Ogłoszenie Caritas

     Zbliżają się wakacje i jak co roku Caritas  naszej Archidiecezji  organizuje kolonie  letnie dla dzieci .W bieżącym roku z oferty tej skorzysta    6-ka dzieci  z naszej parafii. Dlatego zwracamy się z prośbą o wsparcie ,,Wakacyjnej Akcji Caritas”- po każdej Mszy św. można złożyć ofiarę do puszki, która w całości zostanie przekazana na konto Caritas, na ten cel.

Jak co roku też- z dużym wyprzedzeniem – Caritas przygotowuje się do programu ,,Tornister pełen uśmiechu”

Możemy pomóc dzieciom przygotowując dla nich szkolną wyprawkę. Wystarczy wziąć z kościoła pusty plecak, wypełnić  go przyborami szkolnymi i przynieść plecak z powrotem do kościoła najpóźniej do 15 sierpnia. Propozycję przyborów wraz z imieniem i wiekiem dziecka umieszczono  na plecaku. Plecki są do odebrania w zakrystii.

 Za wrażliwość i zrozumienie-  z serca Bóg zapłać.


Łukasz Mrózek
Iść obok…

 

Rozwijanie pasji i zainteresowań dziecka wymaga wiele poświęcenia i zaangażowania wychowawców. Nie może to być wyłącznie słowna pochwała, wsparcie czy motywowanie po porażce, ale aktywne uczestnictwo w tych zainteresowaniach, aby właściwie je ukierunkować…
Zainteresowania
Słowo „zainteresowanie” pochodzi z języka łacińskiego (inter essere oznacza „być w środku czegoś”). Słownik psychologiczny definiuje zainteresowanie jako upodobanie, zamiłowanie, inklinację, predylekcję, zaciekawienie (ciekawość), a nawet sympatię do czegoś lub tzw. „żyłkę”; w praktyce psychologicznej zainteresowanie oznacza zarówno uwagę, ciekawość, motywację, skupienie, troskę, ukierunkowanie na cel, jak i świadomość oraz dążenie (Reber 2000: 869).
Istotnym momentem zainteresowania nie jest wyłącznie obiektywne i faktyczne poznanie, ale także przyjemność poznawczego przeżywania, związana z pragnieniem dalszej wiedzy o tym przedmiocie (Słoniewska 1959: 10). Trzeba umiejętnie oddzielić zainteresowanie od zaciekawienia, wzbudzanego jedynie przez nowe, silne i nieznane do tej pory podniety, charakteryzujące się krótką trwałością (Skorny 1987: 110).
W literaturze tematu można zauważyć, że w przeszłości wiele wartościowych rozważań dotyczących zainteresowań dzieci i młodzieży podejmowali m.in. Ch. Bühler, É. Claparede, M. Debesse, J. Dewey, E. Hurlock. W Polsce tę tematykę podejmowali A. Gurycka, H. Słoniewska, S. Baley, M. Przetacznik-Gierowska, S. Szuman, W. Szewczuk, T. Tomaszewski, L. Wołoszynowa. Dzisiaj znajomość natury zainteresowań nie jest zbyt rozpowszechniona i jednoznacznie traktowana, co skłania do ich ponownego odczytania i zinterpretowania (Szewczuk 1998: 1076).
Zainteresowania stanowią pewnego rodzaju siłę napędową, znajdującą ujście w pracy albo w rozrywkach o charakterze hobby. Człowiek jest pobudzany i ożywiany przez potrzebę dalszego poznawania. Wszystko to wytwarza w nim pewną niezależność i zaopatruje go w narzędzia poznawania świata, które mogą stać się pomocne także w innych dziedzinach życia (Gurycka 1989: 7-8).
W procesie nauczania i wychowania szczególne znaczenie przypisuje się zainteresowaniom, ponieważ one stymulują czynności myślowe, motywują do nauki, pełnią funkcję selektywną wobec pamięci i uwagi (Strelau, Jurkowski, Putkiewicz 1974: 478). Zainteresowania stanowią niezwykle istotny element psychiki dziecka, informując wychowawcę o motywach leżących u podstaw jego niektórych działań i dążeń (Janowski 1985: 131).
Opinie
Wybór odpowiedniego zajęcia bardzo często stoi w opozycji do zainteresowań dziecka. Współcześnie zdają się dominować dwie decydujące opinie w tym względzie. Zwolennicy pierwszej z nich twierdzą, że dziecko nie powinno mieć „większych” zainteresowań, a cała jego uwaga winna być skupiona na edukacji. „Pomysł na siebie” przyjdzie w odpowiednim momencie (wieku), uwarunkowany przede wszystkim zdobytym doświadczeniem. Oczywiście nie powinno zabraknąć zabawy, codziennych kontaktów z rówieśnikami i zwyczajnych „grzechów młodości”. To czas na wszystko i dla wszystkich, ale bez przesadnego skupiania uwagi na zainteresowaniach, które dopiero w przyszłości mogą się przerodzić w pasję lub nawet stać się sposobem na życie.
Zwolennicy drugiej opinii kładą duży nacisk na rozwój zainteresowań dziecka i przykładają ogromną wagę do ich uzewnętrznienia. Zapisują dzieci na różnego rodzaju kursy i zajęcia pozalekcyjne, mające przyczynić się do odnalezienia tej jednej (często nawet kilku) drogi, z której w żadnym wypadku nie można już zawrócić z uwagi na poczynione niemałe nakłady finansowe.
Wzór
Rozwijanie pasji i zainteresowań dziecka wymaga wiele poświęcenia i zaangażowania wychowawców. Nie może to być wyłącznie słowna pochwała, wsparcie czy motywowanie po porażce, ale aktywne uczestnictwo w tych zainteresowaniach, aby właściwie je ukierunkować.
Ten czas nigdy nie będzie stracony; wręcz przeciwnie, wpłynie na rozwój poznawczy, emocjonalny i społeczny dziecka, a my z wychowawcy staniemy się przyjacielem, na którego pociechę i dobre słowo zawsze będzie mogło liczyć.
Trzeba tu zwrócić uwagę na pedagogikę gestalt, której naczelnym celem jest samorealizacja, odnalezienie siebie i własnej tożsamości, eliminacja blokad wewnętrznego rozwoju, rozpoznawanie potrzeb i zainteresowań oraz ich rozwijanie. W tej pedagogice najważniejsze jest stworzenie warunków intersubiektywności, czyli relacji zachodzącej pomiędzy dwoma spotykającymi się ze sobą osobowościami. Wychowawca zaprasza i towarzyszy, nie narzuca tempa i „trasy”, pozwala, by drogę wybrał wychowanek, który w sytuacji kryzysowej będzie umiał poradzić sobie nie tyle z narastającym problemem, co przede wszystkim z samym sobą (Ostasz 2001: 51).
Kolejnym wzorcowym przykładem program M. Montessori – włoskiej lekarki, która nawoływała do uczenia przez działanie, promując własną, niczym nie skrępowaną aktywność dziecka. Proponowała ona zwrócenie uwagi na samodzielność, koncentrację, ciszę, porządek, naukę reguł społecznych, obserwację (czyli bycie przewodnikiem dziecka), indywidualny tok rozwoju, posłuszeństwo oparte na samokontroli (a nie na przymusie płynącym z zewnątrz), współpracę, zamiłowanie do pomocy innym. Montessori była przeciwniczką „szkolnej ławki”, w miejsce której wprowadziła spontaniczność i twórczość. Jej program to dbałość o wszechstronny rozwój: fizyczny, duchowy, kulturowy i społeczny, połączony z wolnością – bo tylko ona wyzwala kreatywność. Z tej wolności powinna zrodzić się dyscyplina, która otwiera przed wychowankiem zupełnie nowe perspektywy (Montessori 2014).
Refleksja
Kształtowanie wartości, dzięki którym młody człowiek będzie zdolny wywierać wpływ na środowisko, w którym przyjdzie mu aktualnie żyć, winno odbywać się w zgodzie z własnymi ambicjami, dzięki którym odnajdzie swoje powołanie i będzie mógł czerpać korzyści.
Zainteresowania zmieniają się z wiekiem ucznia. Każdy nowy dzień jest okazją do poznania innej tajemnicy, rozwiązania kolejnej zagadki i nauczenia się czegoś nowego. Nieznane obszary wiedzy inspirują do pogłębiania wiadomości na interesujące tematy. Nie oznacza to jednak braku aktywności ze strony rodziców i wychowawców; zainteresowania trzeba i należy rozwijać kierując się sprawdzoną zasadą: „nic na siłę”. Gdy w dziecku osłabnie chęć kontynuowania danego zajęcia, musi mieć szansę rezygnacji.
Gdy zainteresowania młodego człowieka są wspierane i pielęgnowane przez rodziców już na wczesnym etapie ich występowania, mogą oni w pewnym stopniu ukierunkować i wyznaczyć zawodową przyszłość ich pociech. Ale błędem byłaby chęć uczynienia z dziecka kogoś, kim sami chcieli niegdyś zostać. Potencjał, który człowiek posiada już od samych narodzin, musi być odpowiednio pogłębiany, co pozwoli na rozwój zwłaszcza tych umiejętności, które zostały przypisane właśnie jemu.
Kierując się zawodowym doświadczeniem, wychowawca powinien iść obok, towarzyszyć podopiecznemu, dopingować, ale nie rywalizować, pozwolić mu na wszechstronność, dać szansę na indywidualność i wyzwolić poczucie wolności. A przede wszystkim obdarować go zaufaniem…
Temat zainteresowań w warunkach szkolnych często pozostaje martwym zapisem w standardach programowych (Klasińska 2011: 149). Jeśli nauczyciel będzie przypominał kogoś, kto „przychodzi na brzeg ogromnego oceanu i małym wiaderkiem dolewa do niego wody”, a uczniowie „pogrążeni w morzu faktów, już ledwie wysuwają nos nad wodę”, to jedynym rozwiązaniem będzie nauczyć ich „budować arkę, albo chociaż rzucić koło ratunkowe” (Kwiatkowski 2008: 64). Oby tylko nie zabrakło nam odwagi, bo kiedy na pierwsze rozwiązanie nie będzie już czasu, na drugie może okazać się niestety za późno…
Łukasz Mrózek 

Michał Piekara
Peoplemaking. Ocal małżeństwo swojego dziecka, zanim je rozpocznie!
Czy wiesz, że co roku w Polsce rozwodzi się liczba małżonków równa mieszkańcom Oksfordu? Czy wiesz, że w Polsce średnio co 8 minut rozwodzi się jedno małżeństwo? Ilość rozwodów w Polsce osiągnęła taki poziom, że jeśli na grilla zaprosicie dwa zaprzyjaźnione małżeństwa, to możecie stawiać zakłady o to, które się rozpadnie – bo któreś z pewnością. Statystycznie.

Unikalna historia

Każde małżeństwo to niezwykła historia dwojga ludzi, którzy pośród tylu milionów osób odnaleźli właśnie siebie. Pokochali się. To unikalna historia przyjaźni. Wyczekiwania na siebie. Wspólnych pragnień­ i marzeń o życiu razem. To trzymanie się za ręce, kiedy było ciężko i trzeba się było mierzyć z rozmaitymi trudnościami. To opowieść o stawaniu się rodzicami, o wyczekiwaniu pierwszych kroków, pierwszych słów ukochanych pociech. To obawy w czasie choroby i siedzenie nocą przy łóżeczku dziecka z nadzieją na poprawę zdrowia. To wakacyjne wyjazdy i radość bycia rodziną. To niezwykła historia. I w pewnej chwili zostaje to przerwane przez rozwód, zdradę, głęboki kryzys, brak jedności.
Na co dzień pracuję jako psychoterapeuta w Klinice Małżeńskiej w Krakowie, gdzie spotykam bardzo głęboko zranionych małżonków, towarzysząc im w drodze uzdrowienia ich małżeńskiej relacji. Ta perspektywa uczy mnie, pokazuje, jak wiele bólu i cierpienia w jeszcze nie tak dawno zakochanych w sobie ludziach wnosi kryzys, zdrada, rozwód. Dlaczego o tym mówię? Obecnie znajdujemy się w krytycznym momencie. Rodzina i bliskie jej wartości, takie jak: ofiarność, cierpliwość, bezinteresowność, altruistyczna miłość, znajdują się pod ostrzałem nowych idei i pomysłów na życie.
Ostatni Synod Biskupów (trwał od 4 do 25 października 2015 roku) debatujący nad kondycją rodzin w świecie wyraźnie alarmuje, że obecnie rodziny stają w ogniu walki przeciwko ideom, tendencjom i pomysłom, które są w swojej istocie dla nich zagrożeniem. To, co dotychczas stanowiło fundament społeczeństwa, jest wyśmiewane, krytykowane i – w efekcie – przez wielu odrzucane. Nowe tendencje społeczne budowania związków, takie jak DINKS, single, związki kohabitacyjne, pary jednopłciowe – to wszystko osłabia nasze rodziny. Musimy zdać sobie sprawę, że nasze dzieci narażone są na niespotykaną dotychczas ofensywę nurtów, które zdają się mówić: „Wyluzuj, poczuj się wolny!”, „Jak ci się nie uda – możesz odejść”, „Nic cię przy nim, przy niej nie trzyma!”.

Suma zaangażowania dwojga małżonków

Co to dla nas oznacza? Każdy rodzic chciałby, aby jego dziecko związało się z osobą, która będzie je wspierać, kochać bez względu na wszystko, dbać, troszczyć się. W gruncie rzeczy marzymy o tym, aby nasze dzieci poślubiły kogoś, kto pokocha je tak, jak my sami je kochamy. Chcielibyśmy mieć pokój w sercu, myśląc, że nasze dzieci są po prostu szczęśliwe w swoich małżeństwach. I nie ma znaczenia, w jakim wieku macie Państwo dzieci – bowiem na każdym etapie możemy przygotowywać je do tego, by były gotowe na wyzwania, które przyniesie im życie – również w sferze świata uczuć.
Rodzice, kiedy myślą o małżeństwie swoich dzieci, mogą przyjąć dwie postawy oceniające szanse na powodzenie przyszłego małżeństwa dziecka. Są one wyrażone w pytaniach:
„Przyjrzyj się! Czy on/ona będzie potrafił/a obdarzyć cię miłością?”
„Zobacz, czy ty będziesz potrafił/a obdarzać miłością?”
W nasze życie wpisane jest pragnienie, by kochać i być kochanym. Podobnie nasze dzieci tego oczekują, pragną i do tego dążą. Chcą kochać i być kochanymi. Zwykle jednak rodzice troszczą się o to, by dziecko było kochane, rzadziej myślą o tym, czy ich dziecko nauczyło się, jak powinno się kochać. Małżeństwo jest sumą zaangażowania dwojga małżonków. Dlatego właśnie szczęście w małżeństwie zależy od postaw obojga. Jako rodzice nie mamy wielkiego wpływu na to, czy ukochany naszej córki lub ukochana naszego syna będą potrafili kochać nasze dziecko. Jednak mamy olbrzymi wpływ na to, czy nasze dziecko będzie potrafiło się angażować, przebaczać, nie chować urazy, dobrze i konstruktywnie rozmawiać.
Dzieje się tak dlatego, że rodzina jest szkołą, w której dzieci uczą się, jak budować związki miłości. Peoplemaking – to dziwaczne słowo znalazło się w tytule tego artykułu. Posłużyła się nim Virginia Satir, jedna z najbardziej znanych terapeutów rodzinnych, która położyła solidne fundamenty pod terapię rodzin, koncentrując się na komunikacji. Peoplemaking – to termin, który określa zadanie, funkcję i przeznaczenie rodziny – zradzanie człowieka, tworzenie człowieka, wychowywanie człowieka, które odbywa się w rodzinie. To tu dziecko uczy się, jak kochać, przebaczać, przyjmować przebaczenie, jak radzić sobie z konfliktami i jak mierzyć się z trudami.

Każdy z nas nosi swój plecak

Zachęcam do zobaczenia, jak to wygląda w Państwa życiu. W dużej mierze nasze małżeństwa są przedłużeniem wyuczonych sposobów na budowanie relacji wyniesionych z domu rodzinnego. Oczywiście to nie determinizm. Nie byłoby prawdą powiedzenie, że kopiujemy w całości model budowania relacji naszych rodziców, ale ma on wpływ na to, jak wyglądają dziś nasze relacje małżeńskie.
Czy złapałaś się kiedyś na tym, że podczas kłótni powiedziałaś coś z ironią do swego męża, zupełnie tak, jak czyniła twoja matka w stosunku do ojca? Czy przyłapałeś się kiedyś na tym, siedząc w pracy do późnych godzin nocnych, że praca jest dla ciebie tak ważna, jak była dla twego ojca, choć zawsze denerwowało cię, że jest on ciągle nieobecny? Każdy z nas nosi plecak. Wyjątkowo ważny, niezwykle pojemny, który dźwigamy całe życie. Od najmłodszych mnienia, doświadczenia i obserwacje. Znacznie rzadziej udaje się nam coś wypakować. A co najważniejsze, nie mamy wielkiego wpływu na to, jaka będzie zawartość tego plecaka. Kiedy wreszcie okazuje się, że mamy na to wpływ, niemal niemożliwe jest dostanie się do tego, co latami było tam wkładane. Myślę o bagażu doświadczeń, które wynosimy z własnego domu rodzinnego. Wśród wielu prawd o rodzinie, możemy powiedzieć i tę, że nikt z nas nie miał wpływu na to, w jakiej rodzinie się urodzi. Pewnego pięknego dnia otwierasz oczy i widzisz nachylających się, uśmiechniętych ludzi, którzy każą mówić do siebie „mamo” i „tato”. I po prostu to akceptujesz. Przez pierwsze lata swego życia, początkowo zupełnie nieświadomie, a z czasem z coraz większym zrozumieniem, obserwujesz swoich najbliższych. Wszystko. Nic nie umyka twej uwadze. I tak się uczysz, jak rozwiązywać konflikty, jak ze sobą rozmawiać, jak się szanować i jak okazywać różnorodne uczucia. I tak przez lata. Któregoś dnia zaczynasz mieć swoje ideały i konfrontujesz zachowanie swoich rodziców z tym, co uważasz za słuszne i dobre. Coś ma szansę się w twoim życiu zmienić. Życie toczy się dalej. Poznajesz wspaniałych ludzi. Spotykasz swojego przyszłego małżonka. Stajesz na ślubnym kobiercu z sercem pełnym marzeń. „Wreszcie – myślisz – jest czas na realizowanie ideałów. Będę inna niż moja matka”. „Pokażę ojcu, że można być lepszym mężczyzną niż on sam był”. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, twój współmałżonek powie któregoś dnia: „Zachowujesz się jak twój ojciec” albo: „Jesteś zupełnie jak twoja matka!”. Buntujesz się. Jednak po chwili namysłu stwierdzasz, że faktycznie jesteś wykapaną mamą lub tatą. Co więcej, fakt ten dotyczy również twojego współmałżonka. Okazuje się, że wasi rodzice mieli na was większy wpływ, niż być może się do tej pory spodziewaliście. I co dalej? Możesz się na to wściekać, tupać nogami i kląć na czym świat stoi. Ale to niczego nie zmieni. Możesz również obserwować siebie i zaakceptować ten stan rzeczy. Wybór należy do ciebie. Z moich obserwacji wynika, że każdy próbuje najpierw z tym walczyć, ale to walka z wiatrakami. Plecaka nie da się ot tak, po prostu, wypakować i zapakować na nowo tym, co ci odpowiada. Świadomość powtarzalności tych zachowań oraz wpływu rodziców na twoje życie pozwala ci podjąć decyzję i dokonać wyboru, co z tym zrobisz.
Zdolność kochania drugiego człowieka, to, jak odnosimy się do ukochanych ludzi ma swoje źródło w miłości, której nauczyła nas rodzina. Innymi słowy, to, w jaki sposób okazywali sobie miłość twoi rodzice (czy byli względem siebie serdeczni, pełni pokoju i radości, czy też szukali zwady, nieustannie sobie docinali i kłócili się) ma wpływ na to, jak wygląda twoja relacja z mężem. Podobnie to, w jaki sposób traktujesz twoją żonę, ma swoje korzenie w sposobie, w jakim odnosili się do siebie twoi rodzice.
Jeśli dostrzegasz, że faktycznie swoją postawą uczyli cię tego, jak ty teraz odnosisz się do ludzi, również tych najbliższych, to czas pójść dalej. Jak ocalić małżeństwo swego dziecka, zanim je rozpocznie? Odpowiedź: dawać mu dobry przykład, budując swoje małżeństwo, które ma być pełne miłości, radości i zaangażowania. Brzmi banalnie? Czasem nie widzimy lasu, bo zasłaniają nam go drzewa. Potrafimy nie dostrzegać najważniejszych prawd, bo one wcale nie są ukryte. Choć tego byśmy się spodziewali. Bo tak, jak tobie wkładano do plecaka bagaż mechanizmów obronnych, postaw i wartości, tak teraz ty pakujesz plecak swego dziecka. Czy tego chcesz, czy nie, ponieważ dziecko patrzy na ciebie, na twoją małżeńską relację. Dlatego zapraszam cię, byś przyglądał się kondycji swojego małżeństwa i temu, jakie wzorce budowania relacji przekazujesz swojemu dziecku. Ponieważ to również od zdolności do kochania twojego dziecka będzie zależało szczęście w jego przyszłym małżeństwie. Zmiana zaczyna się dziś, nie jutro.
Michał Piekara
4/2014 SALWATOR

ks. Łukasz Kleczka SDS
Z Serca do Serca
Serce Jezusa przemawia do naszych serc. Zachęca do rezygnacji z jałowych wysiłków myślenia o samych sobie i do uczestnictwa w zadaniach wypływających z miłości – pisał kard. Joseph Ratzinger.
Jest tradycją wielu naszych parafii, że dzieci przystępujące do Pierwszej Komunii Świętej rozpoczynają praktykę dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Ma ona swój początek w objawieniach Pana Jezusa św. siostrze Małgorzacie Marii Alacoque, która z ust Zbawiciela usłyszała obietnicę: „W nadmiarze Mojego miłosierdzia wszystkim, którzy będą przystępować do Komunii św. przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca, udzielę łaski ostatecznej skruchy, tak że nie umrą w Mojej niełasce i bez sakramentów św. i Moje serce w tej ostatniej godzinie będzie dla nich najpewniejszą ucieczką”. Być może dla niektórych jest to tylko pewna forma uczenia dzieci regularności w przystępowaniu do sakramentów świętych albo jakaś dawna dewocja, która zakrawa o magiczne traktowanie działania łaski Bożej. Może być jednak zupełnie inaczej. Tradycja pierwszych piątków, której praktykowanie rozpocząłem przed laty, stała się początkiem czegoś, co nazwałbym moją osobistą przygodą z Najświętszym Sercem Pana Jezusa. Otwarła duchową drogę z Serca do Serca, która przebiega przez moje własne, ludzkie serce.
Potrzeba było wielu lat, żebym zrozumiał co to znaczy, że wynagradzamy Najświętszemu Sercu Jezusa oraz że poszczególne wezwania Litanii do Najświętszego Serca, śpiewanej jeszcze gdzieniegdzie w kościołach w czerwcu, mają swoje źródło w Piśmie Świętym.
 
Podwójny kierunek życia i misji Jezusa
Odkrycie, że Jezus ma serce, jest odkryciem kopernikańskim dla kogoś, kto uznając bóstwo Jezusa i oddając Mu należną cześć, zapomina, że jest On też prawdziwym człowiekiem. Jego Serce jest przede wszystkim takim samym mięśniem, które w każdym człowieku stanowi jeden z najważniejszych organów, pompę przetaczającą krew i dającą życie. Ten organ, choć jest silny sam w sobie, jest zarazem niezwykle wrażliwy i każdy atak serca lub chwilowe jego zatrzymanie, może doprowadzić do śmierci. Serce jest synonimem środka, wyrazem całego wnętrza człowieka. W Piśmie Świętym utożsamiane jest z rozumem, poznaniem, wolą, sumieniem, miejscem, w którym rodzą się uczucia. „Najczęściej «serce» używane jest w znaczeniu przenośnym: ma wówczas sens teologiczny. Wyraża centrum życia duchowego i najgłębsze wnętrze człowieka. Autorzy biblijni podkreślają ścisły związek między faktami duchowymi a reakcjami serca. Serce jest siedliskiem uczuć, myśli i woli” (ks. J. Kudasiewicz). W sercu ukryty jest cały człowiek (por. 1P 3, 4).
Jezus Chrystus ma serce! W Liście do Hebrajczyków znajdujemy słowa, które mówią o tym, co działo się w chwili, kiedy Jezus przyjął ciało w łonie Maryi Dziewicy: „Przeto przychodząc na świat, mówi: ‚Ofiary ani daru nie chciałeś, ale Mi utworzyłeś ciało; całopalenia i ofiary za grzech nie podobały się Tobie. Wtedy rzekłem: Oto idę – w zwoju księgi napisano o Mnie – aby spełnić wolę Twoją, Boże’” (Hbr 10, 5–7). W Ciele Chrystusa jest obecne serce, które wyznacza podwójny kierunek życia i misji Syna Bożego.
Pierwszym kierunkiem jest Ojciec. Jezus trwa zjednoczony z Ojcem w modlitwie i adoracji. Dzieje się to na poziomie serca. Modlitwa Jezusa jest modlitwą Serca, które powtarza w rytm swych uderzeń: „Abba!” – „Ojcze” – „Tatusiu”. To serce, ciche i pokorne, wysławia Ojca i z łagodną stanowczością mówi ludziom: „Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie (…), a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11, 29). A w chwili ekstremalnego lęku, tuż przed męką i śmiercią zwierza się: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (Łk 22, 42). Jezus, który pokazuje nam Ojca, zaprasza do osobistej relacji z Nim, uczy nas modlić się: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech się święci imię Twoje! Niech przyjdzie królestwo Twoje; niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj; i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili; i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego!” (Mt 9, 6–13). Idziemy w kierunku Ojca, gdy naprawdę się modlimy i gdy poznajemy Go, słuchając Jezusa, w lekturze Ewangelii.
Drugim kierunkiem jest misja. „Oto idę, aby spełnić wolę twoją Boże” (Hbr 10, 7). Misja Jezusa płynie z Jego zjednoczenia z Ojcem. Jej celem jest odkupić, zbawić świat i człowieka, każdego człowieka. Wyrwać go spod panowania grzechu, przywrócić ze stanu duchowej śmierci do życia. Być żywą Ewangelią = Dobrą Nowiną, która ogłasza nadejście królestwa Bożego – królestwa miłości i pokoju. Jezus jasno określa kierunek misji: jest nim cały świat. Dosłownie, nie w przenośni. Cały świat i każdy człowiek. „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Idźcie wszędzie tam, gdzie żyje człowiek, nie pomijając nikogo. Iść i jak Mistrz, kochać aż do szaleństwa krzyża i dawać świadectwo królowania Boga, nawet za cenę męczeństwa.
Modlitwa serca 
Obydwa kierunki wypływają z tego samego źródła, z centrum, którym jest Serce Jezusa. I obydwa prowadzą do tego samego celu, którym jest kochające Serce Ojca. Oto duchowa droga: z Serca do Serca, które prowadzi przez serce konkretnego człowieka. Jest nim „umiłowany uczeń”, o którym mówi czwarta Ewangelia, który w czasie Wieczerzy kładzie swoją głowę na piersi Jezusa. Ten śmiały gest pokazuje, jak ów uczeń, którym może być przecież każdy z nas, bo Ewangelista Jan świadomie nie podaje jego imienia (a jak się domniemywa chodzi właśnie o Jana), w Sercu Jezusa słucha bicia Miłości, która chce zbawić świat. Nie potępić, ale zbawić. Słucha i odpoczywa na Sercu Pana. Jest to czytelny gest adoracji, szczególnej i intymnej bliskości z Panem. To właśnie tam słyszy to, co napisze później w swym pięknym wyznaniu, jakim jest Pierwszy List św. Jana: „Bóg jest Miłością!”. On tej Miłości dotykał w Sercu Jezusa. Duchowość Kościoła wschodniego, w której serce stanowi fundament życia chrześcijańskiego, uczy, że człowiek może dostroić i „wyregulować” bicie swojego serca z Sercem Jezusa. Ludzkie serce jest często rozstrojone i rozkołatane wieloma sprawami i sytuacjami, których w życiu pełno. Modlitwa, która nazywa się modlitwą serca albo modlitwą Jezusową, polega na tym, by w ciszy, w rytm wdechu i wydechu powtarzać imię Jezus, modlić się słowami biblijnego Bartymeusza: „Panie Jezu Chryste, ulituj się nade mną”, albo też powtarzać słowa z Apokalipsy: „Marana tha!” („Przyjdź Panie Jezu”).
Umiłowany uczeń stając się mistykiem, jest równocześnie uczniem i apostołem Jezusa. Słucha Jezusa, spisuje i przekazuje Jego słowa w Ewangelii. Bliskość z Sercem Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa jest jego siłą i wyznacza kierunek misji. Przede wszystkim jest on świadkiem, który stojąc pod krzyżem widzi, jak żołnierz zadaje cios włócznią i otwiera serce Jezusa. To on, świadek, jest pierwszym, który z tego Serca zbiera płynącą krew i wodę, symbol sakramentów Kościoła, miłości miłosiernej Boga. „Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli” (J 19, 35). J. Ratzinger tak odczytuje te fakty: „W przebitym Sercu Ukrzyżowanego otwarte jest serce samego Boga. Spójrzmy zatem, kim jest Bóg i jaki jest. Niebo nie jest już zamknięte – Bóg wyszedł z ukrycia”.
Adoracja i misja 
Dziecko, które zwyczajnie odkrywa, że Jezus, Pan Jezus, Bóg-Człowiek ma serce i z czasem poznaje, co to jest za Serce, wyrasta na człowieka, który z praktyki pierwszych piątków miesiąca, śpiewania Litanii do Najświętszego Serca Jezusa, wpatrywania się w zawieszony na ścianie pokoju obraz Serca Jezusa, zaczyna żyć i żyje duchowością tego Serca. Niezwykle prostą, która z Serca prowadzi do Serca przez jego własne serce. Modlitwa i czyn. Adoracja i misja. Prosząc, by Jezus uczynił jego serce według Serca swego, pozwala na stopniową przemianę własnego serca. Jej owocem jest dobroć, łagodność, cierpliwość, opanowanie, miłość i miłosierdzie i jeszcze wiele innych dobrych przymiotów. Taki człowiek staje się także mocniejszy siłą Serca swojego Pana. Raniony, wybacza i nie koncentruje się na cierpieniu, którego niejednokrotnie doświadcza. I doświadczać musi. Bo to jest cena prawdziwej Miłości.
Łukasz Kleczka SDS
Przewodnik Katolicki 24/2015

ks. Sławomir Kamiński SCJ
Recepta na zdrowe wewnętrzne serce

 

W świecie, w którym żyjemy, coraz więcej uwagi poświęca się sprawie zdrowego stylu życia. Pojawia się coraz więcej kampanii medialnych zachęcających do codziennego, przynajmniej półgodzinnego spaceru, uprawiania sportu, zażywania konkretnych suplementów diety, racjonalnego odżywiania. Wszystko to ma służyć poprawie kondycji ludzkiego ciała. I pewnie dobrze, że tego typu zachęty trafiają do ludzi i są przez nich realizowane. Stąd więcej amatorów ruchu, biegania, kolarstwa, jazdy na nartach czy też szybkich spacerów przy pomocy kijków – nordic walkingu. Także nowe nawyki żywieniowe, np. spożywanie większej ilości warzyw, docierają po woli do większej liczby rodzin. Przekonujemy się, że troska o nasze ciało jest najlepszym sposobem zapobiegania różnego rodzaju chorobom, zwłaszcza serca.
Zdrowy duch
W takim kontekście warto postawić pytanie: jak jest z naszą dbałością o duszę, o sumienie? Wszak jesteśmy istotami nie tylko cielesnymi, ale i duchowymi. Jak uczy doświadczenie, nie zawsze w podobny, wystarczający sposób dbamy o tę drugą stronę medalu. Może wreszcie czas na promocję zdrowego stylu życia także i w tej dziedzinie? Wydaje się, że i w tym względzie zaczyna się coś dziać. Papież Franciszek już dwukrotnie zalecał wiernym misericordinę, ów różaniec zapakowany w pudełko przypominające opakowanie z leków, który może służyć do codziennego odmawiania tajemnic różańcowych, ale także koronki do Bożego Miłosierdzia. W ten sposób, na zasadzie suplementu diety, można wzmocnić nadwątlone dusze, które coraz bardziej wikłają się w sprawy czysto ludzkie, osłabiając kondycję sumienia i serca – symbolu zdolności kochania. Dzisiejszemu człowiekowi potrzeba ochrony przed wciąż zaraźliwym egoizmem, osłabiającym właściwy rytm wewnętrznego serca. Wydaje się, że dobrze współgra ta myśl z przeżywanym przez chrześcijan Nadzwyczajnym Jubileuszem Miłosierdzia. To Boże Miłosierdzie i jego przejawy mają być lekarstwem na choroby obecnego stulecia. Ich przekazywaniem zajmuje się Kościół, który papież Franciszek postrzega jako „szpital polowy”, w którym opatruje się podstawowe rany duszy. Powstają one przy okazji bolesnych rozczarowań, zwłaszcza na płaszczyźnie miłości, czyli serca. Być może jednym z głównych problemów zdrowia duchowego jest brak poczucia bycia kochanym i zdolności kochania innych. Serca zarażone wirusem egoizmu niejednokrotnie ranią innych i z biegiem czasu i przyzwyczajenia przejawiają trudności w okazywaniu prawdziwej miłości innym. Na czym polega prawdziwość, autentyczność owej miłości? Pozostaje ona ciągle bezinteresownym darem z siebie skierowanym ku drugiej osobie, a także pragnieniem jej dobra.
Rozgrzewka słuchania
Co zrobić, aby dopomóc naszemu wewnętrznemu sercu pozostać w dobrej kondycji? W tym względzie przychodzi nam z pomocą Jezus, który w Ewangelii sformułował konkretne wskazania. Wydaje się, że jednym z pierwszych jest gotowość słuchania. Nie przypadkiem ewangelista Marek, w przeciwieństwie do Mateusza i Łukasza, poprzedził wskazanie dotyczące miłości Boga i bliźniego słowem „słuchaj” (Mk 12,28-31). Postawa słuchania uodparnia nas przed chęcią dominacji nad innymi, wyrabia cierpliwość wobec drugiego, poddaje niejednokrotnie w wątpliwość jedynie słuszne rozwiązania korzystne tylko dla nas, innym zaś razem pomaga odnaleźć argumenty jakby z zewnątrz, ułatwiające nam dobre rozwiązanie ludzkich problemów. Słuchanie poszerza serce, wyrabia w nim większą wrażliwość, uczy szacunku wobec „ty”, doprowadza do porozumienia.
Ćwiczenia miłosierdzia
Nie bez znaczenia dla zachowania dobrej kondycji wewnętrznego serca jest gotowość przyjmowania, ale i praktykowanie miłosierdzia. W tym względzie warto wykorzystać wskazania Jezusa zapisane w Ewangelii według św. Łukasza w rozdziale 6. Właśnie one stały się dla papieża Franciszka wytycznymi na dobre przeżycie Roku Miłosierdzia, co też zaznaczył w bulli Misericordiae vultus (Oblicze miłosierdzia, nr 14). Droga, która może być przyjęta jako zestaw wyzwań, a zarazem ćwiczeń na czas Nadzwyczajnego Jubileuszu, sprowadza się do czterech konkretnych wskazań do codziennego praktykowania: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone; dawajcie, a będzie wam dane …” (Łk 6,37-38). Oto zestaw praktyk, które ostatecznie pomagają zachować wnętrze człowieka w dobrej kondycji. Ich niezbywalną zaletą jest odniesienie w jakimś sensie do wieczności. Zasada: „Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie” pomoże zachować nasze serce w konkretnej praktyce miłości, która ciągle jest wysiłkiem. Ten typ wysiłku zaś dla niezakłóconej pracy wewnętrznego serca jest jak najbardziej wskazany. Sądzenie jest zajmowaniem pozycji Boga, bo przecież On jest prawdziwym Sędzią, który potrafi przenikać na wskroś serce człowieka i odnaleźć w nim nawet kilka procent prawdziwej miłości, przyciągającej łaskę usprawiedliwienia. Potępienie wprowadza w relacje lęk, który nie jest przyjacielem miłości. Odpuszczanie przewinień – przyspieszenie wewnętrznego serca, pomaga nam pozostać braćmi i siostrami, czyli dziećmi jednego Boga, który jest nad każdym z nas. Dawanie, jako praktyka prawdziwej miłości, pomaga nam zaangażować serce w przemianę naszego otoczenia w rzeczywistą cywilizację miłości, która również, w przeciwieństwie do cywilizacji śmierci, służy naszemu wnętrzu.
Wszystko dla większej miłości…
Wydaje się, że te cztery codziennie praktykowane ćwiczenia, przygotowane przez rozgrzewkę słuchania, mogą konkretnie zadbać o nasze wewnętrzne serce, a gdy będzie ono jeszcze karmione modlitwą i poddawane sakramentalnym zabiegom, może właściwie funkcjonować. Pozostanie ono ciągle wrażliwe na Boży podmuch miłości, delikatne działanie Ducha Świętego oraz na potrzeby bliźniego, nawet te nie do końca wyrażone. Warto więc podjąć takie ćwiczenia, aplikować je już od młodości, wtedy miłość, a nie poczucie przynależności albo tradycja, będzie wyznacznikiem chrześcijaństwa. A może słowa Tertuliana (+220), dotyczące pierwszych chrześcijan: „Popatrzcie, jak oni się miłują”, będą powtarzane przez tych, którzy od wiary w Chrystusa odeszli. Może na tym ma polegać „iskra miłości” odnawiająca naszą europejską wspólnotę, naszą ojczyznę i jej małe odzwierciedlenia w postaci miast, miasteczek, wiosek, a w końcu i rodzin. Być może właśnie po to będzie wizyta papieża Franciszka w Polsce oraz Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, by odpalić ową iskrę. Jeśli tak, to pomóżmy, zaczynając od siebie. Zadbajmy o kondycję wewnętrznego serca.
Sławomir Kamiński SCJ
Czas Serca 142