nie chcę zarabiać kupy kasy, tylko chciałbym robić właściwe rzeczy.

W dzieciństwie nie miałem zbyt dobrych wzorców, jeśli chodzi o księży. Moja mama pracowała w dekoratorni wnętrz i czasem wolontaryjnie przygotowywała różne ozdoby do parafii. Byłem ochrzczony, poszedłem do komunii, do bierzmowania, chodziłem na rekolekcje w szkole podstawowej, ale trudno stwierdzić, że byłem praktykującym na serio katolikiem. Ksiądz też nie był zbyt dobrym przykładem. Według opinii, która krążyła, miał romans z gospodynią. Pamiętam go jako człowieka, który głównie chodził w białym stroju, bo cały czas grał w tenisa. Widziałem kosmicznie zastawiony jak na tamte lata barek z alkoholami. W związku z czym nie był to dla mnie autorytet i nie budował we mnie pozytywnego spojrzenia na katolicyzm.

A jak było w rodzinie?

Brakowało mi ojca, który wyjechał do Stanów Zjednoczonych za chlebem, kiedy miałem kilka miesięcy i nigdy już nie wrócił. Wychowywała mnie tylko matka. Nie miałem męskiego wzorca w domu. Chyba z tego powodu przez długi czas próbowałem udowodnić sobie, że jestem prawdziwym facetem, takim w 100 procentach, że niczego mi nie brakuje.

Jak?

Wdawałem się w bójki, wpadłem w złe towarzystwo. Wydawało mi się, że będąc dwa razy gorszy od rówieśników, udowodnię, że jestem super facetem. Po szkole podstawowej wkręciłem się w młodocianą gangsterkę, dealowanie narkotykami. Od piętnastego roku życia przez piętnaście lat w zasadzie non stop piłem alkohol. Miałem może razem 5 dni, kiedy nie piłem. W ostatniej fazie wypijałem dzień w dzień półtora litra alkoholu. Budziłem się i zaczynałem dzień od wypicia duszkiem 375 ml koniaku, żeby móc normalnie mówić. Do tego doszła kokaina, paliłem jointy i brałem psychotropy, żeby móc zasnąć. Zjadałem codziennie dwa pudła lodów, ważyłem 132 kilogramy i zmierzałem prosto do zawału w wieku 32 lat, który skończyłby się śmiercią, bo w tym wieku z zawałów się nie wychodzi

I nastąpił przełom?

Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć inaczej niż ingerencją Pana Boga, bo próbowałem rzucać alkohol przez wiele lat, tłumacząc sobie, że spróbuję pić tylko piwo, albo tylko wino co drugi dzień, albo tylko z dziewczyną pół butelki do kolacji i zawsze wracałem do tego samego momentu – znowu piłem dzień w dzień. I nagle skutecznie odstawiłem alkohol, rzuciłem papierosy (paląc trzy paczki dziennie), kokainę, marihuanę, wszystkie używki i zrzuciłem 45 kilogramów. To wszystko wydarzyło się w ciągu ośmiu miesięcy, chociaż wcześniej nie byłem w stanie sobie z tym poradzić przez wiele lat. Nie widzę w tym żadnej swojej zasługi. Oczywiście, sporo o tym myślałem, ale nie jest tak, że ja wykonałem jakąś heroiczną pracę, która pozwoliła mi to wszystko zwalczyć.

Coś w moim życiu po prostu się wypełniło i poczułem, że zaczyna się coś zupełnie nowego. Mając problemy zdrowotne, nie byłem w stanie sobie poradzić z normalnymi lekarzami. Po piciu przez tyle lat miałem wątrobę nieczynną w 36 procentach, uszkodzoną trzustkę, cukrzycę we wczesnym stadium, lepkość krwi, rozwalające się kolana, nadciśnienie. I wiesz co? Po roku od rzucenia używek organizm mi się zresetował. Wszystkie organy były znowu jak u czternastolatka, który nie miał w życiu styczności ze złem. Lekarze mówią, że to jest możliwe, bo wciąż byłem w wieku, w którym organizm posiadał zdolności regeneracyjne. Natomiast równocześnie podkreślają, że jest niemożliwością, żebym po 15 latach sam rzucił picie. Bez pomocy terapeutów. I w ich ocenie nie ma takich przypadków w medycynie, że ktoś rzuca alkohol po tak długim czasie i w nim nie widać żadnego śladu. To nie jest moja zasługa. To Pan Bóg pomógł mi z tym zerwać.

Ale droga nie była prosta i oczywista. Lekarze nie potrafili mi pomóc i trafiłem do bioenergoterapeutki. W trakcie medytacji podczas jednego z zabiegów narodziłem się na nowo. Miałem bardzo realistyczną wizję, w której byłem w łonie matki, wychodziłem przez pochwę do światła, byłem w szpitalu, gdzie biegali lekarze. Potem poczułem przytulającą mnie kobietę. To trwało z piętnaście minut. Było to niesamowicie rzeczywiste – nie oglądałem tego z boku, tylko byłem uczestnikiem tych wydarzeń i czułem emocje rodzącego się dziecka. To był moment, w którym miałem poczucie, że narodziłem się na nowo. Od tamtej chwili rzeczywiście zaczęła się w moim życiu transformacja, która zmieniła wszystko – kobietę, dom, pracę, zdrowie, wygląd, otoczenie, przyjaciół, znajomych

Co było dalej?

Zacząłem rozmaite poszukiwania. Chodziłem do wróżek, szukałem w buddyzmie, w reiki, bywałem u różnego rodzaju uzdrowicieli. Generalnie większość tych osób to jest szarlataneria, natomiast w kilku przypadkach potwierdziło się coś, co mi mówili. Np. dokładnie ktoś mi opisał tydzień wcześniej ten wypadek, o którym wspomniałem, mówiąc, na jakiej drodze to się wydarzy, w jakim samochodzie, ile mężczyzn będzie jechało w drugim samochodzie itd.

Oczywiście problem z tego typu wróżbami polega na tym, że potem nigdy nie wiesz, czy to nie jest tak, że ktoś na tyle sugestywnie ci o czymś powiedział, że być może to ja w swoim życiu doprowadziłem do tego wypadku, będąc pod wpływem czegoś, co usłyszałem. Gdyby Bóg chciał, żebyśmy znali przyszłość, dałby nam zdolność jej widzenia. Osobną kwestią jest to, że taka wiedza nic nie daje. Bo co z tego, że miałem informację o wypadku, który się wydarzy? Czy dzięki temu udało mi się go uniknąć? Tak naprawdę nigdy nie wiesz, kto osobie wróżącej podpowiada. W związku z czym niebezpieczeństwo, w moim mniemaniu, polega na tym, że otwierasz się na coś negatywnego, wpuszczając to do swojego świata. I jak myślę o tym z dzisiejszej perspektywy, to – według moich doświadczeń – działa to tak, że nawet czasem podsuwają ci coś, co wydaje ci się, że ma odzwierciedlenie w życiu, w związku z czym zaczynasz to kupować.

Nie zatrzymałeś się jednak na tym etapie.

Moja żona jest wierząca. Chodziła do kościoła. Dla mnie na początku, szczególnie w kontekście medytacji, ten Kościół był totalnym nieporozumieniem. Jeszcze kiedy chrzciliśmy dziecko, to się w zasadzie śmiałem z tego chrztu, w ogóle nie podchodziłem do tego poważnie. W każdym razie ona w niedziele chodziła na msze. Ja ją zawoziłem samochodem pod kościół i czekałem aż ona wyjdzie, na zewnątrz w samochodzie, słuchając muzyki. W końcu któregoś razu wydało mi się idiotyczne, że siedzę w aucie, podczas gdy ona idzie się modlić. I dla towarzystwa poszedłem z nią.

Co się wtedy stało?

Na początku uświadomiłem sobie, że w tym kościele wypoczywam, że się tam dobrze czuję. Potem zacząłem słuchać kazań i zorientowałem się, że w zasadzie są one odpowiedzią na moje rozterki z minionego tygodnia. Zacząłem na to patrzeć w ten sposób, że to, co słyszę w kościele, jest instrukcją, jak żyć.

Stopniowo eliminowałem ze swego życia te wszystkie poboczne historie. Podchodząc do tego trochę technicznie na początku, rozumowo, zacząłem sobie przypominać Dziesięć Przykazań i zastanowiłem się, ile z nich każdego dnia łamię. Zadałem sobie pytanie, czy jest w ogóle możliwe, żeby tych przykazań nie łamać, spróbować według nich żyć. To był właśnie jakiś pierwszy moment, kiedy zacząłem coś robić, oczywiście się zmuszając do tego, bo to nie jest proste. Podobnie jak nie jest prostą rzeczą nieocenianie bliźniego.

Chodząc do kościoła, w pewnym momencie zdecydowałem, że muszę wybrać, bo nie może być tak, że jestem jednocześnie w piętnastu frakcjach i skupiam się na wszystkim. Jestem katolikiem, urodziłem się w tym kraju, a nie w Nepalu, to jest religia, w której wyrosłem. Wiedziałem, że jeśli chcę budować autentyczną relację z Panem Bogiem, to muszę zacząć być Mu wierny.

Dzisiaj chodzę wyłącznie do kościoła, do Świątyni Opatrzności Bożej. Uwielbiam kazania w wykonaniu dwóch księży, które są znakomicie prowadzone. Człowiek ma poczucie, jakby słuchał wykładów z historii. Niesamowicie opowiadają o Biblii, mają ogromną wiedzę, podają fakty dla mnie wcześniej nieznane. Wiem, że jestem na początku jakiejś drogi. Zdaję sobie sprawę, że mam bardzo dużo do zrobienia, ale wykonałem pierwszy krok w drodze do Pana Boga i chcę tą drogą podążać.

A co to znaczy dla ciebie relacja z Panem Bogiem?

Staram się patrzeć na to, co robię w swoim życiu, nie przez pryzmat swoich interesów, swojego planu, tylko z Boskiej perspektywy. To nie znaczy, że staram się być Panem Bogiem, ale chcę oceniać swoje postępowanie z punktu widzenia Boskiego planu.

Pracuję nad tym, co robię. Ludziom, do których czuję wściekłość czy nienawiść, próbuję dawać miłość. I to jest zaskakujące, bo ludzie są wtedy kompletnie rozbrojeni i odpowiadają tym samym.

Wielokrotnie to zaobserwowałem: ktoś pałał do mnie nienawiścią, pisał fanatyczne emaile  ze złością. Kiedy odpowiadałem na zaczepki miłością, okazywało się, że ten człowiek staje się zupełnie bezbronny. Nie robię tego cynicznie. Widzę i przekonuję się o tym, że bycie chrześcijaninem, który chce na podobieństwo Boga czynić miłosierdzie, to nie jest frajerstwo. Gdy się wysyła ludziom światło, to światło wraca do nas i rozpuszcza także w nas złe rzeczy. Staram się być po prostu dobrym człowiekiem.

A jak na twoją zmianę zareagował świat show businessu?

W zasadzie nie mam żadnego przyjaciela z show businessu. Nie chodzę z aktorami czy z gwiazdami na imprezy. Wszyscy moi przyjaciele są z kompletnie innych światów. Nie jestem typem gościa, który zasuwa na bankiety i tym żyje. Myślę, że w tym sensie jestem spoza tego środowiska.

Oczywiście, kilka osób mnie pytało, jak mogę tak otwarcie mówić o wierzę. OK, można zrozumieć, że Krzysztof Zanussi mówi o tym w filmach. Ale to nie jest częste, więc ludzie są zaskoczeni. No bo w Warszawie…

To siara?

…jak mówisz coś takiego, jak ja, to możesz wyjść na świra. Moim zdaniem to bardzo smutne. Mam w pracy kontakty z ludźmi z show businessu i widzę, że ich nastawienie nie tylko do Kościoła, ale w ogóle do wiary jest bardzo negatywne. W Warszawie szczególnie. Jeżdżę do innych miejscowości, chociażby do Radomia, skąd pochodzi moja żona, i tam ludzie mają inny stosunek do Kościoła i do religii.

Czyli mówiąc krótko – nie wstydzisz się swojej wiary.

Kocham Jezusa, chodzę do kościoła, modlę się, rozmawiam z Nim. Miałbym się Go wypierać na zewnątrz, żeby budować sobie określony wizerunek w gazetach? Przecież to by było idiotyczne. Nie indoktrynuję innych ludzi, po prostu wiara jest dla mnie ważna i nie mam problemu, żeby o tym mówić.

Wróćmy na koniec do „Służb specjalnych”. Jest w nich mocna scena rozmowy z zakonnikiem.

Rozmowy z księdzem, które się pojawiają w filmie, czerpałem w dużej mierze również z własnych rozmów z jezuitą.

Z jezuitą?

Tak. Pamiętam, że z nim polemizowałem, bo byłem jeszcze gniewny, starałem się udowadniać mu pewne rzeczy. W trakcie jednej rozmowy on zaczął kląć, mówiąc: „Kur…” i coś tam dalej. Byłem zszokowany, słysząc przekleństwa z jego ust. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Dzisiaj myślę, że wynikało to z tego, że on chciał do mnie dotrzeć. Widział łysego faceta, więc czuł, że dobierając taki język, bardziej skutecznie się do mnie przebije.

W „Służbach specjalnych” wątek wiary jest poprowadzony tak, że może zachęcić ludzi do religii, do Kościoła, a nawet do księży. Na początku filmu daję ludziom stereotyp księdza, blokując ich system alarmowy, bo dostają coś, co powoduje, że myślą: „Aha, będziemy mieli negatywnie pokazanego księdza, który współżył z mężczyzną”. W związku z tym widzowie mają poczucie, że nie będą indoktrynowani religią i wyzbywają się uprzedzeń. A potem przez cały film wkładam im do głowy to, co chcę [śmiech]

A tak na poważnie: to było bardzo trudne zadanie. Niezwykle łatwo było popaść w kicz. Wystarczyłoby omsknąć się o milimetr i ten wątek okazałby się nieznośny, a ludzie mieliby poczucie, że ktoś właśnie nachalnie ich naucza. Ale udało się to zrobić tak, że wątek z księdzem dla wielu widzów – nawet tych niedowiarków – jest najbardziej poruszający w całym filmie. To, co jest w „Służbach specjalnych” cenne, nie tylko jeśli chodzi o wątek religijny, to właśnie to, że nie każę ludziom przyjmować niczego za pewnik, tylko pokazuję coś, a ludzie sami mogą zdecydować, czy ich to przekonuje i czy chcą w to wierzyć.


Piotr Żyłka

Zaraz po zakończeniu Synodu „obrońcy rodziny i tradycji” ogłosili swoje zwycięstwo. „Ave Maria! Kościół uratowany!”. A ja się pytam – z kim zwyciężono i przed czym niby uratowano Kościół?

Tydzień temu sobotni wieczór spędziłem na Wieczorze Łaski u księży saletynów w Krakowie, organizowanym przez Fundację Malak i o. Adama Szustaka OP. Wróciłem do domu koło 3 nad ranem. Włączyłem komputer, żeby sprawdzić, czy na finiszu Synodu poświęconego rodzinie wydarzyło się coś ciekawego. Wszedłem na Facebooka i zostałem zbombardowany linkami do artykułów z sensacyjnie brzmiącymi tytułami. Sens wiadomości był w wielu wypadkach podobny – Synod zakończył się klęską „wstrętnych liberałów”, koszmarna i szkodliwa dyskusja zakończona, Kościół może wrócić do stanu sprzed tego budzącego niepotrzebny zamęt spotkania.

Gdybym uwierzył w relacje konserwatywnych katolickich portali i nie poszukał dokładniejszej informacji w innych źródłach, to pewnie nigdy bym się nie dowiedział o kilku niezwykle ważnych detalach, które mają fundamentalne znaczenie dla osób próbujących zrozumieć, co się wydarzyło w ostatnich tygodniach w Watykanie.

Kilka przykładów. Nie jest prawdą, że większość kardynałów odrzuciła z Relatio Synodi trzy punkty dotyczące rozwodników i homoseksualistów. Te punkty nie uzyskały wymaganej większości 2/3 głosów, ale za każdym z nich opowiedziała się więcej niż połowa Ojców Synodalnych. Nie jest też prawdą, że owe punkty zostały wykreślone z dokumentu, przepadły i już nikt nie będzie o nich dyskutować. Papież Franciszek postanowił opublikować całość sprawozdania z obrad (czyli włącznie z 3 „kontrowersyjnymi” punktami) i w pełnej formie wysłać go do konferencji episkopatów poszczególnych krajów. Niby niuanse, ale zupełnie zmieniają obraz sytuacji.

Mnie najbardziej cieszy, że Ojciec Święty zaprosił cały Kościół do otwartej dyskusji. Najpierw była słynna ankieta, później hierarchowie zebrali się w Watykanie i w swobodny sposób podzielili się swoimi opiniami. Na zakończenie Synodu Franciszek powiedział: „Brawo! Dobrze pracowaliście. Właśnie takiej wymiany myśli chciałem. A teraz idziemy do przodu”. To bardzo ważne słowa, bo tak naprawdę jesteśmy na początku długiej drogi. Teraz wszystko znowu wraca na poziom Kościołów lokalnych, gdzie – miejmy nadzieję – odbędą się poważne dyskusje, do których zaproszeni zostaną przedstawiciele różnych środowisk i wspólnot. A za rok Ojcowie znowu spotkają się w Rzymie, by jeszcze raz porozmawiać o tym, jak Kościół powinien odpowiadać na wyzwania i trudności stojące przed współczesną rodziną.

Kilka dni temu brałem udział w nagraniu audycji w Radiu Kraków. Rozmawialiśmy o Synodzie. W studiu była też Karolina. Karolina żyje w związku niesakramentalnym. Do radia przyszła z małym, roześmianym synkiem. Ona też jest pogodną kobietą. Zapytana o to, czy przystępuje do komunii, powiedziała, że oczywiście tego nie robi. Bo wie, że sama podjęła taką a nie inną życiową decyzję i pogodziła się z konsekwencjami. Wszystko wygląda OK, ale kiedy mówi o tym, jak patrzy na ludzi przyjmujących Ciało Chrystusa, jej głos się załamuje, widać w jej oczach ogromny smutek.

Kiedy widzę takiego konkretnego człowieka, to się zastanawiam, jak ktokolwiek może bez chwili zawahania oceniać i mówić, że „to są przecież zatwardziali grzesznicy, cudzołożnicy i sami sobie są winni”. W ciągu ostatnich tygodni słyszałem i czytałem wiele tego typu wypowiedzi. Wcale nie twierdzę, że powinniśmy dopuścić wszystkich do komunii. Nie mam też gotowych odpowiedzi na inne pytania, które rozbudziły dyskusję na Synodzie. Ale kiedy słyszę te wszystkie głosy oburzonych, niezadowolonych i rozdzierających szaty „bo ktoś śmie zadawać takie pytania”, to muszę przyznać, że jestem zdziwiony.

Chrystus przyszedł na świat, żeby ludzi leczyć. Bez warunków wstępnych. To oczywiście nie znaczy, że mamy zmieniać doktrynę. Ale fundamentalna wrażliwość na dramat drugiego człowieka, wyciągnięcie do niego ręki, próba zrozumienia jego problemów – to chyba nie jest zbyt wiele. Marzy mi się Kościół, który będzie po prostu wrażliwy na każdy rodzaj ludzkiej biedy. Bo jak mówił Jan Paweł II – to człowiek jest drogą Kościoła.


Uratuj swoje małżeństwo

Wprost nie wypuszczałam z ręki koronki do Bożego Miłosierdzia w najostrzejszej fazie kryzysu i przetrwaliśmy, choć było trudno. Bo małżeństwo to nieustanna praca nad sobą, bez chwili przerwy. Dla wspólnoty „Sychar” nie ma małżeństwa, którego nie da się uratować.

Problemy z komunikacją lub jej brak w małżeństwie, zbyt długa nieobecność jednego z małżonków, nieumiejętność oderwania się od rodziców, kryzys wiary, zdrada, nałogi, przemoc. Jak mówią ludzie ze Wspólnoty Trudnych Małżeństw „Sychar”, wiele osób nie jest dojrzałych na tyle, by po ślubie wziąć na siebie wszystkie małżeńskie obowiązki. We wspólnocie ratuje się rodzinę w najróżniejszych trudnościach i fazach kryzysu.

Można się wypłakać

Pomoc w „Sycharze” polega przede wszystkim na wsparciu osób znajdujących się w podobnej sytuacji i mających katolicki system wartości. Tutaj można wypłakać trudne sprawy i wraz z innymi konstruktywnie podejść do problemu, można skorzystać z terapii, warsztatów. Ale najważniejsze jest odkrywanie głębi sakramentu małżeństwa.

- W działaniach opieramy się na przekonaniu, że każde sakramentalne małżeństwo w każdej fazie kryzysu jest do uratowania – wyjaśnia ks. Paweł Dubowik, krajowy duszpasterz wspólnoty. – Nie wchodzimy w mentalność rozwodową proponującą ucieczkę od problemu, ale dokładamy wszelkich starań, by pary weszły na drogę wewnętrznego uzdrowienia.

Silni, świadomi i odważni

- W naszym związku brakło świadomości, że Bóg podczas sakramentu małżeństwa realnie wszedł w nasze życie – mówią Anna i Paweł, małżonkowie z siedmioletnim stażem. – Dopiero gdy pozew rozwodowy był na wokandzie, zaprosiliśmy Go, każde na własną rękę, do naszego życia, prosząc o interwencję. Od tamtego momentu zaczęliśmy spotykać na naszej drodze ludzi i doświadczać wydarzeń, które zmieniały nasz sposób myślenia.

- We wspólnocie mocno podkreślamy, że małżonkowie nie są w związku sami, lecz jest z nimi obecny Chrystus, że w modlitwie mogą się odwołać do łask płynących z sakramentu – mówi ks. Paweł Dubowik. – Z drugiej strony, że muszą podjąć konkretną pracę nad swoim małżeństwem, korzystając z odpowiednich narzędzi, które podpowiada im nauka. Nie da się uratować małżeństwa, mówiąc jedynie Panu Bogu: «Ratuj», ani też postanawiając, że naprawi się je samemu, bez Bożej pomocy.

W pracy nad sobą pomagają m.in. warsztaty „Wreszcie żyć – 12 kroków ku pełni życia”, oparte na programie dla osób uzależnionych i dostosowane do rozwoju duchowego małżonków (narzeczonych). Obejmują takie umiejętności jak poznanie samego siebie, siebie w relacji do drugiego i do Pana Boga i pracę nad sobą.

- Często widzę zmiany, jakie zachodzą w ludziach – mówi ks. Paweł. -  Ze słabych i zagubionych stają się silni w wierze, samoświadomi i odważnie podchodzą do życia.

Bóg i terapia

- Naszej intensywnej pracy nad małżeństwem towarzyszyła wspólna regularna modlitwa – mówią Anna i Paweł. – W najostrzejszej fazie kryzysu wprost nie wypuszczałam z ręki koronki do Bożego Miłosierdzia. Mąż podobnie czynił z ewangeliarzem. Jesteśmy przekonani, że bez modlitwy nie dalibyśmy rady. Po półtora roku od podjęcia decyzji o budowaniu małżeństwa jest między nami dużo lepiej. Lepiej się porozumiewamy, a gdy dochodzi do sporów, nie są one tak ostre jak w przeszłości.

W „Sycharze”, oprócz emocjonalnego wsparcia i programów pracy nad sobą, można korzystać z konkretnej pomocy duchowej: różnych form modlitwy, rekolekcji, rozmów z duszpasterzem. Każdy może dołączyć do grupy modlitewnej na Skypie, która spotyka się codziennie (szczegóły na Forum Pomocy „Sychar”: www.kryzys.org).

- Jestem pod wrażeniem osób, które mimo ogromnego bólu i skrzywdzenia potrafią mówić o współmałżonku w sposób pełen ciepła – mówi duszpasterz. – Zadziwia mnie, jak wiele godzin i dni niektórzy potrafią poświęcić, by podźwignąć poranionego człowieka. I jak często zaczyna on potem z radością funkcjonować i staje się lekarzem i świadkiem Bożej obecności dla kolejnych skrzywdzonych.

Świadkowie cudów
Do wspólnoty „Sychar” przychodzą osoby, które czerpią stąd przez krótki czas, i takie, które angażują się w niej przez wiele lat.

- Widzieliśmy we wspólnocie, jak były uzdrawiane małżeństwa, które wydawały się nie do uratowania: jeden ze współmałżonków zawarł drugi, niesakramentalny związek, był uzależniony od alkoholu, stosował fizyczną i psychiczną przemoc – kontynuuje ks. Dubowik. – A po pewnym czasie decydował się na powrót do sakramentalnego związku, dzięki terapii przestawał pić, bić i znęcać się psychicznie. To bardzo ważne, by w trudnych przypadkach odbudowę małżeństwa rozpoczynać dopiero wtedy, gdy krzywdziciel przeszedł nawrócenie i pracuje nad sobą.

- Ważne też, by rozpoczynając naprawę związku, nie robić tego z poczuciem dumy czy wyższości. By szukać także dobra współmałżonka, dążyć do pojednania – mówią Anna i Paweł. -  A gdy sprawa rozwodowa jest w sądzie, by przypominać adwokatowi i kontrolować jego działania: aby dążył nie do rozwodu, ale zabiegał o ocalenie małżeństwa.

Sycharowicze podkreślają: gdy podchodzi się do małżeństwa z założeniem, że chcemy być ze sobą na zawsze, to zaczyna się poszukiwać takich rozwiązań i usprawnień, by związek dobrze funkcjonował.

- Nigdy, ani w żartach, ani w złości nie mówmy, że zażądamy rozwodu – mówią. – To niszczy relację ze współmałżonkiem i z Bogiem. I może otworzyć mentalnie i duchowo drogę do takich działań.